świętujemy nasze nie-urodziny (Alicja w krainie słów. Egmont)

Kiedy siedzi się w domu dni zlewają się jeden ciąg. W tym tygodniu siedzimy w domu bardziej niż zwykle. Dzieciaki dopadła infekcja. Na szczęście to nic poważnego i mają wiele siły na zabawę. Nie oznacza to oczywiście, że ja mam aż tyle chęci ;-). Coś jednak robić trzeba, bo dłuższe nic nie robienie nie jest dla nas czymś normalnym. W takich chwilach cieszę się, że moje dzieci mają dużo swobody w wymyślaniu zabaw, bo nagle okazuje się, że umycie większość zabawek w wannie jest super zajęciem na dłuższy czas. Jedyne, czego żałuję to tego, że w tym tygodniu choroba zepsuła plany na herbatkę...

Mimo to dzisiaj chciałabym Wam przedstawić grę słowną, której daleko do statecznej rozmowy w angielskim stylu. Alicja w krainie słów to szalona konwersacja z Królową Kier, która jak wiadomo ma zawsze oryginalne pomysły. Tym razem wpadła na pomysł aby urządzić herbatkę, zaprosić śmietankę towarzyską ze swojego królestwa oraz...zakazać używania niektórych liter



Naszą uwagę przykuwa od razu pudełko. Ilustracje stworzone przez Asterman Studio oraz grafiki autorstwa Nikosa Rovakisa i Steliosa Kourtisa, sprawiają, że od razu wczuwamy się w klimat szalonej herbatki w towarzystwie Kapelusznika, Alicji, Białego Królika, czy innych postaci znanych z tej historii. Natomiast kiedy otworzymy pudełko... no tutaj dzieje się po prostu magia. Żywe kolory, piękne ilustracje, wszystko ładnie wydrukowane, żetony z czytelnymi napisami. B-A-J-K-A. No i jeszcze ta jedna mała rzecz, która (mnie) cieszy najbardziej. Imbryczek odmierzający czas i grający melodię. Nie znając zasad gry uważałam, że jest on totalnie uroczy i koniecznie chciałam go wypróbować. Jednak podczas rozgrywki już nie jest taki przyjazny, bardziej określiłabym go jako szalony ;-).



Jeśli chodzi o samą rozgrywkę to mam mieszane uczucia. Jest śmiesznie, kreatywnie, wesoło, ale nigdy nie uczestniczyłam w tak żywej rozgrywce i trochę pokonała mnie jej dynamika. Po prostu w Alicję w krainie słów trzeba zagrać parę razy, a wtedy rozgrywka staje się zdecydowanie łatwiejsza.

A więc, zasiądźmy do herbatki.

W grze może wziąć udział maksymalnie 8 graczy. Mamy do wyboru różne postacie z tej historii i każda z nich ma wyjątkową właściwość. Kapelusznik może wydłużyć czas swojej tury, a Alicja zdobywa dodatkowe punkt. Tak naprawdę wszystkie postacie mają ciekawe bonusy, dzięki czemu dynamika rozgrywki jest naprawdę bardzo przyjemna i nieprzewidywalna.



Warto też ustalić poziom trudności, ponieważ zakazanych liter może być aż 4, co jest już naprawdę wyzwaniem. Gra skierowana jest dla osób (bo już ciężko powiedzieć dzieci ;-)) od 10go roku życia w górę. Dlatego i ile dorosły jakoś poradzi sobie z  maksymalną ilością zakazanych liter, tak dziecko może mieć z tym problem. Można też, ale to już jest totalnie indywidualna sprawa, wykluczyć jakieś tematy rozmów. Oczywiście twórcy gry zadbali aby nie były to tematy kontrowersyjne tj. seks, czy religia, ale żeby nie podsuwać dzieciom pomysłów można wykluczyć np. ostre przedmioty ;-).






Kiedy już wygodnie zasiądziemy do herbatki wystarczy się tylko rozsiąść i... nie poddać się melodyjce imbryczka ;-). Tak naprawdę nie wiem, czy ma od odmierzać czas czy również dekoncentrować. Mimo to idealnie pasuje do klimatu gry jak i do samej historii o Alicji. Zastanawia mnie dlaczego twórca oryginału jak i twórczy licznych adaptacji nie wpadli na pomysł aby ożywić imbryk ;-).

