Magic Knight Rayearth (Wydawnictwo Waneko)

Dzisiaj mam dla Was coś specjalnego. Jestem tak niesamowicie podekscytowana, ponieważ dzięki Wydawnictwu Waneko mogłam powrócić do jednej z moich największych miłości - mang. Co to jest manga, zapytają niektórzy. Otóż jest to japoński komiks. Bardzo charakterystyczny. Duże oczy, mocna kreska, dynamiczna fabuła pełna onomatopei. Jak dla mnie ? CUUUUDOOOO. Jak już wspomniałam od dawna jestem miłośniczką japońskich komiksów. Dlatego tak bardzo się cieszę, że mogę dzisiaj Wam o tym opowiedzieć coś więcej. Wybrałam mangę, która towarzyszyła mi w latach młodości (tej młodszej młodości ;-)) i która miała na mnie bardzo duży wpływ, ponieważ była kluczowym punktem w zapoznaniu się z japońską kulturą i Clampem.

Zacznę od spraw podstawowych. Krótkiego słowniczka, który pozwoli nie zgubić się w moich rozważaniach na ten temat :-).

manga - już wiecie ;-). Japoński komiks (tak dla przypomnienia)
anime - najczęściej zekranizowana manga lub kreskówka w mangowym stylu
Clamp - wydawnictwo odpowiedzialne za powstanie wspaniałych mang i anime, w tym Magic Knight Rayearth, tworzą go cztery niezwykle utalentowane kobiety.
MKR - Magic Knight Rayearth



Magic Knight Rayearth

Historia trzech dziewczyn (Hikaru, Umi i Fuu), które za pomocą niezwykle silnej magii, zostają przeniesione do obcej krainy (Cephiro). Na miejscu okazuje się, że zostały wezwane przez księżniczkę Emeraude, która prosi o ocalenie jej krainy. Niby nic nadzwyczajnego. Fabuła dość szablonowa, ale... panie z Clampa nie tworzą oczywistych  i nudnych historii. Dziewczyny mają stać się Legendarnymi Magicznymi Rycerzami oraz obudzić duchy maszyn. Po drodze czekają je wyzwania oraz nieoczywiste decyzje, które zaważą na losach tego świata. Cała historia jest tak fantastycznie wykreowana, że nie można się od niej oderwać. 

Postacie

Głowne bohaterki reprezentują trzy odmienne style życia. Różnią się w każdym calu. Gdyby nie wspólna przygoda w Cephiro, najprawdopodobniej nigdy by się nie spotkały. Jednak razem tworzą fajną mieszankę osobowości i przyjemnie się to czyta. Jednak w MKR to nie tylko ładne dziewczyny i prosta misja do wykonania. Bohaterowie, którzy od początku grają złe charaktery okazują się...tyle Wam powiem ;-). To nie jest tak, jak to wygląda na pierwszy rzut oka ;-). Noooo i co to by była za manga bez słodkich stworków? Mokona to moja faworytka i ulubienica od początku i od zawsze. Miękka puchata żelka, która swoją bezkompromisowością nadaje tej historii zabawny rys.


Kreska

Twory Pań z Clampa albo się kocha, albo nienawidzi. Ja na szczęście należę do tej pierwszej grupy. Dbałość o szczegóły, przepięknie poprowadzone linie, niesamowite oczy. No ohhhhhyyy i aaaahyyyy.  Moim zdaniem nie da się przejść obok ich twórczości obojętnie. A dodatkowo ich rysunki na długo zostają w pamięci. Sami zobaczcie




To jest właśnie to, za co pokochałam mangi. Te postacie, detale, zabawa światłocieniem... myślałam, ze z tego się wyrasta. Na szczęście okazuje się, że nie ;-).

Anime

O dziwo różni się sporo od mangi, imiona głównych bohaterek, dodatkowe postacie, inne zakończenie, chociaż anime również tworzyły panie z Clampa. Jednak uważam, że jest to dopełnienie komiksu i ożywienie postaci. Zwłaszcza kiedy możemy usłyszeć głos Zagato (pierwszego złego). Tak to wygląda w kolorze:


Ja wiem, trochę to jękliwe i w ogóle, ale mi się podoba i odkąd dostałam do rąk mangę, chodzę po domu i śpiewam ten opening ;-)

Dla kogo?

