plastyka dojrzewania. (Skok. Centrala)

 Powrót do codziennej rutyny bywa bardzo brutalny, zrywa się człowieka bladym świtem, każe mu się wyjść na mróz, odśnieżać samochód, przedzierać się przez zaspy i korki. A było tak przyjemnie. Komu szkodziła taka idylla - wstawanie o której się chce, śniadanie, sanki i dzień jakoś mijał. No dobra, trochę ironizuję, dzieci w końcu poszły do przedszkola, więc nie mam co narzekać na ciepłą kawę ;-).

Dlatego, w pełni odprężona mogę postarać się zaprezentować Wam coś niesamowicie niesamowitego. Coś, co wprawiło mnie w dziwny stan, który określam przyjemności estetycznej.



Długo zastanawiałam się jak przedstawić Wam ten komiks. O ile sama historia nie jest problemem. Da się ją opisać, określić, wymienić dobre i złe strony. Problem pojawia się kiedy chcę opisać ilustracje, które... są całkowicie hipnotyzujące!



Skok to historia o dojrzewaniu, miłości, samotności i przyjaźni.  Wyrostek,  który postanawia wyruszyć w nieznany świat. Ciekawość i brak wiedzy na temat otaczającego go świata, sprawiają, że jego podróż staje się nie tylko wielokierunkowa, ale również wielowymiarowa. Po drodze spotyka Kleska, który tak jak główny bohater chce znaleźć swoje miejsce na świecie. Czy tak dziwna i niejednoznaczna podróż sprawi, że lepiej poznają siebie i dotrą do celu, a może ta podróż sprawi, że wszystko się zmieni?


Jak widzicie sama historia jest okey. Podróż w celu odnalezienia siebie, swojego miejsca i dojrzewaniu do niektórych decyzji. Gdybym miała czytać... inaczej. Gdyby ktoś inny narysował tą historię mogłabym przejść obok niej bez takich emocji. Jednak Molly Mendoza to ilustratorka, obok której nie można przejść obojętnie. Jej prace charakteryzują się ekspresją, plastycznością i niebanalnym doborem kolorów. 





Kiedy zobaczyłam Skok wiedziałam, że to będzie niesamowite doświadczenie. Chyba pierwszy raz więcej czasu zajęło mi oglądanie ilustracji niż czytanie. Zazwyczaj jest tak, że kiedy biorę do ręki jakiś komiks po prostu przez niego przelatuję. Oglądam ilustracje, ale nie przyglądam się im. Akcja toczy się dalej, więc strona za stroną dochodzę do końca. Tymczasem Skok przeglądałam bardzo długo. Ilustracje sprawiają wrażenie jakby się ruszały. Za każdym razem możemy odnaleźć jakiś nowy szczegół. Płynność tych obrazów można porównać do plastra miodu, z którego spływają złote krople. Właśnie o taką lejącą dynamikę mi chodzi. Niestety nie umiem tego lepiej określić. To po prostu trzeba samemu poczuć.

Skok to jeden z tych komiksów, do których z przyjemnością się wraca. Podoba mi się ta estetyka, podoba mi się ta gama kolorów, podoba mi się to, że to komiks dla dzieci i za jakiś czas moje dzieci po niego sięgną. Już sięgają, ale na razie delektujemy się ilustracjami ;-).

Tytuł:              Skok

Autor:             Molly Mendoza

Ilustracje:        Molly  Mendoza

Wydawnictwo: Centrala. Mądre Komiksy

Premiera:        30.10 2020

Za możliwość zaspokojenia moich potrzeb estetycznych, dziękuję Portalowi Sztukater.




Zbyt wielkie piękno to ucieleśnienie zła (Doctor Mephistopheles. Waneko)

 Już miałam obawy, że dzisiejszy post nie powstanie na czas. Dlaczego? Każdy z nas ma okno (i facebooka ;-)) także na pewno wiecie, że spadł śnieg. Wczoraj stanęłam przed wielkim dylematem rodzicielskim - pozwolić dalej się bawić na śniegu, śniegiem, w śniegu, itd., czy zabrać (oczywiście z wielką rozpaczą i okrzykami niezadowolenia) towarzystwo do domu. Patrząc na Janka, musiałam wybrać tę mniej przyjemną opcję. Chociaż krzyku było co nie miara to potem spało mu się bardzo dobrze, a ja w tym czasie mogłam... tak, ogarnąć resztę i oczywiście chwilę, dosłownie momencik poczytać ;-). 