Alicja w krainie słów to gra, w którą każdy powinien zagrać. Jest zabawna, dynamiczna i kreatywna. Podczas rozgrywki oczywiście można pić herbatę niczym angielski lord, ale nie zapomnijcie, że może być w niej jakiś szalony składnik, tymianek lub pokrzywa ;-). W tej zabawie przede wszystkim liczy się inwencja twórcza.


Tytuł:                 Alicja w krainie słów

Autorzy:            Chris Darsaklis

                           Spyros Koronis

Ilustracje:         Asterman Studio

Grafika:            Nikos Rovakis

                           Steliosa Kourtisa

Wydawnictwo: Egmont

Premiera:         18.11.2020

Za tę niesamowicie bajkową i żywą grę, dziękuję Wydawnictwu Egmont

Każdy mieszkaniec bloku wie, że... (Balonowa 5. Harper Kids Polska)

 Są takie weekendy, że naprawdę nie ma się ochoty na poniedziałek. Jednak on i tak nieubłaganie przychodzi. Dobrze, że moje poniedziałki umilają wpisy na bloga, bo nie wiem, jakbym to przeżyła ;-). Zwłaszcza, że weekend był baaardzo udany. O ile kiedyś udanym weekendem nazwałabym imprezę w sobotę i przespanie całej niedzieli, tak teraz najbardziej lubię zupełnie zwykłe czynności, tj. spacer, pieczenie ciasta, czy czytanie książki. Tak się składa, że w ten weekend zrealizowałam wszystkie te czynności i czuję się naprawdę wypoczęta i zrelaksowana.

Chociaż książek przybywa, a półki zaczynają uginać się od ciężaru to nie mogę się powstrzymać przed dokładania nowych egzemplarzy. Mój stosik wstydu jest tak duży, że... wstyd! Zdarzają się jednak momenty kiedy uda mi się sięgnąć po jakąś książkę z tych "na kiedyś". Na razie nie mogę Wam zdradzić, co mnie tak pochłonęło, ale przeczytanie 800 stron w tydzień, przy wszystkich moich obowiązkach to naprawdę niezły wynik.

Jedyną książką jaka odciągnęła mnie od mojej lektury była Balanowa 5. Wszystko dlatego, że dzieciaki nie mogły się od niej oderwać, bo cięgle znajdowały coś nowego, czego przy poprzednim czytaniu nie zauważyły.



Nie ma co zdradzać szczegółów. Opis Balonowa 5 jest na stronie. Ja chciałabym się skupić na dynamice tej książki. 

Każdy, kto mieszkasz w blogu, wie jak jest. Ściany cienkie jak papier, sąsiedzi są prawie jak rodzina, każde piętro rządzi się swoimi prawami. I właśnie to chce przybliżyć najmłodszym Mikołaj Pasiński. W Balonowej 5 mamy prostą fabułę, w której dynamizm przeplata się z humorem. Wszystko napisane jest prostym językiem, dzięki czemu młodsi nie gubią się w fabule, a starsi mogą czytać samodzielnie.



