Kraina Lodu. Kolekcja marzeń.

Dzisiaj mam dla Was TOTALNY MUST HAVE! Jednak za zanim przejdę do rzeczy muszę opowiedzieć Wam jedną historię, no dobra, dwie, trzy,  no dobra... po prostu coś Wam opowiem ;-).

Chyba nikt nie spodziewa się, że dzieci rosną tak szybko (te własne też). Przyszedł moment kiedy Klara zaczęła oglądać filmy pełnometrażowe. Zupełny zbieg okoliczności sprawił, że pierwszą dłuższą animacją jaką obejrzała była... Kraina Lodu. Na efekt zauroczenia Anną i Elsą nie trzeba było długo czekać. Na pytanie "co Ci się śniło", odpowiedź zawsze była taka sama - Anna i Elsa. Ostatnio kiedy Klara spała włączyłam Krainę Lodu (inaczej ogląda się z dzieckiem, inaczej samemu) i w momencie kiedy poleciała pierwsza piosenka (3 minuta filmu?), usłyszałam idącą Klarę, usiadła mi na kolanach i razem oglądałyśmy dalej :-). Moja kochana córeczka uwielbia Krainę Lodu. Jak powiedziała mi jedna mama - każdy musi przejść przez ten etap, zauroczenia tą bajką. Na szczęście Edipresse Kids wychodzi na przeciw tym dziecięcym upodobaniom. Dzięki temu wydawnictwu na polskim rynku pojawił się magazyn w całości poświęcony Krainie Lodu
Kiedy Klara wstała rano i po raz kolejny powiedziała, że śniła jej się Anna i Elsa, powiedziałam "chodź kochanie do kuchni" i pokazałam jej co dla niej mam. Wszystko inne przestało mieć znaczenie. Śniadanie, umycie zębów, przebranie się, NIC nie było bardziej interesujące od czasopisma z jedną z jej ulubionych postaci na okładce. A to był dopiero początek... razem z magazynem była ręcznie malowana figurka Anny i olbrzymia dwustronna plansza  (z jednej strony miała grę, a z drugiej plan pałacu w Arendell). W środku też znalazła się masa ciekawych rzeczy. Od krótkiej charakterystyki Anny aż do przepisu na pyszne ciasteczka. Przewertowałyśmy ten magazyn już parokrotnie, za każdym razem znajdując coś ciekawego. Jednym słowem zabawa i to wszystko z ulubionymi postaciami z Krainy Lodu.
Bardzo się cieszę, że Edipresse Kids wydaje takie czasopismo. Jest w nim pełno rozmaitości ze świata Anny i Elsy. Możemy znaleźć tutaj nie tylko opisy,. czy charakterystykę, ale i zadania wymagające spostrzegawczości i logicznego myślenia. Najważniejsze jednak jest dla mnie to, że Klara  zakochała się w tym czasopiśmie. Figurka Anny nie odstępuje jej na krok, a sama gazetka nosi już znaczne ślady użytkowania ;-)

TUTAJ można zamówić prenumeratę. Myślę, że jest to nieuniknione ;-). Jeśli Wasze dziecko tak jak moje pokochało Frozen to raczej (tak jak ja) nie macie wyboru ;-).  Dodatkowo, zamawiając prenumeratę możemy spodziewać się paru fajnych bonusów :-) (szczegóły w linku)

Edipresse Kids znając potrzeby swoich czytelników organizuje również konkurs związany z Krainą Lodu. Do wygrania super zestaw klocków Lego związanych tematycznie z Anną i Elsą ;-). Aby wziąć udział w konkursie należy TYLKO narysować Elsą w zimowej sukience. Szczegóły TUTAJ 

Jeśli jesteście zainteresowani, co jeszcze Edipresse Kids ma w swoim asortymencie, zajrzyjcie TUTAJ. Ja na pewno nie długo opowiem Wam, co skradło moje serce ;-). Tymczasem prezentuje Wam parę zdjęć tego, co możecie znaleźć kolekcji Kraina Lodu ;-)









Dziękuję serdecznie Edipresse Kids za możliwość poznania i zrecenzowania tego fantastycznego czasopisma :-). 
A już wkrótce... zabiorę Was na przegląd innych rewelacyjnych gazet dla dzieci i młodzieży :-)

#edipressekids #edipresse #miniedi



Zabijcie wszystkich, Bóg swoich rozpozna.

Eluwina wszystkim (niektórzy pewnie wiedzą, że jest to jedno z młodzieżowych słów roku 2019, do TOP 3, link TUTAJ). Mi to słowo najbardziej się podoba, bo strasznie kojarzy mi się z Władcą Pierścieni (Eowina). Dzieci rosną, także trzeba być na czasie, po botem możemy się nie zrozumieć ;-). Tyle słowem wstępu. Dzisiaj mam dla Was kolejne opasłe tomiszcze <3.