Tym razem skusiłam się na mangę o pewnym doktorze. Jednak nie jest to medyczna historia, pełna etycznych rozterek, czy rozmyślań na temat biologii człowieka. Doctor Mephistopheles to opowieść o tym, że nawet bóg może poczuć się niezwykle ludzko, w świecie zdominowanym przez...


Skusiła mnie już sama kreska. Tak coś czułam, że już gdzieś ją widziałam i nie myliłam się. Hideyuki Kikuchi to autor dobrze znany w świecie mangowym. Stworzył wiele bardzo popularnych serii opierających się na wampirach i demonach. Jedną z najpopularniejszych serii jest Vampire Hunter D.




Kiedy zasiadłam do lektury nie wiedziałam czego się spodziewać. Niby miałam jakiś obraz całości, ale co wyjdzie z połączenia historii Hideyuki Kikuchi z kreską Kairi Shimotsuki, kto to może wiedzieć ;-).

W 20XX (przypadek, nie sądzę ;-)) w jednej z dzielnic Tokio doszło do trzęsienia ziemi (nazwano je później Devil earthquake), po którym miasto zostało podzielone. Jedna jego część zupełnie się nie zmieniła, natomiast w drugiej pojawiła się dziura w ziemi, z której zaczęły wychodzić różne demony, potwory i wampiry. Miejsce to jest bardzo niebezpieczne dla zwykłych śmiertelników, a niepisanym władcą jest Doktor Mephistopheles, który pomimo anielskiego oblicza potrafi być bardzo bezwzględny. Pewnego dnia do głównego bohatera zgłasza się człowiek, który chce wskrzesić boga. Jednak Mephisto nie jest zainteresowany tą propozycją. Jakie to będzie miało konsekwencje dla całej demonicznej dzielnicy? No cóż na pewno człowiek, który chce wskrzesić boga dysponuje też odpowiednimi środkami na taką okoliczność.

Tyle słowem wstępu. Teraz trochę pomarudzę. Doctor Mephistopheles to historia, która składa się z 3 tomów. Już po lekturze pierwszego wiadomo, że to za mało aby zmieścić w trylogii taką fabułę. Szkoda, bo naprawdę ma potencjał, a tymczasem dostajemy tylko mały kawałeczek ciekawie wykreowanego świata. Po przeczytaniu całości czułam wielki niedosyt. Jest tyle postaci pobocznych, którym z powodzeniem można by było rozwinąć wątki. Jest tyle aspektów, które fajnie rozbudowałby fabułę. Szkoda, że potencjał tej historii nie został w pełni wykorzystany.




Jednak jeśli powiedziałabym, że mi się nie podobało to bym skłamała. Chyba najbardziej podobała mi się postać Soyogi Kazuyuki ( o której wcześniej specjalnie nie wspominałam, ponieważ ma ścisły związek z głównym wątkiem fabularnym, którego nie chcę rozwijać żeby nie spoilerować). Podoba mi się refleksja do jakiej dochodzi. Dzięki temu cała manga zyskuje zupełnie inny wydźwięk. Naprawdę jestem pod wrażeniem tego, jak to wszystko zaplanował autor scenariusza. Niestety przed to, że finałowa akcja zmienia znaczenie tej historii jestem jeszcze bardziej rozżalona, że nie mogę poznać jej kontynuacji.

Jeśli chodzi o kreskę to tu też muszę się trochę czepić. O ile podobają mi się bohaterowie - Mefisto wygląda jak upadły anioł, a Soyogi jak idol współczesnych nastolatek to przeszkadzało mi trochę kadrowanie poszczególnych obrazów. Czasami totalnie nie wiedziałam czemu miało służyć zbliżenie na... nawet nie wiedziałam na co. Wkradał się przez to pewien chaos, który nie pasował do fabuły.