Staram się zawsze przejrzeć książki, które będę czytała dzieciom. Tak w razie czego. Z Balonową 5 było podobnie. Przejrzałam. Zerknęłam. Stwierdziłam okey, przeczytamy. Szczerze powiedziawszy książka przeleżała chwilę na półce. Nie dlatego, że była nudna, czy nieciekawa. Powiedzmy, że czekała na swoją kolej. Przekonałam się już, że to, co robisz ma znaczenie. Jak przekonać dziecko do czytania książek? Czytaj. Kiedy moje dzieciaki oglądają bajki, czytam. Kiedy mam chwilę wolnego czytam. Kiedy dzieci idą spać, a książka jest mega wciągająca, czytam i nagle, zupełnie nie wiadomo jak i dlaczego, dzieciaki same zaczynają sięgać do półki z książkami. Tak było z Balonową 5. Kiedy pochłonęła mnie lektura, dzieciaki zaczęły szukać czegoś dla siebie. Znalazły tę książkę. Siadły i zaczęły oglądać. Ilustracje Gosi Herby są bardzo wyraziste, sympatyczne i energiczne. Nic dziwnego, że od razu podobają się dzieciom. Mi natomiast najbardziej przypadły do gustu aranżacje różnych mieszkań, ponieważ da się w nich odczuć swoisty indywidualizm i ekspresję. Wracając jednak do tematu. Połączenie historii napisanej przez Mikołaja Pasińskiego z ilustracjami Gosi Herby sprawiło, że do naszych rąk trafia bardzo fajna książka. Dużo się w niej dzieje, każda postać jest inna, każdy znajdzie swoją ulubioną. Balonową 5  można czytać nieskończoną ilość razy (ja już straciłam rachubę, który razy ją czytamy), a mimo to zawsze znajdzie się w niej coś nowego, co uczyni tę historie jeszcze ciekawą.



Przypomniałam sobie jak to jest mieszkać w bloku. Przypomniałam sobie wszystkie historie związane z tym okresem. Na razie nie planuję się przeprowadzać, ale dzięki Balonowej 5 moje dzieci mogą przekonać się jak się mieszka w bliskim sąsiedztwie innych... obywateli ;-).

Tytuł:   Balonowa 5

Autor: Mikołaj Pasiński

Ilustracje: Gosia Herba

Wydawnictwo: HarperKids Polska

Premiera: 16 października 2019

Nie poznalibyśmy tej historii, gdy Harper Kids nie zdecydowało się na jej wydanie ;-).




Okno w formie plakatu. Poster Store.

Dobrze, że dzisiaj czwartek. Tak dobrze słyszycie, cieszę się bardzo, ponieważ od jakiegoś czasu sen spędza mi z powiek pewien uporczywy problem. Jaki? Dzisiaj jest dzień, w którym chcę przedstawić Wam coś naprawdę wyjątkowego. tylko jak opisać obraz, który wyraża więcej niż tysiąc słów ;-)? Muszę przyznać, ze nie jest to proste zadanie, ale może jeśli przedstawię wszystko po kolei będzie łatwiej.

Zacznijmy od tego, że od ciągłego siedzenia w domu, człowiek coraz częściej zaczyna się przyglądać wnętrzom, w których żyje. Kwarantanna sprawiła, że żony postanawiają za mężów i organizują remonty ;-). Słyszałam już wiele właśnie takich historii, nawet sama chciałam dołączyć do tego trendu, niestety mojego męża moje aranżacje wnętrz omijają. Jednak postanowienie zmiany zostało i tak zaczęłam szukać czegoś, co znacznie odmieni wnętrze, ale będę mogła ogarnąć to sama.

Zawsze marzyła mi się galeria plakatów, ale wybór jest tak duży, że ciężko się zdecydować i zawsze jakoś schodziło to na dalszy plan. Szukając inspiracji trafiłam na Poster Store i całkowicie przepadłam. Poster Store ma nie tylko szeroki wybór plakatów i ramek w skandynawskim stylu, ale co moim zdaniem najważniejsze, ma też mnóstwo inspiracji do stworzenia własnej galerii na ścianie. Właśnie to zdecydowanie ułatwiło mi wybór. Wiadomo, że każdy ma swój własny indywidualny styl, ale warto podpatrzyć, co fajnie się ze sobą komponuje.




Wybierając własną aranżację postanowiłam, że tym razem będzie to coś dla dorosłych, chociaż muszę przyznać, że plakaty dla dzieci też bardzo mnie kusiły. Kiedy przeglądałam te wszystkie plakaty, zupełnie nie wiedziałam co wybrać. Krajobrazy zapierające dech w piersiach, a może jedzenie wyglądające tak pysznie, że nie da się oderwać oczu? Postawiłam na najprostszy wybór, plakaty abstrakcyjne ;-), ponieważ dość pewnie czuję się w tej tematyce i wiedziałam, że jak już w tej kategorii coś wybiorę, potem już pójdzie z górki.



