Jak zostać konsultantką Avon?

Kosmetyki Avon są znane i lubiane. Co sprawia, że są tak popularne? Oczywiście jakość, ale kiedy cena jest przystępna to taka oferta kusi dwa razy bardziej ;-). A co jeśli powiem Wam, że możecie zaoszczędzić na zakupie kosmetyków marki Avon i jeszcze zarobić? Jak zostać konsultantką AVON? wystarczy zarejestrować się na stronie i cieszyć się zniżkami do 45% oraz super pakietem powitalnym. Koniecznie sprawdźcie najnowszy katalog i sami się przekonajcie ile cudowności można tam znaleźć :-)

Jak zacząć ćwiczyć w domu. 5 praktycznych porad.

 Poniedziałek. A ja mam nowe siły i chęć do działania (i przerażenie w oczach, bo siedzenie w chorymi dzieciakami w domu przysparza masy zaległości ;-)). Dlatego dzisiaj postanowiłam napisać pierwszy (mam nadzieję z wielu) wpis motywacyjno-praktyczny. Zatem zapraszam ;-).


Jak zacząć ćwiczyć w domu?

Nigdy nie należałam do osób chudych. Ba nawet nigdy nie nazwałabym się szczupłą i...nigdy mi to nie przeszkadzało. Do czasu, jak przekroczyłam 30 lat. Nagle okazało się, że wniesienie zakupów stanowi wyzwanie i doprowadza do niezłej zadyszki. Do czasu kiedy bieganie z dzieciakami okazało się bardzo trudne.

Postanowiłam działać. Oh, jaka ja byłam zmotywowana i pełna entuzjazmu. Szkoda, że siły zniknęły równie szybko jak się pojawiły. Nie wiedziałam wtedy ile rzeczy robię źle... i to już na samym początku.

1. Czas dla siebie.

Nie mam czasu, bo muszę ugotować obiad. Nie mam czasu, bo muszę posprzątać. Nie mam czasu, bo muszę zająć się dziećmi. Znacie to? A znacie to uczucie pod koniec dnia, że nic nie jest zrobione? Chodzi mi o to, że obowiązków ani pracy się nie przerobi. Zawsze będą. Zawsze będzie coś do zrobienia. Więc dlaczego nie znaleźć czasu na zadbanie o siebie? 

To może być 10-15 minut na początek. Rozgrzewka, rozciąganie, szybkie cardio. Wystarczy aby się ruszyć i zacząć dbać o własne zdrowie.

2. Bez wymówek.

Nie mogę ćwiczyć, bo nie mam stroju. Nie mogę ćwiczyć, bo nie mam maty. Nie mogę ćwiczyć, bo nie mam hantli. I tak dalej. Zaczęłam ćwiczyć w domu ponad rok temu. Wtedy nie miałam ani sprzętu ani umiejętności, ale stwierdziłam, że wszystko przyjdzie z czasem i jeśli naprawdę czegoś będę potrzebowała to to kupię. Na początku nie ma co inwestować, bo może się okazać, że szybko stracimy zapał do ćwiczeń.

3. YouTube.

Nie chciałam ćwiczyć z tymi wszystkimi znanymi trenerkami, których nazwiska zaczynają się na CH i na L ;-). Szybko okazało się, że nie dość, że nie są jedyne, to jeszcze (moim zdaniem) można znaleźć lepsze od nich. 

W tym poście piszę o ćwiczeniach, ale na tym portalu znajdziesz mnóstwo innych możliwości - joga, zumba, ćwiczenia wysiłkowe. Zależy co Ci pasuje. Ja zaczynałam od zumby i nigdy nie myślałam, że polubię ćwiczenia ;-).

4. Jakość, a nie ilość.

Nie wygniesz się jak Twoja wirtualna trenerka? Ojej. Zrobisz sobie parę sekund przerwy podczas serii. Ojej. Nie możesz skakać i myślisz, że cały trening w plecy. Ojej. Miej świadomość tego, że kobiety, które pokazują Ci jak ćwiczyć robią to zawodowo i od wielu lat. Nikt na początku nie jest ani rozciągnięty, ani na tyle wysportowany żeby podołać (choćby bez zadyszki) treningowi. Wszystko przychodzi z czasem.