No, ale marudzę i marudzę, a jednak wyszłam zadowolona z tego spotkania. Sama historia o wskrzeszaniu boga bardzo mi się podobała, ponieważ autor (pamiętajmy, że miejscem akcji jest Tokio) wykorzystał elementy kultury chrześcijańskiej i nordyckiej. Jak dla mnie wyszło naprawdę przyzwoicie. A dopełnienie tej historii takimi kuszącymi (mówię o ilustracjach) postaciami, sprawiło, że na pewno będę polecać tę mangę, ponieważ taka historia nie może zostać zignorowana.

Tytuł:              Doctor Mephistopheles
Autor:             Hideyuki Kikuchi
Ilustracje:       Kairi Shimotsuki 
Wydawnictwo: Waneko
Tłumaczenie:   Joanna Kaniewska 
Tomy:              3

Za możliwość poznania ucieleśnienia zła w piękniej postaci, dziękuję Wydawnictwu Waneko.



Kraina mlekiem i mądrością płynąca... (Kraina... Martyna Kwiatkowska)

 Śpieszę donieść, że kawa wypita, więc teraz czas na resztę przyjemności ;-). Poniedziałek. Został już tylko tydzień ferii. Myślałam, że z czwórką dzieci będzie mi się bardziej dłużyło, ale nie, czas leci tak szybko, że zaczynam się smucić na myśl, że zostanę tylko z moją dwójką ;-). Akurat tak się złożyło, że podczas pobytu moich (bo są bardziej moi niż męża, chociaż to dzieci Jego siostry ;-)) siostrzeńców miałam do przeczytania serię bardzo pouczających książek dla dzieci. Dlatego dzisiaj, chciałabym Wam ją zaprezentować.

Tak się szczęśliwie złożyło, że dzięki prowadzeniu własnego bloga, poznałam (wirtualnie) dwie bardzo fajne siostry - Martynę i Paulinę, które również mają swoje miejsce w sieci. Zaglądam do Nich bardzo chętnie, ponieważ dziewczyny mają wszechstronne zainteresowania i potrafią pisać o nich z wielką pasją. Są młode, ambitne, kreatywne i sumienne. Jak dla mnie to cechy dość niespotykane wśród dzisiejszej młodzieży. Dodatkowo są (nie wiem, czy to określenie pasuje, ale niech będzie) zawodowymi harcerkami i (co dla mnie najdziwniejsze i chyba najbardziej godne pochwały) są Turystkami, ale takimi przez duże T. Dlaczego? Dziewczyny pokazują, że w każdym miejscu w Polsce jest coś do zwiedzania. Jakby przyjechały do mnie w odwiedziny to pewnie pierwszą rzeczą jaką by zrobiły byłoby zwiedzanie muzeum parafialnego (bo tylko takie u mnie na wsi jest). Na swoim blogu zawsze pokazują tak niesamowite miejsca, że żałuję, że nie mogłam z nimi go zwiedzać. Dlatego bardzo zachęcam Was do odwiedzania Ich bloga - pojedztam.pl



Jak już wspominałam, dziewczyny są bardzo kreatywne. Jedna z sióstr - Martyna, napisała fajną serię dla dzieci. Całość składa się z czterech książek wydanych w formie papierowej, ebooka i kolorowanki. Każdą książkę można czytać oddzielnie, ale nie oszukujmy się, nie ma się co rozdrabniać i najlepiej od razu zasiąść do całości ;-).






Sama przeczytałam wszystkie książki w mgnieniu oka. Niesamowicie wciągnęły mnie te historie i tak strona po stronie, nagle skończyły mi się kartki do przewracania ;-). Nie są do długie historie, ale moim zdaniem to nawet lepiej, ponieważ dzieci mogą się skupić na przesłaniu. Zbyt długa fabuła jest czasami po prostu gubiąca i maluchy tracą zainteresowanie.