Ciekawostka: ten dolny plakat, na stonie prezentowany jest w pozycji pionowej, ale mi jakoś bardziej podoba się w poziomie. To właśnie cenie sobie w abstrakcji. Można ją dowolnie interpretować ;-).

Przy wybieraniu ozdób na ścianę warto mieć na uwadze to gdzie chcemy je umieścić. Ogólnie styl skandynawski, który prezentują plakaty od Poster Store pasuje do każdego pomieszczenia, ale wizja obrazy w łazience, jakoś koncepcyjnie mi się kłóci ;-). Warto też pamiętać, że do ciemnego pomieszczenia warto wybrać grafiki, które je trochę rozjaśnią. Tyle słowem wstępu. Teraz chciałabym Wam zaprezentować te dzieła sztuki użytkowej.









Zacznę od kwestii technicznych, ponieważ uważam, że są bardzo istotne. 

Po pierwsze: bezpieczeństwo w transporcie. Ile razy chcieliście coś zamówić, ale baliście się, że przyjedzie pobite, pogniecione lub uszkodzone? Ile razy trzeba było zrezygnować z fajnej ramki, bo bezpieczniej było kupić podobną (ale nie taką samą i nie zawsze pasującą) w jakimś pobliskim sklepie. Sama nie zliczę ile razy rezygnowałam z zakupów, ponieważ sprzedający nie gwarantował, że nic się nie stanie podczas transportu. 
W Poster Store cenią sobie wysokie standardy. Plakaty i ramki przyszły elegancko zapakowane. oprócz grubej tektury i foli bąbelkowej miały jeszcze coś, specjalną folię ochronną, która dodatkowo zapewnia bezpieczeństwo podczas transportu.







Większe ramki mają dodatkowe zabezpieczenia, dzięki czemu konstrukcja jest jeszcze pewniejsza ;-).


Po drugie: jakość. Nie oszukujmy się, jak za coś płacisz to chcesz żeby to wyglądało tak jak na zdjęciu albo jeszcze lepiej ;-). Ramki wyglądają bardzo stylowo, są proste (zdarzyło mi się parę razy kupić krzywe i docinałam zdjęcia...), a dodatkowo ich konstrukcja sprawia, że są solidne i nic się nie rusza. Dodatkowo przy mniejszych ramkach, z tyłu zamocowane są stojaki, dzięki czemu pięknie prezentują się zarówno na ścianie jak i na komodzie. A uchwyty trzymające z tyłu ramkę z plakatem nie tylko są solidnie przymocowane, ale i solidnie trzymają ;-).
Papier. Natura sobie bez nas poradzi. Pokazała to kiedy wszyscy zostaliśmy zamknięci w domu, ale my bez natury... no to już gorzej. Dlatego Poster Store dba o to aby papier, na którym drukują swoje plakaty na ścianę pochodził z drzew z certyfikowanych lasów (FSC) oraz aby proces tworzenia był zgodny z normami zrównoważonej konsumpcji i produkcji (Nordic Swan).

No i teraz same plakaty... Kiedy przywiózł je kurier bałam się je otworzyć. Wybierałam je bardzo długo i nie mogłam się doczekać kiedy zobaczę je na żywo. A kiedy już je dostałam nie chciałam ich otwierać, bo trochę szkoda. Jednak kiedy się już zebrałam w sobie i powkładałam plakaty w ramki, rozłożyłam je na podłodze i nie mogłam się na nie napatrzeć. Na żywo wyglądają lepiej niż na zdjęciu. Nie jest to może najbardziej spójna kompozycja, ale ja jestem totalnie zachwycona i ciągle na nie zerkam.
i wiecie co, czuję dumę, że mam taki zmysł estetyczny ;-).