Zabijcie wszystkich, Bóg swoich rozpozna

Po skończeniu Bram ze Złota nie mogłam znaleźć sobie miejsce. Zaczęłam chyba ze 3 różne książki i stwierdziłam, że to nie to. Nie tego szukałam po przeczytaniu trylogii Gołkowskiego. Biografia mi nie pasowała, powieść młodzieżowa też nie. W końcu moje oczy skierowały się na kolejne opasłe tomiszcze leżące na półce. Zabijcie wszystkich, Bóg swoich rozpozna Violetty Domagały wydawnictwa Novae res. Jeśli chodzi o autorkę to jest to moje pierwsze spotkanie z jej twórczością, natomiast jeśli chodzi o tego wydawcę to miałam już z nim styczność i jak dotąd się nie zawiodłam i nie odłożyłam książki na półkę z poczuciem straconego czasu.

z opisu wydawcy:

Przełom XII i XIII wieku, Europa Zachodnia. Eleonora Akwitańska, najpotężniejsza kobieta ówczesnej Europy, udaje się w podróż do Kastylii, by wskazać przyszłą królową Francji. Podjęta przez nią decyzja szokuje wszystkich i na zawsze zmieni dzieje starego kontynentu. Tymczasem w Langwedocji coraz większa część możnowładców, drwiąc z kościelnych kar, zaczyna jawnie wspierać katarską społeczność. Katarzy, od zawsze będący antagonistami wobec opływających bogactwem katolickich duchownych, są solą w oku papieża Innocentego III. Owładnięty żądzą anihilacji heretyków umysł najważniejszej głowy Kościoła przygotowuje plan definitywnego rozwiązania langwedockich problemów.

Czym zawinili katarzy? W jaki sposób obsesyjne myślenie jednej osoby rozwinie się w ideę przyświecającą możnym i duchownym katolickiej Europy? I jaką rolę w tym wszystkim odegra żądza? Pierwszy tom cyklu „Zabijcie wszystkich, Bóg swoich rozpozna” w fascynujący sposób przedstawia zalążek wydarzeń, które przyczyniły się do anihilacji katarów. Wiara i herezja, miłość i wzgarda, cnota i grzech, posłuszeństwo i przekora nigdy przedtem ani potem nie były sobie bliższe... 


Pomyślałam... czemu nie, może potrzebuję takiej ciężkiej i krwawej historii na rozluźnienie ;-). Już przy słowach wstępu stwierdziłam, że będzie bardzo interesująco, bo czyż słowo od autorki, brzmiące: "(...) tudzież dzieje autentycznych bohaterów, którzy żadnym namiętnościom nie kładli wszak tamy." Nie brzmi zachęcająco ? Na początku wiadomo, trudno się odnaleźć. Mnogość bohaterów, tytułów i zależności rodzinnych. Jednak z każdą kolejną kartką jest coraz lepiej i w pewnym momencie wchodzi się w tę historię całkowicie. 
Zawsze lubiłam opowieści z historią w tle. Jeszcze jak opowiadają o miejscach, w których byłam albo chociaż znam je ze słyszenia to już całkiem. Violetta Domagała jeszcze nie skradła mojego serca, ale jest na dobrej drodze. Bardzo podoba mi się to, że autorka nie zagłębia się w jakieś dziwne wątki typu "ona go kocha, ale nie może z nim być, bo jest z niższego stanu". Takie coś zawsze mi przeszkadzało, zamazywało ważniejszą cześć fabuły. W Zabijcie wszystkich, Bóg swoich rozpozna mamy konkrety. Wszystko się ze sobą łączy, autorka zadbała o bardzo klarowny opis postaci. Dokładnie wiemy czego możemy się spodziewać. Chyba właśnie to mnie przekonuje. Violetta Domagała udowadnia, że średniowiecze to nie tylko czas modlitw wznoszonych do Boga, ale i okres wielkich konfliktów, jeszcze większych sojuszy i spektakularnych historii (nie tylko miłosnych ;-)) Ale co się dziwić, przy takim tytule, wiadomo, ze nie będziemy się nudzić, a autorka dopiero się rozkręca, bo to jest tylko pierwszy tom tej sagi ;-)
Przed lekturą Zabijcie wszystkich, Bóg swoich rozpozna byłam sceptyczna. Średniowieeeeczeeee, serio, jakoś mi się nie wydaje to ciekawe. Lubię się tak mylić. Książka wciąga, autorka zadbała o najdrobniejszy element fabuły i tak jak w Grze o Tron, nie można się za bardzo przywiązywać do postaci ;-). Dodatkowo... to wszystko wydarzyło się naprawdę! Violetta Domagała nadała temu tylko rys fabularności. Jednak nie umniejszając Jej zdolnościom pisarskim, trzeba powiedzieć, że zrobiła to po mistrzowsku!
Na pewno nie jest to książka dla wszystkich, ale jeśli ktoś chciałby znaleźć się w Średniowiecznej Europie i zobaczyć, jak naprawdę się wtedy żyło... to zapraszam :-)


Teraz będziesz kurą

W wigilię 6 go grudnia ;-) mam dla Was coś wyjątkowego :-). Bardzo długo zastanawiałam się jaką książkę Wam zaprezentować. Postawiłam jednak na to, co ostatnio jest na tapecie u nas w domu. Gust Klary zaczyna być widoczny i zaczynam wiem już jaka tematyka ją interesuje. Jak przystało na typową dziewczynkę chce być... WILKIEM ;-). Dlatego wszelkie książki z takim bohaterem są jak najbardziej pożądane. Oprócz Czerwonego kapturka, znalazło się na szczęście jeszcze parę innych pozycji i dzisiaj chciałabym przedstawić Wam jedną z nich.