Tak jak Wam kiedyś wspominałam, czytam najpierw sama, potem czytam z dziećmi. Kiedy zasiedliśmy do lektury dzieciaki (wszystkie 4) były zafascynowane ilustracjami . Jak wyjaśnił mi to jeden z siostrzeńców, te książki wyglądają tak jakby ktoś młody do nich rysował. Zgodzę się z tym i muszę przyznać, że to dobry zabieg marketingowy, ponieważ takie grafiki są zdecydowanie bliższe dzieciom niż takie strasznie wymuskane. Dodatkowo dzięki tym ilustracjom po prostu przyjemniej się czyta całą książkę.





Jeśli chodzi o fabuły tych książek to muszę przyznać, że byłam zaskoczona. Spodziewałam się wznioślejszych idei, a dostałam... dostałam realne, bardzo ciepłe historie z morałem. Kiedy zaczęłam czytać Krainę zrealizowanych marzeń, myślałam że Tadek, Dorcia i Maciek będą mieli jakieś potężne marzenia w stylu "chcę pojechać nad morze/góry". Tymczasem Martyna Kwiatkowska serwuje nam historię o prostych planach i marzeniach, które nie tylko są do zrealizowania, ale również są niespotykane. Niespotykane dlatego, że właśnie nie są zbyt wyniosłe, czy kosztowne. Byłam tak miło zaskoczona tą historią, że od kolejnych części Krainy... po prostu nie mogłam się oderwać. 

Wracając do reakcji dzieci. Historie są tak napisane, że nie tracimy z oczu głównego wątku, dzięki czemu czytelnik (zwłaszcza ten młodszy) jest cały czas zainteresowany daną opowieścią. O ile ja byłam totalnie zachwycona Krainą zrealizowanych marzeń, tak wszystkie dzieciaki (jednogłośnie) stwierdziły, że najciekawsza była Kraina dzielnych obozowiczów. Oczywiście powstały już pewne plany na wakacyjny biwak i dzieciaki bardzo zainteresowały się harcerstwem



Wszystkie cztery książki są niezwykłe. Wszystkie są wspaniałe. Wszystkie niosą ze sobą morał i pozytywne wartości. Dlatego bardzo, ale to bardzo, bardzo zachęcam do zapoznania się z tą niesamowitą serią!

Szczegóły znajdziecie >>TUTAJ<<


Dziękuję Paulinie i Martynie za możliwość zapoznania się z tymi magicznymi historiami. Na pewno będę je polecać wszystkim, którzy tylko będą mieli ochotę poznać naprawdę wartościowe opowieści <3.

Wikings what is your profession?! (Wikingowie. Radosław Lewandowski)

 Niedziela. Wszyscy jeszcze śpią, a ja z kubkiem mleka z kawą zasiadam do pisania tego wpisu. Czasami zdarza mi się przeglądać moje stare wpisy. Czasami mnie bawią, czasami zaskakują, ale bardzo często żałuję... żałuję że w danym czasie nie opisałam jeszcze jakiejś książki, jeszcze jakiejś gry, żałuję po prostu, że pisałam za mało. Teraz staram się to trochę nadrobić, ale wiadomo jak to jest. Doba ma tylko 24 godziny, w których trzeba zmieścić naprawdę wiele czynności i chociaż bardzo bym chciała, czasami po prostu nie daję rady działać zgodnie z wcześniej ustalonym (własnym) planem.

Jak już wiecie, nie mam konkretnych planów noworocznych. Chcę po prostu realizować to, co już wcześniej zaczęłam lub małymi kroczkami dochodzić do tego, co sobie zamierzyłam. Easy. Dlatego dzisiaj mam dla Was Sagę o Wikingach, która powinna doczekać się swojej recenzji o wiele wcześniej, ale jak już Wam wspominałam na samym początku, wcześniej się nie dało ;-).

Wikingów znają wszyscy. Każdy kojarzy tych dzikich wojowników z północy. Dlatego nie dziwi, że historie z nimi związane są wciąż popularne i lubiane. Na pewno dużą przychylność i jeszcze większy rozgłos zyskał dla nich serial, który powstał dla kanału History. Szczerze? Ciężko jest pobić historię Ragnara i jego potomków. Dlaczego? Ponieważ duża część fabuły była inspirowana prawdziwymi wydarzeniami. 