A teraz coś dla Was :-)

Na hasło skarbynapolkach35 przy zakupach plakatów (oprócz tych w kategorii Seletion), dostaniecie 35% rabat :-). 

catch them all (Złap robala. Alexander)

 Poniedziałek, ah. Chwila wytchnienia ;-). Dzieciaki w przedszkolu, a ja spokojnie mogę ogarnąć to, co chciałam ogarnąć przez weekend, ale pogoda była tak kusząca, że szkoda było siedzieć w domu. Chociaż sporo czasu spędziliśmy na dworze to dzieciaki i tak zdążyły zrobić totalny Armagedon, ale wiecie co, trudno czytałam gdzieś artykuł, ze w dzieci w bałaganie lepiej się bawią ;-).

Niestety nie da się przeoczyć tego, że mamy jesień. Dni są tak krótkie, że zanim się obejrzę robi się ciemno. Dzieciaki po całym dniu w przedszkolu też nie mają ochotę na nic konkretnego, a tym bardziej bardzo wymagającego. Na szczęście mamy Alexandra i jego jesienne nowości ;-).



Dzisiaj chcę przedstawić Wam grę, w której każdy ma szansę wygrać, a nie tylko ten najsprytniejszy ;-). 

Nigdy nie wiem jak moje dzieci zareagują na grę, czy książkę. Wydaje mi się, że znam ich gust, chociaż nie ukrywam, że często kieruje się własnymi kryteriami ;-) i muszę przyznać, że trochę bałam się tej gry, ponieważ czynnik losowy jest w niej bardzo ważny. Na szczęście moje obawy były bezpodstawne i dzieciaki świetnie się odnalazły w rozgrywce.

Złap robala to gra, która polega na planowaniu, celności i sprytowi, a żeby wygrać wystarczy tylko nakarmić biedne głodne kurczaki. Proste, prawda? Prawie ;-).

Naszą planszą jest trawnik z tarczą, na której rzuca się 3 kości, które odpowiadają kolorom poszczególnych części robaka. Aby wygrać potrzebujemy 3 jednokolorowych robaków - niebieskiego, żółtego i czerwonego. Oczywiście kostki nie chcą układać się tak aby wypadały odpowiednie pola, ale w swojej turze możemy rzucić jeszcze dwa razy (razem mamy 3 rzuty), tylko żeby nie było tak łatwo musimy rzucać wszystkimi kośćmi od nowa. Istnieje jeszcze jedna możliwość manipulowania kostkami, ale do tego potrzebna nam celność i precyzja. Jeśli kości rzucone na trawnik trafią idealnie w pola, nie wystając za linie, możemy przekręcić kostkę tak, jak nam potrzeba. Jeśli jednak kostki znajdą się poza trawnikiem, zostajemy z takim robakiem, jaki się wylosował. 






Powiem Wam, że rozgrywka wygląda ciekawie, ponieważ dzieci uczą się w ten sposób, tego, że aby wygrać muszą zaplanować nie tylko jeden ruch, ale i kolejne posunięcia. Klara, która nie lubi przegrywać bardzo szybko zrozumiała, że tym razem spostrzegawczość i szybkość nie wystarczą, musi zaplanować swoje działania, a Janek, no cóż On się cieszył z rzutów kośćmi i z robaków ;-).

Jest to gra, którą zdecydowanie polecam na długie jesienne wieczory, ponieważ młodszym sprawia wiele radości, starszym satysfakcję z wygranej, a tym najstarszym cóż... nie powiedziałam, że wygrałam, ale sama rozgrywka sprawiła mi wielką przyjemność :-).


Za tę fantastyczną grę, której grywalność jest proporcjonalna do jesiennych wieczór, dziękuję Alexandrowi.







Najlepiej czyta się obrazki (Muminki. Wielki słownik obrazkowy polsko-angielski. HarperKids)

 Ostatnio nachodzi mnie jakaś nostalgia i zaczynam przeglądać stare zdjęcia. Może nie aż tak stare, bo z 2016 roku, ale wydaje się jakby od tego czasu minęły całe dekady. Nie sądziłam, że tak zmieni się moje życie, nie sądziłam, że będę taką matką. Ano właśnie, jaką?