Trudne pytanie. Ja poznałam MKR kiedy miałam jakieś 12-14 lat. Wtedy byłam oczarowana i zachwycona. Teraz kiedy wróciłam do tej mangi po paru latach uważam niektóre elementy fabuły za naiwne. Jednak nadal jestem zaskoczona dwoistością i dojrzałością całości. Dlatego jeśli ktoś chciałby zacząć swoją przygodę z japońskim komiksem to śmiało polecam Magic Knight Rayearth.







Za możliwość przeczytania mangi Magic Knight Rayearth dziękuję Wydawnictwu Waneko.



Małe wielkie wyzwania dzieciństwa (Wydawnictwo Olesiejuk)

Witam wszystkich serdecznie. Jak to jest, że dopiero była środa, myślałam, spoko, mam jeszcze czas, zaplanuję o czym będę pisać w poniedziałek. Nooo... jakoś tak dziwnie z środy zrobiła się niedziela ;-). Czas zasuwa tak szybko, że nim się obejrzę moje dzieciaki będą szły do szkoły, nie mówiąc już o studiach ;-). Dużo u mnie ostatnio gier planszowych, no ale co tu ukrywać. Gramy bardzo często. Nie mogę doczekać się kiedy Janek będzie wystarczająco duży żeby dołączyć do rozgrywki. Na razie tylko skutecznie mnie sabotuje, dzięki czemu Klara najczęściej wygrywa. Jak to wygląda? Najczęściej odwraca moją uwagę, robiąc... bobasowe rzeczy. Niby fajnie, jest ciekawy, odkrywa świat, ale rozsypanie bułki tartej i cukru na podłogę... a potem jedzenie tego... skutecznie mnie rozprasza ;-)
Dlatego dzisiaj mam dla Was coś totalnie wspaniałego. Odkąd te książki pojawiły się w naszym domu, nie było dnia żebyśmy po nie nie sięgnęli. Wydawnictwo Olesiejuk pokazało (znowu), że ma nosa do literatury dziecięcej i wydali kolejną perełkę. Seria o wyzwaniach dzieciństwa jest niesamowita.


Ilustracje


Zacznę od tego, co widać. Nie można przejść obojętnie obok takich okładek. ZWŁASZCZA jak się jest rodzicem parolatka. Książka skierowana jest do dzieci i rodziców (ale o tym za chwilę), w wieku 3-6. Oznacza to, że ilustracje są kolorowe i przyjemne dla oka. Klara jak każde dziecko w takim wieku najpierw obejrzała książki żeby potem łaskawie zgodzić się na czytanie. Każdy, kto czyta swoim dzieciom wie jak jest. Choćby książka była fantastyczna, opowiadała niesamowitą historią, bez fajnych ilustracji zostanie rzucona w kąt, a próba zachęcenia lub co gorsza przeczytania na siłę, skutkuje płaczem, obrazą i negatywnymi uczuciami do danej książki. na szczęście Klarze baaaardzo spodobały się grafiki, więc od razu mogłyśmy zabrać się do czytania. Więc śmiało mogę powiedzieć, że pani Elisa Paganelli zna się na rzeczy :-)



Treść

Obie książki w zabawny i ciekawy sposób opowiadają o codziennych dziecięcych wyzwaniach. Alberto Pellai i Barbara Tamborini wiedzą, że codzienne próby i zmagania nie dotyczą tylko dzieci, ale też rodziców. Dlatego obie książki podzielone są na części. Pierwsza jest dla dzieci. Wierszowana historyjka napisana z humorem i wyobraźnią. Druga część jest przeznaczona dla rodziców. Autorzy nie tylko podpowiadają jak radzić sobie z trudnymi aspektami dzieciństwa jaki są kaprysy i spanie we własnym łóżku, ale również uświadamiają, że wszystko zależy od nas - dorosłych. Możemy włożyć wiele trudu w wychowanie dzieci, jednak jeśli sami będziemy postępować tylko szablonowo, dziecko nic nie wyniesie z takiej nauki.
Jest to pierwsza książka, którą miałam okazję czytać, a która jest tak podzielona. Nie lubię poradników, drażnią mnie. Skąd inni, obcy ludzie mają wiedzieć, czego potrzebuję do szczęścia albo jak wychowywać moje dzieci... Jednak seria o dziecięcych wyzwaniach niczego nie narzuca. TYLKO uświadamia.