Sporo w swoim życiu przeczytałam książek z Wikingami w tle. Kiedy lubi się fantastykę, nie da się pominąć tego elementu. Są oni ważnym motywem kulturowo-literackim. Doszłam nawet do takiego momentu, że omijałam takie powieści szerokim łukiem, bo ile razy można czytać to samo. Na prawdę, w wielu sagach o Wikingach zmieniają się tylko imiona bohaterów, reszta jest tak podobna, że wydaje się, że już się to czytało. 

Bardzo sceptycznie podchodziłam do Wikingów Radosława Lewandowskiego. Okładki takie o, pasujące do tematyki, ale nie wyróżniające się. Początek historii też taki o, podobny do innych, wiadomo od czegoś trzeba zacząć. Jednak... w tym wypadku autor popisał się rozmachem.



O wyprawach Wikingów wiadomo już sporo. Sporo to nie znaczy, ze wszystko. O ile nie zdziwi nikogo to, że Wojownicy Północy podróżowali po całej Europie, tak to, co opisał Radosław Lewandowski na pewno zaskoczy, ponieważ okazuje się, że Wikingowie podróżowali po całym ówcześnie znanym świecie! Kolumb na pewno uczył się od nich podróżowania ;-).

Możecie zarzucić, że to, co stworzył Lewandowski to tylko fikcja literacka, ale okazuje się, że nie! Autor bardzo skrupulatnie zebrał materiały do swojej Sagi o Wikingach i wszystkie wyprawy, które odbyli jego bohaterowie mają odniesienie do faktów historycznych. 

Można też czepić się tego, że tak naprawdę autor nie stworzył nic nowego, tylko wymyślił historię, do tego, co znalazł. To oczywiście też prawda, ale... czy to oznacza, że niczego nie stworzył? Owszem, skorzystał z informacji, które zgromadził, przygotowując się do pisania książki, ale umiejętne poprowadzenie fabuły powieści historycznej jest moim zdaniem bardzo cennym darem. Wyobraźcie sobie książkę od historii. Nuda, nuda suche fakty, a teraz wyobraźcie sobie, że tę samą książkę pisze pasjonat. Czujecie różnicę ;-)?

O samej Sadze mogłabym się rozpisywać bardzo długo. Radosław Lewandowski przedstawił nie tylko kawał historii, ale też kawał świata. Na pewno widzieliście te wszystkie slogany przygotuj się na podróż czy ta podróż zaczyna się od pierwszego kroku. W przypadku Sagi o Wikingach na prawdę wyruszamy w podróż. Z jednej strony każda przeczytana strona przybliża nas do celu, z drugiej z każdą przeczytaną stroną oddalamy się od zamierzonego końca.  Zbyt tajemniczo ;-)? Jeśli chcecie wiedzieć, o co mi chodzi koniecznie musicie przeczytać tę historię!

Jeśli miałabym oceniać, który z czterech tomów Wikingów podobał mi się najbardziej to wybrałaby Najeźdźców z Północy, ponieważ jak dla mnie była w nim najlepsza fabuła i akcja. Byłam zaskoczona, czytając tę część (co jak wiecie, nie zdarza mi się dość często jeśli chodzi o Wikingów ;-)). Najmniej podobała mi się ostatnia część - Kraina Proroka. Ja wiem, że to ostatni tom i autor musiał zakończyć wiele wątków i historię jakoś sensownie, ale... po takich przygodach, które zaserwował nam w poprzednich segmentach, liczyłam na większe pierd*lniecie.



Rzecz, do której muszę się przyczepić i niestety byłam bardzo negatywnie zaskoczona to to, że wielkość tomów nie jest sobie równa. Nie wiem, czy ja przez przypadek zamówiłam dwie równe edycje, czy po prostu tak to zostało wymyślone, ale dwa pierwsze tomy są znacznie mniejsze od trzeciego i czwartego. To trochę drażni moje poczucie estetyki, dlatego oficjalnie się skarżę ;-).