TERAZ BĘDZIESZ KURĄ


Jest to książka, która bardzo mnie zdziwiłam. Po pierwszym czytaniu, stwierdziłam, że jest jakaś dziwna. Dlatego odłożyłam ją na półkę. Wtedy jednak myślałam innymi kategoriami. Tematyka związana z relacjami rodzeństwa była mi bardzo odległa, ponieważ Janek był za mały żeby wchodzić w jakiekolwiek relacje oprócz ze mną ;-). Dzieci urosły, dużo rzeczy się zmieniło, w tym też to jak zachowują się względem siebie. Szukając czegoś nowego do czytania natrafiłam na nią ponownie, a że jednym z głównych bohaterów jest wilk, nie miałam innego wyboru ;-). Teraz okazała się ona strzałem w dziesiątkę. Barbo Lindgren stworzyła niesamowitą historię, która w prosty sposób opisuje pełen wachlarz emocji jakie towarzyszą relacjom między rodzeństwem. Wilk i kura w doskonały (jak dla mnie) sposób opisują jak młodsze rodzeństwo MUSI podporządkowywać się starszemu. Jak bardzo chęć akceptacji przez brata lub siostrę sprawia, że to młodsze dziecko spełnia każde polecenie. Teraz będziesz kurą to książka, która jest doskonałym wprowadzeniem do rozmowy o relacjach jakie łączą rodzeństwo. Ja czytam tę książkę z podziałem na role (jak już znam ją prawie na pamięć to mogę sobie na to pozwolić ;-)) Dzięki temu Klara zaczęła zadawać pytania. Dlaczego kurczaczek się smuci? A wilk jest dobry, czy zły? Dlaczego kurczaczek znosi jajka? Powiem Wam szczerze, że te pytania nie są takie łatwe, kiedy przychodzi na nie odpowiedzieć 3 letniemu dziecku. Musiałam się dobrze zastanowić, co konkretnie powiedzieć. Dodatkowo ilustracje. Nie wiem jak Wy, ale ja bardzo lubię taki rodzaj rysunków. Prosty, wymowny i dziecięcy. Charlotte Ramel wykonała kawał dobrej roboty. Jak już dorosłam do tej książki ;-) to nie mogę się od niej oderwać. Wcześniej zamówiłam ją tylko i wyłącznie ze względu na ilustracje. Wiadomo, przecież to książka dla dzieci ;-). Książka ukazała się nakładem wydawnictwa Zakamarki.

Śmiało mogę przyznać, że jest to jeden z moich skarbów na półce, ponieważ jest to bardzo wartościowa literatura dziecięca. No i jest wilk ;-)




#parenting

Dzisiaj jeszcze tutaj, ale myślę, że od przyszłego tygodnia będą jednak 3 wpisy tygodniowo. Książka dla dorosłych, książka dla dzieci i moje, jakże mądre przemyślenia ;-). W tym tygodniu musiałam pozałatwiać parę spraw, ale mam nadzieję, że przyszły tydzień będzie spokojniejszy i będę miała na wszystko czas.
Chciałam dzisiaj trochę porozmyślać na temat świąt. Jeśli miałabym być jakąś świąteczną postacią to byłabym Grinchem. Nie lubię przygotowywania do świąt, nie przepadam za tą całą komercjalizacją świąt i... powiem to po cichu (bo to prawie jak grzech) nie lubię i nie oglądam Kevina. Bardzo się cieszę, że powracają dekoracje proste, lekkie i ekologiczne. Nie uświadczycie też u mnie świątecznych wpisów. No może będą jakieś krótkie wstawki, ale bez przesady ;-). Jak dla mnie święta mogłyby wyglądać tak, że jest dużo śniegu, a my, całą rodziną po prostu idziemy na sanki. Cała ta gonitwa, szykowanie, stres. PO CO TO WSZYSTKO ? Moje plany na grudzień są takie same jak na poprzednie miesiące i nie zmienia tego świąteczny klimat. Prezenty... oczywiście będą, bo jest okazja do obdarowywania, ale gdyby nie było świąt grudniowych też bym sobie okazję do obdarowywania znalazła ;-). To tyle słowem wstępu na nadchodzące wpisy ;-). U mnie będzie po prostu normalnie ;-)

Podsumowanie trylogii Bramy ze Złota

Witajcie Kochani! Nowy rok, nowa ja... a nie, zaraz, to dopiero za miesiąc ;-). Nie jestem fanką czekania na odpowiednią okazję, która ma pomóc w nowych postanowieniach. Jak coś zmieniać to od razu, a nie czekać na dodatkową motywację ;-). Dlatego postanowiłam posłuchać mądrzejszych ode mnie (i starszych ;-)) i wprowadzić zmiany na blogu. Nie bójcie się, nic strasznego i diametralnego się nie stanie. Po prostu podzielę moje poniedziałkowe posty na dwa. Dlatego od dzisiaj będą pojawiały się dwa wpisy zamiast jednego :-)!. Dzisiejszy jest trochę przejściowy, bo wiadomo, od czegoś trzeba zacząć. Jak już się naczytacie o książkach dla dorosłych, w środę albo w czwartek (nie mogę się zdecydować ;-)) pojawi się post o książkach dla dzieci. Oczywiście nie tylko, bo nie byłabym sobą, gdybym nie wcięła trochę moich jakże mądrych i niesamowicie błyskotliwych przemyśleń ;-). A więc... zaczynajmy.

 Bramy ze Złota




Trzy opasłe tomiska. Zacznę od końca, bo moją opinię o poprzednich częściach już znacie :-).W ostatnim tomie autor się rozkręcił. Spektakularne bitwy, zwroty akcji, ciekawi bohaterowie. Popłynęłam. Czytałam kiedy mogłam z myślą "jeszcze jedna strona, tylko skończę wątek" I nagle co? skończyło się! W pewnym momencie po prostu historia się skończyła! No jak tak można?! Historia, którą napisał Michał Gołkowski jest niesamowita, porywająca i bardzo rzeczywista, jak na fantastykę. Okazało się jednak, że autor nie wszystko wymyślił sam. Wiele wątków i postaci z książki jest autentycznych. Inne są inspirowane prawdziwymi bohaterami, czy miejscami. Kiedy dowiedziałam się o tym (Gołkowski sam wszystko wyjaśnia w posłowiu)... nie wiem, czy trochę się zawiodłam, czy mi tym zaimponował. Sztuka interpretacji wydarzeń historycznych to nie lada wyzwanie, a jeszcze umiejętne ich dopasowanie do fabuły książki fantastycznej. Brawo Panie Gołkowski. Ale... jest jedna rzecz, która mi się nie podobała. W zasadzie nie rzecz, a zdanie. Ostatnie zdanie w epilogu. Tak, tak czepiam się, przecież całość była niesamowita i porywająca, ale to ostatnie zdanie sprawiła, ze wkrada się spory relatywizm, ale o tym mam nadzieję kiedyś podyskutować z samym autorem ;-).