Baaaardzo podobają mi się obie książki. Jednak jeśli miałam bym wybierać to chyba bardziej przemawia do mnie To ja tu rządzę! natomiast Klara wybiera Czas do łóżeczka! Co robić, trzeba czytać obie ;-)







Jak sami widzicie obok tych książek nie można przejść obojętnie. Myślę, że będą z nami jeszcze długo i na pewno nie będą leżeć bezczynnie na półce ;-)

Za egzemplarze serdecznie dziękuję Wydawnictwu Olesiejuk


Odporność najlepiej budować od środka :-) (Compliflora)

Kochani, przed (lub tak jak w moim przypadku za) Nami sezon zachorowań, nie wiem jak u Was, ale w przedszkolu Klary jest tak mało dzieci, że to aż razi w oczy, z dwudziestoosobowej grupy została tylko garstka. Dlatego dzisiaj chciałabym napisać jak budować naszą odporność


Tak ogólnie to każdy zna odpowiedź na to pytanie. Witaminy to zawsze podstawa, ruch na świeżym powietrzu też nie zaszkodzi, no i zbilansowana dieta, wiadomo. Przepis na sukces murowany. Nie zapominajmy jednak o tym, że nie żyjemy w tej fajnej i zdrowej bajce. Otaczają nas takie potwory, ze głowa mała. Leń, Obrzartuch i Wymówkowicz. Znacie panów? 
Kiedy cały dzień jesteś w pracy potem wracasz do domu i ogarniasz życie rodzinne, to ostatnie o czym myślisz to dbanie o swoje zdrowie. Znam to. Jednak przydałoby się trochę ogarnąć temat. wiadomo, jak najmniejszym kosztem. Co nam pozostaje? SUPLEMENTY.
Jakiś czas temu trafiłam na artykuł (nie pamiętam, na którym konkretnie blogu, ale dziękuję za ten wpis ;-)), który udowadniał, że budowanie odporności zaczyna się od brzucha. Oczywiście, ej tematyce jest mnóstwo, ale ja trafiłam na konkretny, dlatego nie chcę powoływać się na żaden innych. Uwierzcie mi na słowo. Ktoś, bardzo fajnie i merytorycznie opisał co i jak. Przeczytałam. Pomyślałam. Spróbowałam. Efekt? Nie mogę narzekać. To nie jest tak, że nie chorujemy w ogóle. Poprzedni tydzień dobitnie pokazał, że jednak nam też się przytrafiają wirusy, ale... na pewno chorujemy rzadziej i mniej intensywnie. A to już jest bardzo dużo.

Jak wybrać odpowiedni synbiotyk ?


Takich produktów jest masa. Można je kupić nawet w drogerii. Wypróbowałam już parę i Compliflora najbardziej mi podpasował. Nie mogę powiedzieć, że skład tego synbiotyku, coś mi mówi. (szczegóły TUTAJ)  Nie jestem ani farmaceutką, ani lekarzem. Doktor Google podpowiedział co nie co, ale i tak podpytałam jeszcze znajomych wykształconych w odpowiednich kierunkach. Polecali.
Podoba mi się też to, że Compliflora jest dostępna w różnych wariantach. Nie chodzi mi tylko o konkretną grupę odbiorców - family, baby, femina, ale również o konsystencje. Dla maluszków, wiadomo, zawiesina, dla dorosłych tabletki, ale uwaga, mogą być również saszetki z proszkiem do rozpuszczenia w wodzie. Także każdy znajdzie coś dla siebie. 
No i wiadomo, cena. Jak już wspominałam, przetestowałam różne synbiotyki. Przy  dzieciach człowiek nie liczy się z kosztami. Kupujemy to, co najlepsze i często najdroższe. Wiadomo, dzieci są najważniejsze. Serce mnie bolało jak musiałam wydać 40 zł na synbiotyk często reklamowanej marki. No, ale co, nie kupię?  Przecież to dla dzieci. I kiedy pojawił się Compliflora, a znajoma farmaceutka powiedziała, że jest dobry, kupiłam. Wiadomo, nie było efektu łał. Jestem zdrowa, nie choruję, no normalnie nieśmiertelna. Jednak kiedy wszyscy wokół chodzili zakatarzeni Nas to jakoś omijało bokiem. Choroba w przedszkolu? Nic z tych rzeczy. Klara jest jedną z niewielu przedszkolaków, która praktycznie jest cały czas na zajęciach. Omija ją naprawdę niewiele. Z Jankiem sprawa ma się podobnie. Więc nie mogę narzekać.
Stosowanie synbiotyków na prawdę wpływa na dobre zdrowie, dlatego wszystkich zachęcam do świadomego budowania swojej odporności :-)