Ja np. nie mogę skakać. Nie dlatego, że nie chcę, ale dlatego że grawitacja (w rozmiarze K) mi na to nie pozwala i choćbym miała super ekstra biustonosz do ćwiczeń, który ma amortyzować wszystkie takie wstrząsy, to i tak mnie to po prostu boli. Dlatego wszystkie ćwiczenia ze skakaniem wykonuję trochę inaczej i nie ma w tym nic złego.

5. Nie schudniesz.

Samymi ćwiczeniami nie da się zrzucić zbędnych kilogramów. Najważniejsza jest zbilansowana dieta. Jak się już pewnie domyślacie... ja nie schudłam, bo zabrakło mi zbilansowanej diety (chociaż nie wiem, dlaczego ciastka są niezbilansowane ;-)). 

Najważniejsze jednak to zacząć się ruszać, kolejne etapy dbania o zdrowie przyjdą sama i naturalnie. W moim przypadku było tak, że czułam po sobie, jak działa na mnie jedzenie, które jem i po prostu zaczęłam jeść inaczej. Nadal zdarza mi się przejadać, ale to też wina tego, że nie lubię marnować jedzenia i czasami dojadam po dzieciakach. Na szczęście mam tego świadomość i zaczęłam nad tym pracować :-).

Mam nadzieję, że trochę Was to zmotywowało. Najważniejsze to nie obiecywać sobie gruszek na wierzbie, a kokosy przyjdą same ;-). A na koniec piosenka:



Straszliwe mlode damy i inne osobliwe historie, czyli kobiece osobliwości w historiach grozy, Wydawnictwo Literackie.

 Sobota, a mi przez cały dzień wydawało się, że jest niedziela. Miło jest sobie uświadomić, że został jeszcze jeden dzień weekendu. Z drugiej strony nastawiłam się już psychicznie na poniedziałek i jutro pewnie nie będę mogła znaleźć sobie miejsca ;-).

Dlatego dzisiaj postanowiłam przedstawić Wam przedpremierowo bardzo wyjątkową książkę. Historie grozy z silnymi i ciekawymi postaciami kobiet. Czy udało się połączyć to w sposób ciekawy i wciągający? Zapraszam do recenzji.


Straszliwe młode damy i inne osobliwe historie.

Mi wystarczył już sam pierwszy człon tytułu żeby zainteresować się tą książką. Kiedy coś jest straszliwe i młode to musi być ciekawe. A jak dochodzą do tego inne osobliwości to już całkiem jestem kupiona. 

Straszliwe młode damy i inne osobliwe historie to najnowszy zbiór opowiadań Kelly Barnhill, autorki takich książek jak Syn Wiedźmy, czy Dziewczyna, która wypiła księżyc. Sporo słyszałam o jej twórczości, ale jakoś nie miałam okazji się jej przyjrzeć z bliska. Musze jednak przyznać, że cieszę się iż to spotkanie miało miejsce dopiero teraz. Kelly Barnhill ma bardzo ciekawy styl pisania. Płynnie przechodzi od tematów nadprzyrodzonych do tych do bólu prawdziwych. Przykładem może być pierwsze opowiadanie, w którym wdowa znajduje ukojenie w ramionach Yeti. Brzmi dziwnie? Niedorzecznie? Osobliwie? Właśnie takie historie czekają na nas w tej książce. 

Przyznam szczerze, że największe oczekiwania miałam do Magicznego dziecka. Noweli nagrodzonej w World Fantasy Award. I... podobało mi się. Naprawdę dobrze przemyślana i napisana historia. Wciągająca, niebanalna. Ekstra.