Naprawdę ciężko jest sensownie i zwięźle opisać to, co dzieje się w Wikingach Radosława Lewandowskiego. Nie podejrzewałam ich o taki rozmach w podróżowaniu. Podoba mi się to, że autor bardzo ciekawie dobrał też postacie do tej historii, bo mamy tu nie tylko doświadczonych wojów, ale i młokosów, buntowników, no i kobiety, które w niczym nie ustępowały mężczyznom. 

Nie mogłam się oderwać od tej historii. Siadłam, zwiedziłam cały świat i dopiero skończyłam. I Was też zapraszam na taką podróż :-).

Tytuł:               Wikingowie
Autor:              Radosław Lewandowski
Wydawnictwo:  Akurat
Tomy:               4

psssst! ;-) Ptaszki ćwierkają, że nie długo Radosław Lewandowski zabierze nas na podbój Australii ;-)


Tworzenie komiksów to nie taka prosta sprawa (Bakuman 1-5. Waneko)

 Jeszcze się nie odnajduję w nowej rzeczywistości. Dni mijają tak szybko, że zanim się obejrzałam minął tydzień od nowego roku. Nie żeby to miało jakieś szczególne znaczenie, ale przy czwórce dzieci, dobrze by było gdyby godzina, dzień i tydzień mieścimy w sobie trochę więcej czas ;-).

Dzisiaj mam dla Was historię, która totalnie mnie zaskoczyła. O tej mandze czytałam wiele razy u Monime. Miałam trochę mieszane uczucia, bo niby twórcy znani, ale sama historia wydawała się mało dynamiczna. Jednak ważne jest żeby rozwiewać wszelkie wątpliwości, dlatego dałam jej szansę ;-).

Zacznijmy od konkretów. Tsugumi Ōba i Takeshiego Obata to twórcy bardzo dobrze znani w świecie mangi i anime. Największa sławę przyniosła im manga Death Note, która opowiada o  tym, co by się stało, gdyby jeden inteligentny człowiek dostałby moc zabijania. Niestety nie miałam okazji czytać mangi, ale oglądałam anime i byłam pod olbrzymim wrażeniem. Fabuła była tak emocjonująco prowadzona, że siedziałam do późnych godzin nocnych nie mogąc się oderwać, Twórcy zyskali sobie u mnie dużo sympatii, dlatego postanowiłam dać szansę Bakumanowi.



Bakuman historia o marzeniach, determinacji, miłości, wytrwałości i... tworzeniu mang. Akito Tagaki namawia Moritakiego Mashiro aby razem tworzyli mangii. Jeden jest świetnym scenarzystą, drugi rysownikiem, mają młodzieńczy entuzjazm, talent i głowy pełne pomysłów. Wszystko, czego trzeba do realizacji marzeń. Mashiro ma dodatkową motywację, razem ze swoją dziewczyną postanawiają, że będą razem dopiero, kiedy spełnią się ich marzenia. Jednak odniesienie sukcesu w świecie mangaków polega nie tylko na stworzeniu świetnej mangii. Jak się okazuje tym światem rządzą bardzo określone zasady.



Sam zarys fabuły bardzo mi się podobał. Uważam, że każdy kto czyta mangi kiedyś (nawet przez krótką chwilę ;-), myślałam o stworzeniu własnego komiksu. Dlatego tym chętniej zagłębiamy się w tę historię. Zaskoczył mnie sposób myślenia głównych bohaterów. Obaj myślą analitycznie, wnikliwie, szczegółowo, dobrze planują swoje kolejne posunięcia. Naprawdę fajnie się to czyta (chociaż nie ma żadnej sceny walki!). 



Bakuman ma jeszcze coś, co totalnie mnie kupiło i od momentu, kiedy zobaczyłam TO na kartkach tej mangii, stałam się jej wielką fanką. Tagaki i Mashiro chcą zostać wielkimi mangakami. Wielkość mangii zależy od jej popularności. Największą popularność mają serie, które zostają zanimizowane. Dlatego w tej historii jest dużo odwołań do kultowych anime, w tym do mojego ulubionego - Dragon Balla.