Gram z Adamigo.

Witajcie Kochani, kolejny tydzień za Nami, a ja mam wrażenie, że minęło znacznie więcej czasu, ale jak się siedzi w domu z dwójką chorych dzieci to parę dni wydaje się wiecznością. Na szczęście bobasy czują się już lepiej i wszystko wraca do normy. A ja mogę spokojnie zająć się... wszystkim ;-). Kto mnie śledzi na Instagramie, ten wie jak wygląda mój dzień. Kiedy dzieciaki są w domu, sprzątam jakieś 4 razy dziennie ;-), nie licząc obiadu, czytania, spacerów i całej reszty. Oczywiście, zawsze jest u mnie syf i nic nigdy nie jest zrobione, ale... liczą się chęci ;-).
Przy dwójce chorych maluchów ciężko jest robić cokolwiek. Klara była tak chora, że nie miała siły ani ochoty dosłownie na nic. Leżała, oglądała bajki. Dałam jej spokój, ale czytanie jest obowiązkowe, więc to jej nie ominęło ;-). Za to Janek przechodził chorobę po męsku. Miał tylko katar, ale był trzy razy bardziej marudny niż Klara ;-). Kiedy zaczęło ją puszczać od razu wzięłyśmy się do... grania ;-). Tym razem padło na gry od Adamigo. Czyli, coś fajnego i edukacyjnego <3




Zwierzaki i ich przysmaki



Zaczęłyśmy od czegoś łatwego. Klara w końcu nie była jeszcze na siłach, a nie chciałam jej zamęczać. Szczerze powiedziawszy bałam się trochę, że bez podpowiedzi nie ogarniemy wszystkich przysmaków, jakby był tam jakiś kameleon? Co jedzą kameleony ? Albo żyrafa? Niby takie znane zwierzęta a nie mam pojęcia co jedzą. No na pewno nie mięso ;-) Na szczęście są same znane zwierzęta a dodatkowo przysmak pasuje tylko do określonego zwierzęcia. 





Jak zobaczyłam przysmak psa to się bardzo zaskoczyłam ;-). Okey, mam w dwa psy, uwielbiają kiełbasę, ale zazwyczaj w takich puzzlach dla dzieci przysmakiem jest kość. Zawsze. Podoba mi się to, że Adamigo realnie podeszło do tej kwestii. Okey pies zje i kiełbasę i kość, ale nie oszukujmy się pierwsza zniknie kiełbasa. Kość to taki deser ;-).


Kukurykuuuu !!!


Super gra rodzinna!. Uśmiałam się, powygłupiałam, no i wiadomo. Przegrałam ;-)
Zabawa polega na naśladowaniu odgłosów zwierząt, wiadomo kto pierwszy ten lepszy, są krowy, kaczki, pies, owce, no i kogut, za którego dostaje się dodatkowe robaczki (punkty). Zasady są proste i dzieciaki nie mają żadnego problemu w zrozumieniu ich. Gra niby od 3+, ale Janek też próbował, także z małą pomocą i On się dobrze bawił ;-)




Klarze najbardziej podobała się grafika. To już nawet nie chodziło o wygraną tylko żeby zdobyć kolejnego pieska, "bo ładny jest".To chyba była jednak przemyślana taktyka, bo ograła mnie no praktycznie do zera ;-). Coś czuję, że to będzie jej ulubiona gra do ogrywania matki, także zdecydowanie polecam.