Ale... (oczywiście, że musiało być ale ;-)). Jeśli chodzi o ten konkretny zbiór opowiadań to moim zdaniem najlepiej oddaje klimat historia o Przedwczesnej śmierci Ronii Drake. Jest tam wszystko, groza, groteska, magia, czarny humor i inne... osobliwości.

Dlaczego cieszy mnie tak późne spotkanie z autorką? Ponieważ wcześniej mogłam jej nie docenić. Kelly Barnhill w swojej najnowszej książce porusza różne tematy i tylko własne doświadczenia życiowe pozwalają docenić ich piękno i ulotność.

Feministyczna groza?

Podczas czytania Straszliwie młodych dam chyba najbardziej podobało mi się to, że autorka stworzyła bardzo silne i ciekawe postaci kobiece. Nie ma dla mnie gorszej rzeczy (podczas czytania) niż roztrzęsiona, słaba i polegająca na innych dziewczyna. Na szczęście Kelly Barnhill chyba też nie lubi takich bohaterów i wszystkie stworzone przez nią charaktery są na prawdę ciekawe i wyraziste. 

Zgarnąć z półki?

To nie jest książka dla wszystkich. Mi się podobała. Czytałam ją z największą przyjemnością, ale ja bardzo lubię takie klimaty. Natomiast jeśli kogoś miałaby skusić sama okładka to mógłby się bardzo zdziwić (ale na pewno nie zawieść ;-)). Mimo wszystko polecam. Warto zagłębić się w ten groteskowy i osobliwy świat.

Tytuł:              Straszliwie młode damy i inne osobliwe historie.
Autor:             Kelly Barnhill
Tłumaczenie:  Katarzyna Makaruk
Wydawnictwo: Literackie
Premiera:       09.02.2022



Oddam brata za piątaka, czyli o trudnych relacjach z rodzeństwem. Wydawnictwo Skrzat.

 Czwartek. Styczeń w tym roku jest bardzo zaskakujący. Mam siłę, motywację, ba, nawet działam (najczęściej) zgodnie z planem, ale czuję się jakaś taka rozleniwiona. Patrzę na stertę ubrań i nie chce mi się jej ruszać, wchodząc do kuchni widzę góry naczyń i jakoś nie chce mi się ich ruszyć. Tłumaczę to sobie tym, że i tak robię dużo rzeczy i po prostu może mi się nie chcieć, ale... jakbym się bardziej zmotywowała to tych stert i gór wcale by nie było. Chociaż z drugiej strony odrobina bałaganu jeszcze nikomu nie zaszkodziła ;-).

Dzisiaj mam dla Was niezwykłą książkę, która przypomniała mi jak bardzo nie specjalnie i zupełnie nie złośliwe można zrobić komuś na złość. Mowa oczywiście o relacjach w rodzeństwie.


Oddam brata za piątaka (tylko żartowałem).

Głównym bohaterem jest ośmiolatek, który uważa, że ma głupiego starszego brata. Po co komu taki starszy brat? Wszystkiego zabrania, nie pomaga, wykorzystuje młodsze rodzeństwo. No po co on komu? Dlatego główny bohater postanawia to zmienić i go sprzedać... a to dopiero początek historii. 

Tak naprawdę jest to zbiór czternastu opowiadań, które łączy postać głównego bohatera. Moim ulubionym jest sprzątanie kuchni za pomocą oleju. Dosłownie widzę, jak moje dzieci, chętne do niesienia pomocy, biorą pierwszą lepszą butelkę i myją jej zawartością podłogę, a czy to byłby olej, czy płyn do podłóg, to już inna sprawa.

Wachlarz potrzeb emocjonalnych.


Czytając tę książkę, szybko można się przekonać, ze to nie tylko same zabawne historie i komedia pomyłek. Autorka bardzo sprytnie przemyca treści dotyczące emocji młodszego dziecka. Mamy tu cały wachlarz potrzeb emocjonalnych, od podstawowych tj. uwaga, czy zainteresowanie, do bardziej skomplikowanych, jak wskazanie właściwej drogi postepowania, czy zignorowanie kolejnego "dziwnego" pomysłu. Powiem Wam szczerze, że czytało się to naprawdę ciekawie. Z jednej strony jako osoba dorosła wiem, że strach z powodu rozbicia szklanki jest irracjonalny, z drugiej jako ośmiolatka pewnie sama się tego obawiałam. 