Co mogę finalnie powiedzieć o trylogii Bramy ze Złota ? Wow.
Po pierwsze postacie. Już od pierwszego tomu czytelnik dostaje coś innego. Świat, który wydaje się znajomy, ale uciekający przed zdefiniowaniem. Postacie, które nawet nie wychodzą, ale wyrywają się z szablonów. Zahred. Bóg człowiek, człowiek boski?  Mira - wojownicza księżniczka <3. Drus - człowiek oddany religii, którą stworzył i zbudował na jednym, dziwnym trupie... Mam mówić dalej? Bo to dopiero początek ;-). Nie będę opisywać tutaj wszystkich postaci, bo nie dość, że jest ich za dużo to jeszcze nie chcę uproszczać wszystkiego, co tam się dzieje.
Po drugie miejsca. Tak jak mówiłam, trochę zawiodłam się faktem, że autor tego wszystkiego nie wymyślił, ale kiedy dowiedziałam się, że Świątynia na Bagnach istnieje naprawdę to... już wiem, gdzie chcę pojechać na wakacje ;-). Dla złośliwców - może Was zaskoczę, ale od razu wiedziałam, że Gołkowski nie wymyślił Konstantynopola ;-).
Po trzecie równowaga. Bardzo podobało mi się to jak autor utrzymywał równowagę między różnymi religiami. Nie znajdziemy w tej książce odpowiedzi na pytanie, który Bóg istnieje. Gołkowski w umiejętny sposób pokazuje, że ktoś tam na Nas zerka, ale nie da się tego określić ani w jednostkach miary (jeden, dwa), ani w innych realnych ramach.
Po czwarte. Spektakularność. O ile w pierwszym tomie czekałam od razu na jakieś bitwy, dostałam... jedną... potem już nie miałam czasu żeby czekać ;-). Tam co chwile się coś działo, a kolejne rozdziały pojawiały się i znikały z szybkością światła (tak szybko się to czytało).
Po piąte. Jak On to zrobił, że połączył to wszystko w jedno. No jak? Przecież to się nie trzyma kupy! A jednak. Historia jest tak płynnie opowiedziana, fabuła jest tak dobrze przemyślana, że ja ją biorę za pewnik. To nie kolejna opowieść fantasy. To kawał dobrej historii!

Strasznie mi szkoda, że moja przygoda z Zahredem się skończyła. Pocieszam się faktem, że muszę nadrobić Bogów Pustyni i Spiżowy Gniew. Czyli książki, które opowiadają wcześniejszą historię Zahreda. Ale... to już nie będzie to samo...

Jeśli miałabym wrócić do mojej pierwotnej wersji ocen. To Trylogia Bramy ze Złota Michała Gołkowskiego znajduje u mnie miejsce na najwyższej półce (dosłownie zresztą też ;-))



trochę dystansu

Witajcie Kochani, w ten cudowny, piękny, nastrajający optymizmem... poniedziałek ;-). Dzisiaj mam dla Was saaaaaame fajne rzeczy, dlatego od razu zabieram się do przedstawienia Wam tych perełek :-)<3

#recenzje

Po pierwsze Zmierzch Bogów Michała Gołkowskiego wydawnictwa Fabryka Słów. Obiecałam sobie, że najpierw doczytam Wilcze Gniazdo  Jacka Komudy, ale... no nie mogłam się oprzeć!. Finałowa część serii, pełny rozmach w opisywaniu ostatecznej bitwy, ulubieni bohaterowie, do których zdążyłam się  przyzwyczaić. Sami rozumiecie, że to było silniejsze ode mnie ;-). Zwłaszcza, że jest co czytać, bo ostatni tom ma prawie 800 stron! Na szczęście jestem tak wciągnięta w tę historię, że dosłownie połykam tę książkę. Nie pamiętam kiedy coś tak szybko mi wchodziło. Strony po prostu lecą jedna za drugą, a historia, która powinna się powoli kończyć, bardzo się rozkręca. Mam nadzieję (przy takim tempie czytania jest to możliwe ;-), że skończę do przyszłego tygodnia i będę mogła w pełni opisać Wam wrażenia. Już się boję, co to będzie jak skończę. Cóż ja ze sobą pocznę, co będę czytać... żartuje. Pomimo bólu związanego z końcem Bram ze złota. Czeka na mnie niezłe stosik ;-)