Oglądając te wszystkie memy "jak będę matką to nie pozwolę...", "moje dzieci nigdy nie będą..." Taaaak, teraz to bawi. Chociaż mam pewne zasady, których trzymam się bardzo mocno. Na pewno nie jestem matką idealną, tzn. taką książkową i perfekcyjną, ale wydaje mi się, że nie mam też na co narzekać. I teraz dochodzimy do kwestii, którą chciałabym dzisiaj poruszyć. Poświęcenie. Nie mówię tu o całkowitym poświęceniu się dzieciom, ale o pewnych tego aspektach. Jak bardzo jesteście w stanie wyjść poza swoją strefę komfortu żeby sprawić przyjemność swoim dzieciom? Bo mi się wydaje... że ja żadnej granicy nie mam ;-). Wiecie, to tak jak z tym słynnym dialogiem w Chłopaki nie płaczą, kiedy z kranu ma lecieć Johnny Walker ;-). Nie jest to dla mnie nic strasznego. Mam być kotem, będę kotem, mam być koniem, będę kotem, mam czytać książkę po angielsku, będę czytać. Rozumiecie, o co chodzi ;-)?

Dlatego dzisiaj mam dla Was właśnie pewną książkę, która sprawia mi tyle samo przyjemności, co trudności z czytaniem. Przed Wami Muminki. Wielki Słownik Obrazkowy polsko-angielski. 


Większość dorosłych, których znam darzy wielkim sentymentem Muminki, dlatego kiedy zobaczyłam ten słownik, pomyślałam, że bardzo chciałabym go chociaż przejrzeć. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, czy nada się dla moich maluchów, czy będzie na trochę później, ale wiedziałam, że na pewno się przyda. Przecież to książka z muminkami!.

Pisałam Wam kiedyś jak to wygląda z moim angielskim. Znam. Czy w stopniu wystarczającym do swobodnej konwersacji? Nie wiem, pewnie nie, skoro nawet w ojczystym języku czasami trudno mi się wypowiedzieć ;-). Jednak takie słowniki obrazkowe nie tylko są pomocne dla dzieci, dorośli też mogą się z nich uczyć o ile się nie wstydzą ;-).






Pokazywanie każdej strony nie ma sensu, grunt żebyście mogli zobaczyć różnorodność tematów, a co za tym idzie, słów z nimi związanych, które prezentuje ten słownik obrazkowy. Jeszcze nie wiem ile zapamiętają z tego moje dzieci, ale z własnego doświadczenia wiem, że na pewno coś im w głowie zostanie ;-). 

Dodatkowo możemy się też dowiedzieć albo sobie przypomnieć, zależy kto czyta ;-). Co postacie z Muminków lubiły, np. czy wiedzieliście, że Mała Mi lubi jeść naleśniki ;-)?

Możemy też poznać nieznanych wcześniej bohaterów, mnie totalnie zaskoczyła Mimbla, która wygląda jak dorosła Mała Mi.

Podsumowując:

muminki (to priorytet ;-)

Słownik jak sama nazwa wskazuje jest Wielki i czytelny.

Tematy są życiowe i przydatne, więc po latach łatwiej przypomnisz sobie jak mówi się na łyżwy (skates) niż wyrafinowany (sophisticated) ;-).



Tytuł:   Muminki. Wielki słownik obrazkowy polsko-angielski.

Autor: Kaataja Paivi, Turkulainen Rikka

Ilustracje: Tove Jansson

Wydawnictwo: HarperKids Polska

Premiera: 28 października 2020

 

Za ten niezwykle cenny nabytek, który na pewno posłuży wielu pokoleniom mojej rodziny (już ja o to zadbam zeby moje wnuki też poznały muminki ;-)), dziękuję HarperKids Polska.




Nietuzinkowa inspiracja Apokalipsą 18 + (Herezja miłości. 1-3. Waneko)

Dzisiaj wyjątkowo nie chcę komentować tego, co działo się wczoraj w naszym kraju. Nie ma słów usprawiedliwienia dla bandy kretynów, którzy mają za daleko do jakiegokolwiek myślenia. Jednak, to co dzieje się dookoła sprawia, że otwieram się na nowe sposoby postrzegania świata i uważnie słucham wszystkich argumentów. Oczywiście tych logicznych, bo na bełkot szkoda czas...