Zgarnąć z półki?

Zdecydowanie tak. Tak jak już Wam wspominałam, ja bawiłam się świetnie. Przypomniałam sobie ile drobnych złośliwości sprawiałam młodszej siostrze. Tak po prostu, bez konkretnego powodu. Przypomniałam sobie też wiele sytuacji, w których działałyśmy razem i było naprawdę fajnie. Także jak najbardziej polecam lekturę Oddam brata za piątaka (tylko żartowałem).

Tytuł:              Oddam brata za piątaka (tylko żartowałem)
Autor:             Elżbieta Jodok-Kula
Wydawnictwo: Skrzat
Premiera:        01.12.2021



Nowy rok, zrób sobie prezent.

 Poniedziałek. Ostatnio sporo rozmyślam o minionym roku. O tym jaki był, co się zmieniło, jak ja się zmieniłam i w którym kierunku powinnam dalej iść. Może to ze względu na wiek, może to przez książki, które ostatnio czytałam, ale doszłam do wniosku, że w tamtym roku nie sprawiłam sobie żadnej przyjemności. Ciągle w biegu, ciągle coś do załatwienia, ciągle nie miałam czasu... Dlatego w tym roku chciałabym spokojniej podejść do tego wszystkiego i... dać sobie nagrodę na jaką zasłużyłam ;-).

Pomyślałam, że zacznę od małych przyjemności, a co może sprawić większą radość niż piękna biżuteria? Mały drobiazg  w kolorze złota ;-).


Zrób sobie prezent. Biżuteria od Guliard.

Powiedzcie mi, moi drodzy, czy sprawiacie sobie prezenty? Drobne przyjemności, na które na pewno zasługujecie. Czy może (tak jak ja) spychacie to na dalszy plan, a na co dzień myślicie tylko o innych?

W tym roku na szczęście udało mi się dostrzec tą niesprawiedliwość i postanowiłam działać w tej kwestii. Zupełny przypadek sprawił, że trafiłam na stronę z przepiękną biżuterią Guliard. Ah, ileż tak jest cudowności. Wszystkie świecą, błyszczą, mienią się. Przyjemnością jest samo patrzenie. Każdy znajdzie coś dla siebie. A kiedy przychodzi zamówienie, ah.


Klasa i elegancja.

Otwierasz pudełko, a tam... od razu złoto! Wszystko bardzo estetycznie zapakowane, a kolory i odpowiednia oprawa graficzna sprawiają, że od razu mamy poczucie wysokiej jakości tej biżuterii. W naszym zamówieniu znajduje się:
  • biżuteria w eleganckim pudełku zamykanym na magnes
  • certyfikat potwierdzający próbę srebra, złota oraz kamieni
  • torebkę prezentową
  • list z podziękowaniami



Uroczo, prawda. Widać, że Guliard dba o dobre relacje ze swoimi klientami. Byłam ciekawa, czy te standardy wynikają z zagranicznych korzeni, ale nie. Okazało się, że jest to całkowicie polska marka, która wszystkie swoje produkty (zaczynając od pudełka, kończąc na biżuterii) wytwarza w Polsce. Jak to dobrze widzieć, że pomimo TEGO (tu już uzupełnijcie sobie jak chcecie) wszystkiego polskie marki, tj. Giliard podwyższają swoje standardy.

Interpretacja.