Dla dzieci mam coś, co zupełnie mnie zauroczyło. Dzięki uprzejmości Wydawnictwu AWM. W moje ręce wpadła książka Zwierzaki z abecadła cudaki. Na fali popularności słodziaków z biedronki, ta książka doskonale wpasowuje się w obecne standardy nazewnictwa. Mamy Pandę Paulę, Borsuka Benia itp. Jak dla mnie hit. Klara była zachwycona i jak tylko dostałyśmy tę książkę (w piątek) to przeczytałyśmy już ją niezliczoną ilość razy. Dodatkowo jest tam miejsce na ćwiczenia pisania liter, oczywiście odpowiednich do każdego zwierzątka i coś, co lubi chyba każde dziecko - zagadki. Niby jedna książka, a zabawy na wiele godzin :-). Oczywiście, nie można zapominać również o ilustracjach, które stworzył Adrian Macho. Oczywiście ukłony należą się też Katarzynie Vanevskiej, która włożyła dużo pracy w adaptację. Dzięki czemu książka prezentuje się nie tylko ładnie, ale i melodyjnie, No, ale sami zobaczcie :-). Ja na pewno gorąco polecam!
ps. Janek też jest bardzo zaaferowany tą książką, co widać na zdjęciu (ciężko mi było mu ją zabrać ;-))



No i na koniec kolejna perełka, z której jestem mega zadowolona, a dzieciakom to już brakuje skali ;-). Dzięki uprzejmości DUBI - personalizowana muzyka dla dzieci otrzymałam płytę z bardzo fajnymi piosenkami. Na moje szczęście w swoim asortymencie mają zestawy dla rodzeństwa (ale indywidualne też są ;-)), dzięki czemu nikt nie jest poszkodowany ;-). Płyta składa się z 12 piosenek, które opowiadają o różnych dźwiękach i czynnościach. Moja ulubiona to chyba o karetce, ale Klara przepada za utworem o zwierzętach. DUDU i BIBI prowadzą dzieciaki przez świat piosenek, zachęcając nasze pociechy do wspólnej zabawy. Wołają je po imieniu! O ile Klara była zachwycona i zaciekawiona, bo piosenka była skierowania do niej ("Klaruniu! zawołajmy razem..."), o tyle Janek był zawstydzony, bo ktoś go wołał ;-). Jest jeszcze książeczka, w której zamieszczone są obrazki, które pomagają w interpretacji piosenek. Zabawa po pachy! Jak dla mnie to super alternatywa dla piosenek, które wałkujemy cały czas ;-). Dlatego polecam wszystkim rodzicom! Zwłaszcza, że zbliża się okres...prezentowy :-)
ps. dodatkowym plusem jest ekspres w wysyłce (przesyłkę dostałam na drugi dzień!)
      i opakowanie... sami zobaczcie :-)





Widzicie sami...same perełki! Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że w pełni rekomenduję oba produktu i polecam, nie tylko jako prezent świąteczny, ale po prostu jako część wyposażenia dziecięcej biblioteczki. Za udostępnienie książki Zwierzaki z abecadła cudaki jeszcze raz dziękuję wydawnictwu AWM, a za płytę z muzyką twórcom z DUBI. Polecam sprawdzić co jeszcze ciekawego mają w swoich asortymentach :-)

#trochę dystansu

Jak już zapewne niektórzy wiedzą, dopadła nas ospa. Oznacza to, że siedzimy w domu. Czekam jeszcze co prawda, aż Janek zmieni się w biedronkę, ale myślę, ze to kwestia czasu. Nie do końca jestem zadowolona z tego powodu. Dzieciaki zamknięte w domu, w czterech ścianach przez dłuższy czas, dostają kręćka. Bo ile można robić to samo? Już ja jesteśmy w domu to przydałoby się coś porobić ciekawego. Jestem połowicznie przygotowana na taką sytuację. W pokoju na półce piętrzą się różne łamigłówki, gry, puzzle i tak dalej. Mam nadzieję, ze w momentach kryzysu zawsze znajdę coś nowego, czym zainteresuję dzieci. Nie mam problemu z Klarą, ponieważ jest na tyle duża (3 latka), że jestem w stanie zorganizować jej czas, ale Janek... gdyby nie był typowym bobasem, który lubi jeść wszystko, co zmieści mu się w buzi, to pewnie znalazłabym coś ciekawego, twórczego i kreatywnego. A tak... będzie "umilał" czas siostrze. Już słyszę to... "mamo, on mi zabrał", "ale ja miałam to pierwsza", "Jasiul mnie uderzył", ahhh... nie mogę się doczekać ;-). Chyba tylko dystans do tego wszystkiego pozwoli mi przetrwać te 2 tygodnie zamknięcia. Umówiłam się już z Kluskonem, że jak wróci z pracy to ja wychodzę ;-). Oczywiście żartuję. Siedzenie w domu z dziećmi nie jest takie złe. Odkąd Klara poszła do przedszkola straciłam podgląd na ważne i kluczowe momenty w jej życiu. Nauka kolorowania, pierwsze piosenki, zabawy, które sama wymyśla, a teraz dzięki temu, że na jakiś czas stała się biedronką ;-) mogę ją poobserwować. To na pewno nie będę łatwe chwile, bo każdy dzień będzie wyglądał podobnie, ale i tak się cieszę <3
W ten ponury czas, w którym ciężko znaleźć jakieś pozytywne aspekty, rozbawia mnie dystans do samej siebie. Po prostu sama uśmiecham sobie dzień ;-). Jak to robię? Jedząc ciastko ( no już nie ważne, które ;-)) myślę, o nie... będą gruba... zaraz przecież i tak jestem ;-). Oczywiście to tylko przykład, ale jest tego więcej. Ostatnio czułam się jak żółw przewrócony na skorupę, bo nie mogłam się wygramolić z pufki. Czy wyobrażaliście sobie kiedyś siebie jako żółwia? nie? polecam ;-). To samo robię z rzeczywistością. Pomimo szarugi, trochę ją ubarwiam :-). Dzięki temu moje nastawienie jest zazwyczaj pozytywne, a ja staram się nie poddawać :-)

To wszystko na dzisiaj. Za tydzień podzielę się moimi wzlotami i upadkami w opiece nad biedronkami ;-)



Jestem dumna

Witajcie Kochani! Dzięki pisaniu bloga, zaczynam lubić poniedziałki ;-). Cały tydzień szykuję się na napisanie kolejnego posta. Nie jest to już totalny chaos i dezorientacja. Dokładnie wiem, co chcę napisać i jakie tematy poruszyć. Dlatego z utęsknieniem wyglądam poniedziałku, kiedy Kluskon jedzie do pracy, Klara do przedszkola, a Janek zapada w poranną drzemkę :-). Dzisiaj mam dla Was coś naprawdę wyjątkowego!