Czyj to cień?


Mój faworyt. Zasiadłyśmy do niego z pewną dozą sceptycyzmu. Bałam się, że Klara nie poradzi sobie z elementami, jak cień, a że szybko się denerwuje, myślałam, że rzuci w kąt. Głupia ja. Zapominam, że Ona nie ma ciągle dwóch lat i jak przystało na normalnego małego człowieka - ciągle się rozwija. Gra bardzo jej się spodobała. Jest parę wariantów gry, ale nam najbardziej podoba się pierwszy, czyli mamy rzeczy, szukamy cienia. Ćwiczy spostrzegawczość, uwrażliwia dziecko na szczegóły, uczy rozpoznawała konturów. Jak dla mnie strzał w dziesiątkę. Odkąd ta gra pojawiła się w naszym domu (i Klara jest wystarczająco na siłach), gramy codziennie. To chyba najlepsza rekomendacja :-)



Za gry serdecznie dziękuję Adamigo :-)




Tak nam upłynął tydzień chorowania. Cieszę się, że mogę dać moim dzieciom coś więcej niż telefon z włączonym Youtubem. Oczywiście to też jest potrzebne, no ale bez przesady, dzięki dzieciom można znowu bezkarnie grać w różne gry i czerpać z tego radość ;-).
W środę pokaże Wam coś, co bardzo pomaga mi w budowaniu odporności moich bobasów :-) Ciekawi?




Opowieści z końca świata Ewelina Gac

Witajcie kochani w kolejny lutowy poranek, wyjątkowo w czwartek ;-). Trochę mnie tutaj mniej, ale niestety dopadło nas przeziębienie. Wszystkich. Chociaż muszę przyznać, że ja z Jankiem się trzymam, ale Klara ciężko to przeziębienie przechodzi. Jednak z każdym dniem jest coraz lepiej i tylko patrzeć jak zacznie brykać <3. Niestety tutaj mam straszny dylemat moralny, jako matka. Klara jedyne na co ma ochotę to leżenie i oglądanie bajek. Okey, rozumiem, i taki czas jest potrzebny, ale z kolei Janek nie jest zainteresowany oglądaniem i chce się bawić. Staram się go brać do drugiego pokoju żeby Klara mogła spokojnie oglądać, ale Ona też chce spędzać ze mną czas...Serce mi się kraja jak mówi "mamusiu, pooglądaj ze mną", a za chwilę wbiega Janek i się po nas tarabani. Nie chcę żeby żadne z moich dzieci czuło się pominięte, ale nie wiem jak znaleźć złoty środek :-(.
No, ale dosyć smętów. Zaraz Klara wyzdrowieje i będziemy się razem bawić ;-).

Dzisiaj mam dla Was coś wyjątkowego. Książkę, która bardzo mnie zaskoczyła, bo...przypomniała mi o paru ważnych sprawach.



Opowieści z końca świata Eweliny Gac

Opis:


Kilka lat temu poczułam, że to najwyższy czas, aby wyruszyć na poszukiwania swojego miejsca na ziemi. Wszystko zaczęło się od studenckiej wymiany, która nie tylko zmieniła moją rzeczywistość, ale też plany.


Opowieści z końca świata nie są typową książką o podróżowaniu i życiu za granicą. To historia o życiu, jego zakrętach i… przeznaczeniu. I o tym, że szukając swojego miejsca na ziemi, możemy się dowiedzieć, że jedno takie miejsce nie istnieje.