Biżuteria to nie tylko dodatek. Czasami jest ona zwieńczeniem całej kreacji. Obserwując najnowsze trendy da się zauważyć, że powracamy do pop artu, czyli sztuki użytkowej. Dlatego nie dziwi fakt, że teraz wszystko może być inspiracją. Zależy tylko jak się zinterpretuje dany przedmiot. Kiedy dostałam w swoje ręce naszyjnik trójkąt od razu pomyślałam o... kieliszku martini, które bardzo lubię i poczułam, że to będzie dobry rok ;-). Niby nic ot, takie skojarzenie, ale muszę przyznać, ze dodało mi pozytywnej energii.


Postanowienia noworoczne.

Tak jak już Wam wspominałam, w tym roku chcę trochę bardziej zadbać o siebie. Sprawić sobie prezenty, na które zasługuję, a nie jak co roku myśleć tylko o tym żeby schudnąć, wyrobić się ze wszystkimi zadaniami i nie zawieść moich bliskich. Oczywiście to nadal są moje priorytety, ale pośród nich może pojawić się chwila przyjemności.

Ten rok zaczynam od kieliszka martini ;-) i Wam też tego życzę. Sprawcie sobie w tym roku jakiś prezent :-).



Willa, dziewczyna z Mrocznej Jamy. Przedpremierowa recenzja powieści Roberta Beattyego. Wydawnictwo Literackie.

 Czwartek. Ten tydzień mija naprawdę zaskakująco szybko. Niestety musiałam zupełnie odpuścić plan, ponieważ nagle pojawiło się wiele okoliczności, które nie pozwoliły na realizację wszystkiego. Trudno, zaplanuję wszystko inaczej, może tym razem się uda ;-).

Dzisiaj mam dla Was przedpremierową recenzję niesamowitej książki Willa, dziewczyna z Mrocznej Jamy.



Willa, dziewczyna z Mrocznej Jamy.

Opis wydawcy:

Uczono ją, że trzeba kraść, żeby przetrwać, że światłoluby to ucieleśnione zło, a dobrem nadrzędnym jest klan. Chciwość i zajadłość przewodzącego mu padarana doprowadziły jednak do upadku ród Feiran. Głucha Jama uległa zniszczeniu. Willa zbudowała sobie nowy świat, zdobyła nową rodzinę i pogłębiła umiejętności, które przez lata wpajała jej babka. Niestety bliskim dziewczyny (roślinom, zwierzętom i ludziom) ponownie zagraża niebezpieczeństwo. Groźni są nie tylko nie znający umiaru drwale, którzy w imię dobrego zarobku i rozwoju cywilizacji bezlitośnie karczują lasy porastające Wielkie Góry Mgliste, ale i nowa mroczna siła, która narodziła się na zgliszczach byłej siedziby Feiran... 

Czy Willa zdoła uchronić tych, których kocha? Co czeka ostatnią czarownicę z klanu leśnych ludzi? I czym są cieniste stwory niosące ze sobą przeraźliwy chłód, śmierć i zapach zgnilizny, które pojawiły się ostatnio w leśnych ostępach? Czy staną się sprzymierzeńcem, czy wrogiem dziewczyny?


I co myślicie? Bo ja zasiadałam do lektury z wielką ciekawością. Już pierwsza część Willa, dziewczyna z lasu była bardzo zachwalana przez czytelników. Niestety nie udało mi się jej przeczytać. Jednak kiedy w moje ręce wpadła druga część przygód Feiranki, miałam wielkie oczekiwania i... Robert Beatty sprostał im w 100% a nawet 200!

Natura nie jest ani dobra ani zła.

Może słyszeliście o akcji uratowania niedźwiadka przed wilkami? Rozgorzała wielka dyskusja na temat tego, czy powinno się go ratować. Natura rządzi się swoimi prawami i nie powinniśmy w nie ingerować. Z drugiej strony jeśli mamy okazję uratować czyjeś życie to czemu z niej nie skorzystać? Natura nie jest ani dobra, ani zła. Zwierzę, które zabija nie jest okrutne, to zwierzę chce przeżyć.

O tym właśnie jest Willa, dziewczyna z Mrocznej Jamy. O prawdziwej stronie natury. O jej magii i o tym, że głodu ludzkiej natury nie da się tak łatwo zaspokoić.