#recenzje

Długo zastanawiałam się jaką książkę dzisiaj przedstawić. Nie skończyłam jeszcze Wilczego gniazda Jacka Komudy, a jak wiecie, wypowiadam się dopiero po skończonej lekturze. Na razie jest nie źle. Polska szlachecka w pełnej krasie. Lubię czasami poczytać takie powieści z historią w tle, zwłaszcza, że Jacek Komuda ma niesamowity dar opowiadania. Dla mnie, czyli osoby, która kojarzy daty i nazwiska, ale nie kojarzy szczegółów minionych wydarzeń, jego książki to swoista kronika czasów szlacheckich. Jacek Komuda opisuje wszystko z taką dbałością o szczegóły, ze ma się wrażenie, że nie wymyślił fabuły tylko ją przeżył. Uważam, że nie ma lepszej rekomendacji.
Jednak dzisiaj ma dla Was książkę, która zmieniła moje życie. Pojawiła się w odpowiednim momencie (chociaż to było dopiero na studiach) i odpowiedziała na pytania zadawane w skrytości ducha. Rozjaśniła mi trochę światopogląd i pokierowała na właściwe tory. Jesteście ciekawi ;-)?
Przedstawiam Wam... Sto lat samotności Gabriela Garcia Marqueza. Powiem Wam, że bardzo ciężko znaleźć odpowiedni opis tej książki. Sama nie podejmę się tego wyzwania, ponieważ nie jestem godna ;-). Odsyłam Was do Wikipedii, gdzie znalazłam materiał, który w dość przyzwoity sposób opisuje fabułę. Gdyby jednak nie chciało Wam się przedzierać przez te wszystkie informacje, na stronie Lubimyczytac.pl jest taka krótka esencja:
Miała to być pierwsza powieść Gabriela Garcíi Márqueza. Dzięki swym dziadkom znał od dziecka historię Macondo i dzieje rodziny Buendía, prześladowanej fatum kazirodztwa. Świat, w którym rzeczy nadzwyczajne miały wymiar szarej codzienności, zwyczajność zaś przyjmowana była jak zjawisko nadprzyrodzone; świat bez czasu, gdzie wiele rzeczy nie miało jeszcze nazw, był też jego światem. Potrzebował aż dwudziestu lat, by spisać te rodzinne opowieści z całym dobrodziejstwem i przekleństwem odniesień biblijnych, baśniowych, literackich, politycznych; uświadomił nam, że „plemiona skazane na sto lat samotności nie mają już drugiej szansy na ziemi”. (Chociaż moim zdaniem zupełnie nie oddaje fenomenu tego dzieła). 
Sto lat samotności to książka, do której ciągle wracam myślami, ciągle uświadamiam sobie, że Marquez miał rację. Rzeczywistość i czas to taki świński ogon (kto czytał ten wie, kto nie...czyżbym rozbudziła Waszą ciekawość ;-)?). Dzięki tej książce zaczęłam czytać. Przed nią oczywiście też mi się to zdarzało, jednak było to sporadyczne. Jest to powieść, którą traktuję z wyrazami największego szacunku, i która pozwoliła mi odkryć wiele ciekawych aspektów otaczającego mnie świata. Mam zapędy filozoficzne. Kluskon śmieje się, że mam za dużo czasu na myślenie, dlatego myślę o głupotach, ale przyznajcie sami... kiedy trafi się książka, która totalnie wpisuje się w waszą egzystencję, bylibyście w stanie przejść obok niej obojętnie i po prostu zapomnieć?

a teraz coś dla dzieci ;-). Co prawda u nas znowu królują retro bajki, o których pisałam TUTAJ, a Klara ma teraz fazę na Czerwonego Kapturka, to dzisiaj chciałabym Wam przedstawić bardzo którą, ale niesamowicie dźwięczną bajkę. Jedna bajka i do łóżka Didiera Zanona i Sebastiena Pelona wydawnictwa Olesiejuk to bardzo fajna opowieść o małym króliczku, który kładzie się do łóżka i słyszy różne odgłosy. Kiedy Klara poznała tę książkę, burza była głównym tematem w naszym domu. Bardzo mi się podoba to, jak autorzy porównują dźwięki za oknem, do tych znanych króliczkowi. Też zabawiliśmy się w takie skojarzenia, nie miałam pojęcia z czym może kojarzyć się stukanie gałęzi o okno (odpowiedź: z tłuczeniem kotletów ;-)). Gorąco Was zachęcam żebyście zapoznali się z tą książeczką :-)