Manga liczy sobie 20 tomów. Ja na razie skończyłam na 5, ale już wiem, że na pewno będę kontynuować moją przygodę z Bakumanem, ponieważ historia jest naprawdę genialna!

Tytuł:              Bakuman
Autor:             Tsugumi Oba i Takeshi Obata
Wydawnictwo: Waneko
Tłumaczenie:   Aleksandra Kulińska
Tom:                20

Za możliwość przekonania się o tym, że bycie mangaką to nie taka prosta sprawa, dziękuję Wydawnictwu Waneko



Rrrryczę... (Jano i Wito uczą mówić R. Różowy rower. Mamania)

 Nowy rok, nowa ja. Jaaaakoś nigdy nie wychodziły mi te postanowienia noworoczne. Działam raczej spontanicznie. Jedyne co planuję to to, że zacznę coś od poniedziałku. Wygodniej mi się po prostu liczy dni i tygodnie albo... to kolejna wymówka żeby coś odwlec ;-). Nie było mnie parę dni, sylwester, nowy rok, potem jeszcze weekend. Dałam sobie wolne, a co! No, może nie do końca, ponieważ przyjechali do Nas siostrzeńcy mojego męża, więc z czwórką dzieci nie da się nic nie robić ;-).

Uwielbiam kiedy przyjeżdżają do mnie dzieciaki. Przecież One (w tym wypadku Oni) nie znają wszystkich naszych wspaniałych książek. Oznacza to, że mogę zapoznać ich z tymi historiami, a oni nie znają zakończenia i nie będą dopowiadać. Te emocje, ta ciekawość. Uwielbiam to!

Dlatego na dzisiaj wybrałam książkę, która jeszcze jakiś czas temu również była nowością. Jano i Wito. Słyszałam o tej serii, nawet miałam zamiar ją kupić, ale jakoś tak, wyszło jak zwykle i dopiero teraz mogłam się z nimi zapoznać. Naszą znajomość zaczęliśmy od trochę poważniejszych tematów, ale pojawiła się nic sympatii i na pewno poznamy tę serię bliżej.



Jano i Wito uczą mówić. Różowy rower to najnowsza część przygod dwóch braci. Tym razem pojawia się nie lada problem, ponieważ Wito na urodziny ma dostać różowy rower. Niby okey, rower to zawsze fajna sprawa, ale różowy...



Sama historia jest okey. Dwóch chłopaków, prezent, który wywołuje sprzeczne emocje, impreza urodzinowa. No na pewno nie jest zaskakująca historia. Jednak ważniejszy jest sposób pokazania tej historii. Tak jak wspominałam, nie miałam okazji poznać poprzednich części Jano i Wito. Dlatego skupię się na tej konkretnej.

Podoba mi się to, że w tekście są umieszczone ilustracje, dzięki temu lepiej się czyta. A dzieciaki jakie są zainteresowane! Same siadają i przeglądają, przekonane, że same czytają ;-). Przeglądając nowości dla dzieci od Taniej Książki, od razu wiedziałam, że zdecyduję się na tę książkę. Sama chodziłam do logopedy, ponieważ nie potrafiłam mówić R. Dlatego jak zobaczyłam Jano i Wito uczą mówić R. Różowy rower. Wiedziałam, że to książka dla nas. Niby moje dzieciaki nie mają problemów z mówieniem tej litery (Klara mówi czasami, Janek na razie w ogóle nie mówi), ale warto poćwiczyć i dodatkowo poznać kolejną przygodę tych dwóch braci. 



Tak jak Wam wcześniej wspomniałam, lubię zapoznawać wszystko "moje dzieci" z ciekawymi książkami. Wczoraj zapoznałam siostrzeńców (7 i 13). Ta seria ma w sobie coś takiego, że podoba się każdemu, nie zależnie od wieku. Mi podoba się to, że rodzice przekonują braci, że kolor to nie kwestia płci. Dzieciom podoba się całokształt, bo i historia fajna i ilustracje interesujące. Czego chcieć więcej? Chyba tylko tego żeby jak najszybciej poznać inne części przygód Jana i Wito.