Zgarnąć z półki?

Zdecydowanie! Warto zapoznać się z tą historią zanim powstanie ekranizacja ;-). A z tego, co wiem Robert Beatty juz pracuje nad scenariuszem :-).

Tytuł:              Willa, dziewczyna z Mrocznej Jamy.
Autor:             Robert Beatty
Tłumaczenie:  Łukasz Małecki
Wydawnictwo:Literackie
Premiera:       26.01.2022



Mam na oku. Maxi. Gra dla bystrzaków.

 Środa. Jakoś ten tydzień mija mi szybko, chociaż jeśli chodzi o realizację zamierzonego planu to trochę mi się to rozjechało, ale nie poddaję się, jeszcze wszystko jest do ogarnięcia. Dzisiaj mam dla Was kolejną super grę od Multigry. Tym razem mamy okazję pobawić się trochę w spostrzegawczość. 


Mam na oku. Maxi.

Na pewno znacie ten rodzaj gry. Trzeba coś znaleźć. To coś jest ukryte pośród innych cosiów, więc szukanie nie jest łatwe. Zwłaszcza, kiedy jest na czas. 

Mam na oku. Maxi to gra dla całej rodziny. Mamy do dyspozycji 8 plansz z ilustracjami, 55 kart z ilustracjami, których mamy szukać na planszach oraz 55 kart z poleceniami. I o ile dwa pierwsze elementy nie zaskakują, tak karty z poleceniami już tak, ponieważ występuje tutaj dowolność w interpretacji.



Przykładem może być tutaj polecenie znajdź coś tropikalnego, ponieważ może być to zarówno palma, ananas, jak i cytryna. Możliwości jest wiele.

Ciekawym pomysłem jest też wybór sposobu gry:
indywidualny - gracz losuje kartę i szuka jej odpowiednika na planszy z ilustracjami (musi to zrobić w określonym czasie, inaczej odkłada kartę na spód stosu.
grupowy - gracze losują jedną kartę, wszyscy szukają, wygrywa ten, kto pierwszy odnajdzie rysunek na planszy. (tę opcje polecam starszym graczom, Janek nie do końca rozumiał, dlaczego nie dostawał karty, skoro ją wylosował)

Wygrywa ten, kto na koniec gry (gra kończy się, kiedy wszystkie karty zostaną dopasowane do ilustracji na planszy) ma najwięcej kart.

Tylko tyle i aż tyle. Mam na oku. Maxi przypomina trochę Double, ale wydaje mi się, że ma trochę więcej do zaoferowania :-).


Zgarnąć z półki?

Nie mam się czego czepić. Dzieciaki chętnie grają, mi też się podoba. A to, że Janek okazał się super bystrzakiem i ogrywa mnie jak chce to już inna sprawa ;-). Polecam.




Nikt nie widzi słoni. Recenzja książki Katarzyny Wierzbickiej.

 Poniedziałek. Myślałam, ze powrót po tak długim (prawie 3 tygodnie) okresie leniuchowania będzie trudny, ale okazało się, że wszyscy byliśmy już spragnieni powrotu do naszej rutyny i dzieciaki nawet ochoczo pojechały do przedszkola.

Dzisiaj postanowiłam przedstawić Wam kolejną książkę Kasi Wierzbickiej. Darzę wielką sympatią jej twórczość i bardzo chętnie sięgam po wszystko, co wychodzi z pod jej pióra. Dlatego byłam bardzo ciekawa, co też kryje się za tajemniczym tytułem Nikt nie widzi słoni.



Nikt nie widzi słoni.