#parenting

Dziecko ma różne etapy. Czasami jest fantastycznie, innym razem jest gorzej, potem jest najgorzej, a potem okazuje się, że może być gorzej ;-). To oczywiście żart, ale każdy wie, że z dziećmi bywa różnie. Klara ostatnio ma fazę na dramaty. Kiedy Kluskon wbiega do pokoju, chcąc ratować córkę (albo mnie), okazuje się, że dramat jest...zagrany. Gdybym mogła, dałabym Klarze oskara. Wiadomo owacje na stojąco, pełne wzruszenie, Klara ociera wymuszoną łezkę, ukłon, kurtyna. Znacie to? Jestem dumna z siebie jako rodzica, że nie popadłam w stan nerwowy i...to wytrzymuję ;-). Czasami opadają ręce, czasami brak już słów, ale wiem, że wszystko, co robią moje dzieci kształtuje ich osobowość i charakter. Nie chcę aby kiedykolwiek czuły się niewysłuchane lub ignorowane. Chcesz krzyczeć i wrzeszczeć (nawet bez powodu)? Proszę bardzo, w końcu Ci przejdzie ;-). Jako rodzic nie szukam poklasku, każdy wychowuje dziecko jak chce. Ja postawiłam na czytanie, zabawę i spędzanie czasu razem. Każdy, kto mnie śledzi w mediach społecznościowych wie, jak wygląda mój dzień i chociaż to nie było moim celem, często słyszę, że jestem fajną mamą, że moje dzieciaki mają fajne dzieciństwo. Bardzo długo nie planowałam być mamą, ale jak już się do tego zabrałam to pełną parą. To nie jest tak, że wszystko przychodzi samo, pracuje nad tym żeby moje dzieci były szczęśliwe i jestem dumna z odniesionych sukcesów i kolejnych dróg do celu. Wy też tak możecie ;-)

#fitgeekmama

Tutaj niestety wieści nie są za dobre. Zawieszam ten projekt. To nie jest tak, że nie będę dalej próbować. Po prostu nie chcę robić tego na pół gwizdka. Spadek wagi, wzrost, spadek, wzrost i tak w kółko. Kiedy mój ukochany synek zechce przesypiać noce, a ja nie będę padała o godzinie 20 ze zmęczenia, myślę, że uda mi się to ogarnąć. Oczywiście teraz nie zamierzam rzucić się w wir fast foodów i słodyczy, ale zracjonalizować jedzenie i (jak już kupię kropelki usypiające;-)) zacząć ćwiczyć. Na razie to drugie jest niewykonalne. Czas, który mam w ciągu doby dzielę na wiele rzeczy, macierzyństwo i obowiązki domowe są na pierwszym miejscu, potem książki ;-). Jak sami widzicie nie ma tu miejsca na dodatkową aktywność ;-). Projekt fitgeekmama zostaje zawieszony, ale... 



prawie zdrowa.

Witajcie moi Drodzy! Już po długim weekendzie, oznacza to, że w końcu mogę odpocząć ;-). Klara w przedszkolu, Kluskon w pracy, Janek śpi, czas na relaks <3 Muszę przyznać, ze pisanie idzie mi z coraz większą łatwością. Głowę mam pełną pomysłów, tematy też się same znajdują, a o książki to już w ogóle nie muszę się martwić ;-). Ponad rok prowadzę już tego bloga, chociaż tak na poważnie to wzięłam się za to od lutego. Miałam już chwilę zwątpienia, już myślałam żeby przestać, bo przecież blogów jest bardzo dużo, a ja z moimi przemyśleniami raczej się nie przebiję, ale... systematyczna praca pokazuje, że mój blog ciągle się rozwija, a ja tylko czasami zwalniam na chwilę i się nie zatrzymuję, a więc, do dzieła ;-)

#recenzje

Sporo udało mi się przeczytać, więc mam o czym opowiadać :-). Złote Miasto Michała Gołkowskiego... narzekałam, że za długo, narzekałam, że powiela schemat, ale końcówka... no nie mogłam się oderwać, a już ostatnie strony to przeczytałam w czasie zabawy z dziećmi. Muszę przyznać, że ma pomysł. O ile sama podróż do Złotego Miasta jest jak dla mnie trochę za długa, to już to, co dzieje się po dotarciu do celu, rozwija się gładko i szybko. Jestem bardzo ciekawa jak autor zakończy serię (premiera ostatniego tomu Zmierzch Bogów ma premierę 17.11), ponieważ drugi tom urwał się w bardzo dramatycznym momencie. Muszę przyznać, że przywiązałam się do postaci, które stworzył Gołkowski i ciężko mi było po skończeniu drugiego tomu przestawić się na kolejną książkę. Finalnie więc mogę powiedzieć, że gdyby autor trochę skrócił podróż do Złotego Miasta to nie miałabym się do czego przyczepić i bez jakichkolwiek wątpliwości poleciłabym wszystkim fanom fantastyki. Gdybym miała wybierać konkretną grupę docelową to wskazałabym bardziej na osoby, które lubią czytać o twardym i brutalnym świecie, w którym nie można za bardzo przywiązywać się do własnego życia.