Zapowiadało się intrygująco. Młoda dziewczyna, przed którą świat stoi otworem. Żadnych ograniczeń, żadnych problemów, czy zobowiązań. Po prostu rzuca wszystko i... wyjeżdża gdzie chce ;-). Turcja, Grecja, USA, Węgry, Czechy. Blisko i daleko, znajomo i obco. 
Kiedy zaczęłam czytać tę książkę poczułam ukłucie zazdrości. Trochę z powodu takich ciekawych podróży, ale bardziej przez to, że ja nie miałam tyle siły i odwagi, a przecież mogłam podróżować, bo niby kto mi mógł zabronić. Teraz oczywiście nie siedzę i nie myślę, co mogłam osiągnąć i co zobaczyć, gdyby... ale uczucie niespełnienia pozostało. Zabrałam się jednak do lektury i co odkryłam? Ewelina nie pisze jak cudownie jest na obczyźnie, tylko o probie zrozumienia innej kultury. Pyta, obserwuje, wyciąga wnioski. To nie jest kolejny przewodnik turystyczny. To próba pokazania jak subtelnie przenikają się granice tego co znamy i tego, co jest nam obce. 
Miałam okazję odwiedzić niektóre miejsca opisane w książce, m.i. Grecję i Węgry i muszę przyznać, że akurat te rozdziały sprawił mi wiele przyjemności w czytaniu, ponieważ odświeżyły wrażenia jakie sama miałam po wizytach w tych krajach. Podobne wrażenia oraz obserwacje sprawiły, że jeszcze bardziej zapragnęłam odwiedzić inne miejsca opisane w książce Opowieści z końca świata, np. Grecja. Oprócz tego, że jest kolebką naszej cywilizacji, upadła. Jest brudna, niechlujna i zupełnie nie przystosowana do życia w naszych czasach. Wiedzieliście o tym? Nie chcę wymieniać tu miliona innych rzeczy, które równie dobrze opisała autorka. Sami zerknijcie. TUTAJ. A odkryjecie nieznane aspekty miejsc, które wydawały się całkowicie znajome.
Podróże kształcą. Każdy to wie. Uwrażliwiają na piękno, zmuszają do refleksji, ale również odsłaniają żeby, o których nawet nigdy nie myśleliśmy, np. o tym jak Nas obierają obcokrajowcy we własnym kraju. Jako turystów - okey, pieniądze, a co kiedy przestajemy być turystami? Ewelina ma w tych sprawach doświadczenie, o czym pisze w swojej książce Opowieści z końca świata. Mnie ta książka zaskoczyła. Uwielbiam poznawać takie smaczki. Co mi tam po kolejnym opisie super atrakcji, kiedy nie wiem jak się tam żyje? Książka Opowieści z końca świata to odpowiedź na zapotrzebowanie jakie właśnie stawia rynek podróżniczy. My już nie pytamy o fajne miejsce, bo te każdy już dobrze zna, ale o ludzi i przygodę. A któż się lepiej na tym zna niż osoba, która każdy kraj poznaje od podstaw?
Czy muszę Was jeszcze goręcej zachęcać do tej książki ?

Zajrzyjcie TUTAJ. Przeczytajcie fragment i może, tak jak ja, zostańcie do końca świata ;-)

Za egzemplarz serdecznie dziękuję Panu Maciejowi no i oczywiście Pani Ewelinie, która napisała mi piękną dedykację <3

Gram z Alexandrem :-)

Hej, Kochani! Jak Wam minął kolejny tydzień, bo mi... dość monotonnie. Klara do przedszkola, Janek ciągle ze mną, drzemka w południe (mój ulubiony czas), obiad, jedziemy po Klarę, bawimy się w domu i tak w kółko. Nic specjalnego. Niby ;-). Wydaje mi się, że jestem bardzo wymagającą matką. Nawet po całym dniu zabawy i nauki w przedszkolu, nie pozwalam Klarze "odpocząć". Denerwuje mnie to, że Ona chciała by tylko usiąść i oglądać bajki, ale przecież to tylko dziecko i też chciałaby się zrelaksować po całym dniu poza domem. Taki dzień mamy w niedzielę. Nie jęczę, nie zrzędzę, ze "znowu bajki". Niech odpocznie ode mnie ;-). Jednak żeby zapewnić moim dzieciom maximum tego, co najlepsze, co chwila wynajduję a to gry albo po prostu cokolwiek byleby się bawić. Jak już wiedzie, jestem fanką gier planszowych. Uważam, że to jedna z najprzyjemniejszych form spędzania czasu. W domu mamy nie tylko gry dla dzieci, ale także dla dorosłych i muszę przyznać, że sprawdziły się przy niejednej "imprezie". Dlatego dzisiaj chciałabym Wam zaprezentować gry w różnym przedziale wiekowym od Alexandra.