To historia o... słoniach, których nikt nie widzi. Jest sobie słoń, który mieszka w kawalerce w centrum miasta. Codziennie wstaje, myje się, wychodzi do pracy. Jednak nikt go nie widzi! Ani mieszkańcy jego kamienicy, ani współpracownicy. Nikt! Pewnego dnia postanowił wybrać się na spacer do ZOO. Spotkał tam słonicę, w której od razu się zakochał. Po jakimś czasie na świecie pojawiła się ich córeczka. Słoniczka była bardzo ciekawa świata, ale rodzice z obawy o to jak potraktują ją inne dzieci, zabraniali małej wychodzić na dwór. Niestety kiedy tylko córka wyszła na dwór, spotkało ją dokładnie to, czego bali się jej rodzice - rówieśnicy ją odrzucili. Biedna Słoniczka samotna i smutna siedziała na ławce i płakała. Wtedy zdarzyło się coś nieoczekiwanego. Przysiadła się do niej dziewczynka, która nie miała nic przeciwko słoniom i nagle okazało się, że każdy, bez względu na to jak wygląda może mieć przyjaciela.





Odrzucenie przez rówieśników.

Kasia podjęła się opisania naprawdę trudnego i ciężkiego tematu. Sumiennie się do tego przygotowała prowadząc rozmowy z rodzicami i dziećmi, które dotknęła jakaś przypadłość. Kiedy po raz pierwszy czytałam tę historię nie wiedziałam, co o niej myśleć. Była dla mnie trochę zbyt absurdalna, niepojęta. Z pomocą przyszła Klara, która nie dość, że chciała posłuchać tej historii to dodatkowo, chciała o niej rozmawiać.

Bardzo cenię książki, które rozbudzają ciekawość dzieci i chęć zagłębienia się w temat. Dlatego Nikt nie widzi słoni przeczytaliśmy tego dnia dwa razy, następnego też i tak przez kilka kolejnych dni. To właśnie takie historie mają moc zmieniania świata. Im więcej będziemy o tym rozmawiać, a nawet dyskutować tym szybciej zrozumiemy, o co tak naprawdę chodzi. 

Odrzucenie przez rówieśników to bardzo bolesny temat. Dzieci potrafią być okrutne i chociaż my, jako rodzice staramy się ochronić nasze pociechy przez wszelkim złem, nie możemy być z nimi zawsze i wszędzie. Dlatego tak ważne jest uświadamianie jak radzić sobie w różnych, często trudnych sytuacjach.

Zgarnąć z półki?

Tak. To nie jest kolejna urocza książka o słodkich słonikach. To prawdziwa historia o tym, że prawdziwą moc zmieniania świata ma odwaga i tolerancja. Bardzo wszystkim polecam tę książkę.

Za możliwość poznania tej niezwykłej historii, dziękuję autorce - Kasi Wierzbickiej :-).


Jak zacząć przygodę z science-fiction?

Wszystkiego dobrego w nowym roku, tak wiem, że już prawie słowa stycznia, ale na dobre słowa nigdy nie jest za późno :-). Wracam do Was pełna energii i nowych pomysłów. Czasami warto spojrzeć na wszystko z dystansem. W ten nowy rok wchodzę z paroma ważnymi postanowieniami, o których opowiem Wam niebawem, tymczasem chcę Was zabrać w niezwykłą podróż.

Jak zacząć przygodę z science-fiction?

Kto czyta mojego bloga regularnie ten wie, że nie przepadam za tym gatunkiem. Przepraszam, nie przepadałam, bo nagle, uświadomiłam sobie, że tak naprawdę lubię s-f, ale... raczej w formie filmowej. Obcy, Gwiezdne Wojny, Diuna, Avatar, Moon, obejrzałam naprawdę sporo tytułów z tej kategorii. Dlaczego więc tak bardzo się zapierałam żeby nie czytać przyszłościówek? Nie wiem. Na szczęście trafiłam na książkę, która pomogła mi przełamać niechęć i przybliżyła mnie do tego gatunku mocniej niż myślałam.




Zły człowiek. Bruno Grigori.