Pustka jego oczu Mai Kurińskiej wyd. NowoCzesne. Noooo tu to się zaskoczyłam. Po przeczytaniu opisu, stwierdziłam okey. Bardzo lubię czytać historie z antybohaterami. Nie chodzi mi nawet o jakąkolwiek przemianę ze złego w dobrego, ale o to jak autor przedstawi negatywną postać. Dlatego wszelkie takie historie bardzo mnie interesują. Kiedy dostałam Pustkę jego oczu do rąk, stwierdziłam, że coś krótka będzie ta opowieść (pierwsza część ma 188 stron). Pierwsze strony mijały powoli, wiadomo, akcja musi się rozkręcić, trzeba poznać świat i bohaterów, ale Maja Kurińska bardzo szybko przeszła do rzeczy. Głowna bohaterka, księżniczka Ilma przeżywa bardzo dramatyczne chwile. Nie dość, że traci przyjaciół to dodatkowo musi przeżyć spotkanie z tajemniczym mieszkańcem kopalni. Pomimo strachu, odgórnego zakazu opuszczania bezpiecznego bastionu, Ilma wraca do kopalni, chcąc odkryć prawdziwą naturę swojego nowego towarzysza. Byłam bardzo ciekawa, co wymyśliła autorka, czym mnie zaskoczy i czy w ogóle będzie jakiś zwrot akcji i kiedy już, już myślałam "o jeeessssuuu...jaka mądra i dojrzała nastolatka", zdarzyło się coś, czego zupełnie nie oczekiwałam, chociaż bardzo mi się podobało. Mądra i dojrzała nastolatka bardzo się zdziwiła, a ja wciągnęłam się całkowicie. Trochę drażniła mnie niekonsekwencja w zachowaniu Ilmy, która jest z natury płaczliwa, a mimo to jest odważniejsza niż inni, ponieważ w obliczu zagrożenia potrafi sobie doskonale poradzić. Końcówka pierwszego tomu sprawiła, że mam niesamowitą chęć napisać do autorki żeby udostępniła chociaż fragment kolejnej części, bo jestem baaaardzo ciekawa jak to wszystko się potoczy, chociaż oczywiście mam swoje podejrzenia :-). Dlatego polecam Wam Pustkę jego oczu Mai Kurińskiej.

A teraz przed Wami, mój plan na ten tydzień Wilcze gniazdo Jacka Komudy wyd.Fabryka Słów. Kto zna tego autora ten wie, że przy nim nie można się nudzić. Całym sobą reprezentuje to o czym pisze, wygląda jak wyciągnięty z sejmiku szlacheckiego ;-). Kto Go nie zna, niech wie, że jest pisze o czasach, kiedy szabla ucinała wszelkie dyskusje. Nie jestem wielką fanką Jacka Komudy, ale od czasu do czasu lubię przeczytać coś, co wyszło spod jego rąk. Na razie mogę przedstawić Wam jedynie opis wydawcy:
Jest wiek XVII. Gedeon Siemieński, zubożały szlachcic, chcąc zająć dobra po swoim stryju, wyrusza na zieloną Ukrainę – dziki, nieokiełznany kraj na rubieżach Rzeczpospolitej szlacheckiej. Kraj bardzo piękny w swej bezwzględności. Siemieńskiemu nieustannie przytrafiają się liczne przygody i tarapaty – powstanie kozackie, wielka miłość, zajazdy i pojedynki. Jednakże polski szlachcic nawet z największych opresji wychodzi w sposób odważny i pomysłowy, doskonale się przy tym bawiąc.


A teraz coś dla dzieci. Na szczęście Janek jeszcze nie decyduje co mam mu czytać, dzięki czemu sama wybieram to, na co mam ochotę ;-). Dlatego aktualnie czytam mu pierwszą książkę z serii Cała Polska Czyta Dzieciom (wydanie drugie). Bardzo żałuję, że nie załapałam się na pierwsze, ale wtedy jeszcze o dzieciach nie myślałam ;-). Muszę przyznać, że jest to jedna z moich ulubionych książek i wracam do niech bardzo często. Dobór bajek i opowieści jest bardzo interesujący. Prawdę mówiąc o większości z nich nie słyszałam (wiadomo, dopóki nie przeczytałam ;-)). Rytm w tych historiach sprawia, że bardzo zapadają w pamięci, a treść jest ponadczasowa i uniwersalna. Dodatkowo ilustracje! Może nie jest ich dużo, ale są niesamowite <3. Sami zobaczcie ;-).Jeśli jeszcze nie macie, a będziecie mieli okazję gdzieś sobie kupić, to baaaaardzo polecam !



#parenting

Czy też macie taki stan, że jesteście prawie zdrowi? Katar, chrypka, ból głowy, ale gorączki brak. Brak tego punktu krytycznego po którym organizm się regeneruje. Przez to ten "prawie" stan wydłuża się i trwa w nieskończoność. Uważam, że jest to jedna z super mocy matek (specjalnie pomijam ojców, ponieważ wiadomo... mężczyzna nie choruje, mężczyzna walczy o życie ;-)). Wiedząc, że nie możesz się rozchorować, organizm rozkłada to w czasie, tak aby móc dość sprawnie funkcjonować. Są oczywiście choroby ekstremalne, które trzeba wyleżeć i przespać, ale ja mówię tu o tych "prawie". Nie lubię tego stanu, a przez długość jego trwania sama nie jestem pewna, czy to ciągle ta sama choroba, czy po prostu zaczęła się kolejna, ale... zdecydowanie wolę takie rozwiązanie niż leżenie w łóżku, a więc... dzięki mój organizmie za taką opcję ;-) No... z tym leżeniem... to jakbym miała tak poleżeć pod kocykiem... z książką... bez wyrzutów sumienia i obowiązków... to tak to mogę "prawie chorować" ;-)

To już wszystko na dzisiaj. Specjalnie pominęłam fitgeekmamę, ponieważ co tu dużo mówić był weekend, taki dość długi, byliśmy na chrzcinach, a dodatkowo jestem...prawie zdrowa. Pozbieram się i... no cóż. Zacznę od nowa.
Moje zdjęcie
Skarby na półkach
Kobieta, Żona, Matka. Piszę o tym co myślę, i robię. Najczęściej czytam książki i staram się aby moje dzieci wiedziały, ze są ciekawsze rzeczy niż siedzenie przed ekranem. Kontakt: skarbynapolkach@gmail.com kontakt@skarbynapolkach.pl

Znajdziesz mnie tutaj