Dzisiaj temat dość kontrowersyjny. Osoby o bardzo konserwatywnych poglądach będą raczej zniesmaczone. Jednak uważam, że jest to tak ciekawa i nietuzinkowa historia, że szkoda by było nie podzielić się z Wami moimi wrażeniami. 

Zacznijmy od tego, czego można spodziewać się już po samej okładce. Herezja miłości to erotyk. Nazywany też hentai. A więc możemy być pewni, że w środku znajdziemy dość odważne ilustracje aktów seksualnych oraz innych związanych z tym czynności. Jak Wam już kiedyś wspominałam, erotyka, czy pornografia nie przeraża mnie. Nie jest ona dla mnie tematem, o którym nie mogłabym porozmawiać. Wiadomo, powinno mieć to granice dobrego smaku i intymności, ale uważam, że cielesność jest czymś tak naturalnym, że nie można się jej wstydzić.

Wracając jednak do okładki, od razu przykuwa naszą uwagę niezwykle zmysłowa kreska. Mi osobiście kojarzy się z Alichino, którą miałam okazję czytać bardzo dawno temu i bardzo mi się podobała, ponieważ też była związana z tematyką anielsko-diabelską. Dodatkowo nie mogę też odmówić jej (okładce) stylistyki Clampa, którego jak wiecie, uwielbiam ;-). Paleta barw jaka została zastosowana sprawia wrażenie przepychu i uduchowienia, co dodatkowo przyciąga i... kusi.


Jak już Wam wspominałam, doskonale wiedziałam, co mogę znaleźć w tej historii. Zawsze jedyne czego obawiam się w takich mangach to przerost formy nad treścią, czyli w skrócie więcej seksu niż fabuły. Na szczęście w Herezji miłości jest to na tyle wyważone, że dostajemy bardzo ciekawą historię z elementami erotyku, a nie odwrotnie.


Yoshino w wieku 13 lat zostaje osierocona. Tułając się od jednego krewnego do drugiego zaznaje tylko upokorzenia i molestowania. Pewnego dnia w antykwariacie znajduje książkę o przywołaniu demonów. Nie mając nic do stracenia przywołuje jednego z nich - Beliala i podpisuje z nim cyrograf. Demon od tego czasu aż do końca jej dni jest zobowiązany spełniać każde jej życzenie. Haczykiem w tej umowie jest to, że Yoshino w każdym miesiący musi zapłacić własnym ciałem. Nie jest to jednak manga perwersyjna. Więc Belial z konkretniejszymi akcjami czeka aż dziewczyna będzie pełnoletnia. 



Sami widzicie, historia nie jest jakaś strasznie ociekająca seksem i perwersją. Dzięki temu mogłam skupić się na fabule i odkryć parę naprawdę ciekawych tematów do rozważań.

Pierwszą rzeczą, która uporczywie drążyła moje myśli było to, czy miłość może być karą? Taką przez którą się cierpi. Taką, która doprowadza do upadku. Nie chodzi mi o nieszczęśliwą i nie odwzajemnioną miłość, tylko o taką, której się wcale nie chce i przez to kocha się jeszcze bardziej? Ta manga niejako daje odpowiedź na to pytania.


Ciekawym wątkiem jest również prowadzenie przez Beliala albumów ze zdjęciami. Robi to dlatego, że Yoshino kiedyś miała takie życzenia. Okey. Była dzieckiem, chciała mieć jakieś pamiątki związane z "opiekunem", ale ta chęć z czasem jej minęła, a on dalej prowadzi te albumy, bo obiecał, że będzie spełniał jej życzenia do końca życia. Zastanowiło mnie, czy taka skrupulatność w realizowaniu zadań nie jest przypadkiem cechą nadprzyrodzoną. Rzadko zdarza się żeby ludzie realizowali jakieś zadania aż do swojej śmierci. Natomiast zarówno anioły jak i demoty czas nie obowiązuje, więc nie śpieszą się i mogą sobie pozwolić na taką skrupulatność.