Jak się ze złym nastawieniem zasiada do książki to wszystko przeszkadza. Zdenerwowało mnie na początku to, że jeszcze dobrze nie zaczęłam, a już się zgubiłam. Autor od razu wrzuca nas w wir wydarzeń. Tu myśliwce F-16 przelatują nad Morzem Czarnym, nagle przenosimy się na pokład statku kosmicznego żeby zaraz trafić na dziwną wyspę otoczoną trującym morzem. Co to ma być? I jeszcze te oczywiste nawiązania do Biblii - Samael, Uriel, Lilith. 

I nagle... BUM. Otworzyła się przede mną galaktyka wrażeń. Metafizycznych doznań i drogi pędzących myśli. Pojęłam, że Bruno Grigori przeniósł historię o stworzeniu świata (przez Boga) w kosmos... Genialne! Niesamowicie się to wszystko czytało. O ile na początku byłam zła, że kiedy już dałam się skusić na science fiction to trafiłam na grafomańską historię o niczym, tak z każdą strona czułam, że to właśnie taką przyszłościową fantastykę chciałam przeczytać. Nie będę Wam tu zdradzać tajemnic związanych z tą historia, ale musze przyznać, że autor naprawdę dobrze to wszystko przemyślał.

Fala Sinusoidalna.

Zachwycił mnie pomysł. Polubiłam bohaterów. Zaciekawiły statki kosmiczne, ale... jak już się nastawiłam na kosmiczne tematy to wolałabym nie zatrzymywać się na wątkach miłosno-erotycznych. Jeśli miałabym to podzielić to same romantyczne sceny są opisane dobrze, pikantnie i ogniście, ale jak dla mnie wyhamowały główną fabułę, co niestety trochę zaburzało płynność tej historii.

Zaćmienie Gwiazd. Bruno Grigori.

Po lekturze Złego człowieka zasiadłam do tej nowelki z wielką ciekawością. Spodobał mi się styl autora, a alternatywna historia, alternatywnej historii to właśnie coś, co lubię najbardziej. 

To był nowy rok. Trochę zmęczona świętowaniem chciałam się odprężyć. Zagłębić w lekturę i nie myśleć o nadchodzących wyzwaniach, po prostu chciałam odpocząć. Zaćmienie Gwiazd skończyłam szybciej niż myślałam, jeszcze tego samego dnia. Nie mogłam się oderwać od tej historii. Znani bohaterowie, znana historia, ale wszystko jakieś inne, odległe, alternatywne. Magia. To tak jakby czytać Pana Tadeusza napisanego przez Juliusza Słowackiego - kosmos! Byłam szczerze zawiedziona, że całość liczy tylko 66 stron, ponieważ mój czytelniczy apetyt został dopiero co obudzony, a już nie miał się czym karmić. 

Zacznij od...

Zastanawiałam się jak sensownie ująć w słowa moje przemyślenia na ten temat. Ja, jak widzicie długo przekonywałam się do science-fiction i nagle po prostu postanowiłam spróbować. Jednak myślę, że warto zacząć swoją przygodę z tym gatunkiem od rzeczy, które nas interesują. Interesuje Cię inżynieria, zacznij od książek z dużą ilością statków kosmicznych. Interesuje Cię budowa kosmosu, szukaj książek o podróżach międzygwiezdnych. Jeśli jednak, tak jak i mnie, interesuje Cię alternatywna historia świata połączona z religią, filozofią i kosmosem, zacznij od książek Bruno Grigoriego





Zgarnąć z półki?

Tak. Uważam, że nic więcej dodawać tu nie trzeba, bo same okładki obiecują niezwykłą przygodę czytelniczą :-).





Za możliwość rozpoczęcia roku z dozą nadziei i wielką chęcią na nowe doświadczenia czytelnicze, dziękuję autorowi.


Moje zdjęcie
Skarby na półkach
Kobieta, Żona, Matka. Piszę o tym co myślę, i robię. Najczęściej czytam książki i staram się aby moje dzieci wiedziały, ze są ciekawsze rzeczy niż siedzenie przed ekranem. Kontakt: skarbynapolkach@gmail.com kontakt@skarbynapolkach.pl