Na początek muszę jednak przyznać, że dopóki nie miałam dzieci, myślałam, że jest tylko Granna. Miałam w dzieciństwie parę gier od nich i myślałam, że na tym rynek się kończy lub mówiąc inaczej, tylko ta firma jest godna uwagi. Jakże się myliłam! Tak jak już wspomniałam, odkąd mam dzieci staram się nie tylko być na bieżącą z nowościami wydawniczymi, ale także w miarę możliwości uzupełniać nasze półki o kolejne skarby. Klara pierwszą grę od Alexandra dostała. Były to tabliczki. Gra okazała się takim HITEM, że... układamy do tej pory, chociaż inicjatywę przeją Janek. Opakowanie jest tak zniszczone, że się rozlatuje, po prostu widać częste ślady użytkowania :-).
Dlatego dzisiaj chcę Wam zaprezentować kolejne SUPER gry od Alexandra


PUZZLE - ŁAŃCUCH

Jest to kolejny skarb na naszej półce. Na tabliczki Klara jest za duża, ale na te puzzle jest akurat (3,5 roku). Pierwsze, co rzuca się w oczy to grafika. Ładna, przyjemna dla oka i co najważniejsze, zrozumiała. Dziecko od razu może skojarzyć jakie zwierze będzie następne. Takie trochę domino, ale zdecydowanie bardziej na spostrzegawczość. Gramy codziennie. Klara nazywa tę grę pupy, bo... no sami zobaczcie ;-)




Jak dla mnie jest jeden minus. Mamy za krótki stół i musimy grać na podłodze, ponieważ łańcuch ciągnie się na jakieś 1,5 m, ale poza tym, nie mam się do czego przyczepić :-).

Ucieczka z Lochu


Mój faworyt! Każdy, kto grał w Talisman lub D&D (dangerous and dragon), ma jedno skojarzenie. Wyobraźnie sobie, że ta gra to wersja dla dzieci! Zakochałam się w postaciach. Bardzo podoba mi się mechanika gry i jedyne czego żałuję to to, że moje dzieci nie mają 6+, bo teraz jeszcze nie ogarniają tej gry i musi trochę poczekać. Myślę, że jest to pozycja obowiązkowa nie tylko dla fanów gier RPG, ale dla każdego fana przygody. Mogłam przetestować ją na chrześniaku, typowy chłopak, dinozaury, lego itp. Bardzo mu się podobało :-)


Lombard

Ta gra jest ostatnio HITEM, wszędzie widać jej reklamy, ale co tu się dziwić, kiedy gra jest inspirowana serialem, który ma dużą oglądalność? Jak dla mnie to połączenie eurobiznes i Munkina. Ekonomia i cwaniactwo w jednym. Tanio kupić, drożej sprzedać, ale zawistni współpracownicy nie ułatwią nam zadania, oni też chcą wygrać wyścig. Jak dla mnie super. Sposób gry jest bardzo prosty, wystarczy zapoznać się z opisem kart, reszta jest bardzo logiczna i klarowna. Idealnie rozwiązanie na sobotni wieczór z przyjaciółmi. Tak jestem stara. Lubię grać ze znajomymi w planszówki (w domu) zamiast włóczyć się po barach ;-). Dodatkowo bardzo podoba mi się czarna plansza, która została fajnie zaprojektowana :-)



Gra też oczywiście musi chwilę poczekać, bo nie zabawy w graniu w dwie osoby, to nie szachy ;-), ale jak sami widzicie na pewno przynosi wiele frajdy z rozgrywki :-)

Serdecznie dziękuję firmie Alexander za możliwość przetestowania tych trzech fantastycznych gier. Pamiętajcie, że jak zobaczycie duże A na pudełku, możecie być pewni, że gra będzie strzałem w dziesiątkę :-)




Moje zdjęcie
Skarby na półkach
Kobieta, Żona, Matka. Piszę o tym co myślę, i robię. Najczęściej czytam książki i staram się aby moje dzieci wiedziały, ze są ciekawsze rzeczy niż siedzenie przed ekranem. Kontakt: skarbynapolkach@gmail.com kontakt@skarbynapolkach.pl