Tytuł:              Jano i Wito uczą mówić R. Różowy rower. 

Autor:             Wiola Wołoszyn

Ilustracje:        Przemek Liput

Wydawnictwo:  Mamania

Premiera:         06.10 2020

Za możliwość poznania tej serii (trochę od końca, ale zawsze ;-), dziękuję Taniej Książce.



Ciekawe jak to jest zobaczyć coś naprawdę magicznego (Oczy Michaliny. Latarnik)

Totalny szok i zaskoczenie. To właśnie lubię w proponowanych przede mnie książkach Nie zdarzyło mi się pisać recenzji przed przeczytaniem w całości wybranej książki. Czasami jest tak, że czytanie się przedłuża, czasami jest zdecydowanie za krótkie. Jednak najbardziej lubię takie, które mnie totalnie zaskakują. Długo myślałam jak zaprezentować Wam tę książkę i szczerze, nadal mam z tym pewien problem, ponieważ... zaskoczyła mnie... Nie wiedziałam, że fantastyka dla młodzieży może być taka przejmująca.


Michalina widzi różne rzeczy. Wie, że nie są prawdziwe, chociaż czasami zaczyna w to wątpić. Jest mądrą dziewczynką i wie, że nie powinna się chwalić taką umiejętnością. Niestety nieodpowiedni ludzie dowiadują się o jej zdolnościach. Michalina jest w wielkim niebezpieczeństwie. Czy dzięki dodatkowemu widzeniu uda się jej wyjść cało z opresji?

No i co myślicie o zarysie fabuły? Zapowiada się ciekawie. Chyba najbardziej byłam ciekawa tego, co widzi Michalina, a nie skąd ma tę moc. Jednak Marcin Szczygielski bardzo pozytywnie mnie zaskoczył i umiejętnie połączył zagadkę dodatkowej umiejętności głównej bohaterki z tajemnicą pochodzenia tej mocy. 

Samego autorka kojarzyłam. Widziałam parę razy zapowiedzi jego książek, czytałam parę recenzji, ale nigdy nie miałam okazji nic czytać. Myślałam zawsze, o literatura dla dzieci (tych starszych), będę miała jeszcze na nią czas. Jednak opis Oczu Michaliny tak mnie zaciekawił, że stwierdziłam, ze dam tej książce szansę już teraz, nie będę czekać aż dzieciaki podrosną ;-)

Zaczęłam czytać. jedna strona, druga, rozdział, kolejny, połowa książki, koniec. Jestem w tak totalnym szoku, że ciężko mi się pozbierać. Zupełnie inaczej wyobrażałam sobie literaturę dla dzieci. Bardziej naiwną, mniej fantastyczną. Teraz już wiem, że nie mam co czekać, ponieważ ominie mnie dużo dobrych historii. To nic, że na razie takie książki czytam sama dla siebie. Za jakiś czas będę mogła czytać je z dziećmi, rozmawiać o nich, dyskutować, kreować alternatywne zakończenia... już nie mogę się doczekać. Żałuję, że wydawało mi się, że z takimi książkami warto jeszcze poczekać, aż boję się pomyśleć ile dobrych historii ominęłam, bo były "za duże". Dobrze, że teraz już wiem, że historie takie jak Oczy Michaliny są dla dzieci, ale mogą podobać się też dorosłym :-).

Tytuł:              Oczy Michaliny 

Autor:             Marcin Szczygielski

Ilustracje:        Emilia Dziubak

Wydawnictwo:  Latarnik

Premiera:         26.10 2020


Za totalne oczarowanie mnie literaturą dla starszych dzieci, dziękuję Taniej Książce.





Follow by Email

Moje zdjęcie
Skarby na półkach
Kobieta, Żona, Matka. Piszę o tym co myślę, i robię. Najczęściej czytam książki i staram się aby moje dzieci wiedziały, ze są ciekawsze rzeczy niż siedzenie przed ekranem. Kontakt: skarbynapolkach@gmail.com kontakt@skarbynapolkach.pl