Jest wiele takich smaczków, które sprawiają, że ten erotyk nie jest tylko durnym romansidłem. Jednak tutaj nie będę nikogo oszukiwać, to już trzeba po prostu lubić. I taką estetykę i zupełnie inne podejście kulturowe. Nie da się tego nie zauważyć, więc jestem w stanie zrozumieć, że nie wszystkim przypadnie do gustu ;-).

Tytuł: Herezja miłości
Autor: Ena Moriyama
Wydawnictwo: Waneko
Tłumaczenie: MARI - AN
Tom: 1-3

Za możliwość poszerzenia obszarów do przemyślenia, dziękuję Waneko.




owca, baran? To robi różnicę! (Czarna owca. Alexander)

 Poniedziałek! Czas się rozerwać ;-). Dzisiaj zacznę dość nietypowo, ponieważ chciałam przypomnieć Wam o pewnej inicjatywie, którą starałam się podjąć i prowadzić, ale wiadomo, z czasem zapał gasł. Ci, którzy są ze mną od początku, pamiętają #fitgeekmama. Nic nie mówiłam, bo nie chciałam zapeszać, ale od jakiegoś czasu mam pewne małe sukcesy w tej akcji. Nie wiem jak to się dzieje, ale zawsze kiedy nadchodzi jesienno-zimowy czas, mi zbierają się chęci na więcej ruchu. Od pewnego czasu ćwiczę codziennie, 7 dni w tygodniu i na prawdę jest coraz lepiej. Z dietą... no dzisiaj upiekłam browni, także tyle w tym temacie ;-), ale nie jem już takich ilości jak wcześniej, także wybaczam sobie ten mały grzeszek ;-).

Plan jest taki, że chcę urozmaicić trochę mojego bloga i postaram się publikować też wpisy związane z #fitgeekmama, czy to będzie jakiś przepis, ćwiczenia, czy film, który obejrzałam, jeszcze zobaczymy, ale wiadomo, nie samymi książkami człowiek żyje ;-).




Ale, ale dzisiaj poniedziałek, więc czas na grę od Alexandra. Tak jak Wam wspominałam, uważam, że narodowa kwarantanna to tylko kwestia czasu, dlatego warto zawczasu zadbać o zapas atrakcji dla dzieci. U nas jak wicie sprawdzają się planszówki i gry karciane, dlatego dzisiaj chciałabym Wam przedstawić grę, w której szuka się baranów!

No dobra, nie tylko baranów, ale przyznajcie, że to bardzo zachęcająca reklama ;-). Czarna owca to gra karciana, w której ważny jest refleks i spostrzegawczość. Gra polega na tym aby odnaleźć parę takich samych obrazków, owiec lub baranów, ale oczywiście, nie może być tak prosto, obrazki na kartach są do siebie bardzo podobne i łatwo się pomylić. Twórcy gry stworzyli również dodatkowe pułapki w postaci wilków. Kiedy wilk pojawia się wśród kart trzeba zakryć owcę. Baran wilków się nie boi ;-).






Oprócz tego, że musimy szybko patrzeć ;-) to musimy naszą spostrzegawczość zakomunikować. Służy do tego dzwonek, który wygląda jak wyjęty z jakiegoś filmu, w którym bohaterowie trafiają do hotelu i dzwonkiem przywołują recepcjonistkę. Niby to detal, ale za to jaki uroczy <3.

Chociaż gry karciane nie są naszymi ulubionymi. Dzieciakom podpasowało tylko parę tytułów, w których w rozgrywce używa się kart to Czarna owca przypadła nam do gustu, w końcu szukanie baranów to nie byle co ;-).

Za możliwość odkrycia, że owca do owcy nie podobna i ten uroczy dzwonek, dziękuję Alexandrowi. Zajrzyjcie do ich nowości, tam na pewno znajdziecie sposoby na nudę ;-).



Follow by Email

Moje zdjęcie
Skarby na półkach
Kobieta, Żona, Matka. Piszę o tym co myślę, i robię. Najczęściej czytam książki i staram się aby moje dzieci wiedziały, ze są ciekawsze rzeczy niż siedzenie przed ekranem. Kontakt: skarbynapolkach@gmail.com kontakt@skarbynapolkach.pl