Opowieści z Bukowego Lasu. Urodziny. Komiks. Egmont - recenzja.

 Wtorek. Nieśmiało zaczynam wchodzić na właściwe tory. To chyba starość mnie dopadła, bo kto to widział żeby tyle czasu się źle czuć. Zaczynam powoli rozumieć o co chodzi w starczym narzekaniu, no ale zanim całkiem z tetryczeje, mam dzisiaj dla Was wyjątkowo ciepły i uroczy komiks o królikach. 


Opowieści z Bukowego Lasu. Urodziny.

Króliczki

Zobaczyłam okładkę i przepadałam. Bardzo kojarzy mi się z bajką Disneya pt. Robin Hood. Jest tam scena z urodzin małego królika i dlatego od razu ten komiks wzbudził we mnie bardzo pozytywne emocje.

W tym komiksie mamy okazję poznać rodzinę Rabatków. Ciocię Cynie, tatę Narcyza i pięcioro małych króliczków, które mają głowy pełne pomysłów. Zapytacie, gdzie w tym wszystkim jest ich mama? Otóż... została zabita przez myśliwego, ale ten temat na szczęście nie został rozwinięty. Rodzina Rabatków tworzy zgodną i szczęśliwą klan.


Ciepło rodzinne.

Uwielbiam czytać i oglądać historie, w których rodzina lubi spędzać czas razem, a jednocześnie każdy jej członek jest indywidualną jednostką. Dokładnie tak jest w Opowieści z Bukowego Lasu. Ten tom to jedna spójna opowieść, ale można ją podzielić na poszczególne epizody o każdym z bohaterów. Muszę przyznać, że ten komiks został tak napisany, że nie da się nie polubić rodziny Rabatków. Podczas czytania (polecam od razu z dziećmi, ale nie jest to obligatoryjne ;-)) uśmiechamy się, rozluźniamy i cieszymy tym spotkaniem. 




Zgarnąć z półki?

Zdecydowanie! To bardzo przyjemna historia, która sprawi, że cieplej Wam się zrobi na sercu.

Tytuł:                Urodziny

Seria:                Opowieści z Bukowego Lasu

Autor                Loic Jouannigot

Tłumacz:           Ernest Kacperski

Wydawnictwo:  Egmont

Premiera:        29.09.2021





Obraz na płótnie. Galeria druku - recenzja.

 Poniedziałek. Wracam do żywych. Powoli, ale widać już światełko w tunelu. Dzisiaj, kiedy dzieciaki oglądały bajki, pomyślałam nawet żeby może poczytać, co w ostatnich dniach pozostawało tylko w strefie marzeń. Także idzie ku lepszemu :-).

Jako że przez parę ostatnich dni byłam wyłączona z obiegu, dzisiaj mam dla Was wyjątkowo recenzję obrazu na płótnie, który bez trudu zastąpił mi książki i komputer, kiedy nie czułam się zbyt dobrze. Po prostu leżałam i patrzyłam na na to dzieło godzinami ;-).


Obraz na płótnie

No przecież nie mogło być inaczej. Na kogo mogłabym patrzeć godzinami, jak nie na moje dzieci, no jeszcze mąż mieści się  w tej skali zachwytu, ale akurat nie miałam dobrego zdjęcia ;-). Jak wiecie zdjęć robię bardzo dużo i jak mam okazję (i chęci)  wywołuję je. I tak szukając fajnego pomysłu trafiłam na stronę Galeria druku. Poprzeglądałam, popatrzyłam, po zastanawiałam się, bo wybór wcale nie był prosty i w końcu zdecydowałam się na obraz na płótnie

Jak zadbać o zadowolenie klienta?

Jakość

No nie oszukujmy się, kupując obraz (nie ważne, czy jest to zdjęcie, czy malowidło) liczymy na jakość wykonania. Czytałam sporo pozytywnych opinii o Galerii druku, ale wiem też z własnego doświadczenia, że czasami powiększenie zdjęcia działa na jego niekorzyść (zwłaszcza takiego zrobionego telefonem). Stąd moje rozterki. Szybko się jednak okazało, że nie miałam się o co martwić. 

Dostałam stosownie zapakowaną przesyłkę, a w środku... CUDO! Zdjęcie wyszło super, płótno jest dobrej jakości, blejtram solidnie wykonany, a wykonanie nie zostawia miejsca na jakieś uwagi. Od razu wiedziałam, że spędzę długie godziny patrząc na ten obraz ;-).




Czas.

Jak już Wam wspominałam, spędziłam długie godziny na wybieraniu i przebieraniu zdjęć i rozdzielczości. Cały proces bardzo ułatwia kreator dostępny na stronie. Kiedy już zdecydowałam się na konkretne rzeczy była niedziela. Jakie było moje zdziwienie, kiedy tego samego dnia! dostałam maila z wiadomością o przygotowaniu do wysyłki. Wyobrażacie sobie? W niedzielę! Potem było już z górki, kurier dostarczył przesyłkę we wtorek, a ja mogłam spokojnie oddać się podziwianiu obrazu.

Zgarnąć z półki?

Ja jestem zachwycona. Pięknie komponuje się z resztą zdjęć, chociaż muszę przyznać, że nawet trochę je onieśmiela i poważnie myślę nad tym, czy nie zrobić sobie galerii obrazów na płótnie ;-).



Za ten niezwykły prezent dziękuję Galerii Druku.





Ernest i Rebeka. Na ratunek! Tom3. Egmont - recenzja.

 Niedziela. Ufff. Wszystko powoli wraca do normy. To już chyba ten wiem, w którym przeziębienie zmienia się w poważną, prawie śmiertelną chorobę (tak, przez parę dni myślałam, ze umrę, tak źle się czułam). Na szczęście miałam pomoc i wsparcie najbliższych, dzięki czemu mogłam spokojnie chorować. A jak już jesteśmy przy temacie wsparcia... to mam dla Was wyjątkowy komiks, który poznałam zdecydowanie zbyt późno!


Ernest i Rebeka. Na ratunek!


Rebeka to dziewczynka, której wszędzie jest pełno. Kiedy kończy 7 lat i staje się dorosła odkrywa, że świat nie jest tak prosty jak wydaje się to dzieciom. W trzeciej części główna bohaterka razem ze swoimi przyjaciółmi (szkolnymi piratami) oraz mikrobem Ernestem będą musieli rozwikłać niezwykle trudne zagadki. Czy Rebeka odkryje tajemnice Czerwonej Czarwonicy? Czy ukochany nauczyciel wróci do szkoły? No i skąd wziął się Ernest? na to i wiele innych pytań znajdziemy odpowiedź w najnowszej części przygód Ernesta i Rebeki.

Komiksy dla dzieci

Jak wiecie, uwielbiam komiksy. Nie ważne czy są dla dzieci, czy dorosłych. Podoba mi się ten gatunek opowieści. Dlatego podczas czytania komiksów dla dzieci zwracam uwagę na parę rzeczy, mianowicie:

odpowiednia treść

Teraz w sieci głośno o tym, że nawet 7 latki oglądają Squid Game. Bardzo brutalny serial od Netflixa. Ja nie wiem, jacy rodzice pozwalają (lub nie kontrolują) oglądać dzieciom takie rzeczy. Dlatego ja zawsze staram się przynajmniej mieć minimalną wiedzę na temat tego, co czytają i oglądają moje dzieciaki. Mamy w domu sporo komiksów dla dorosłych (m. in. mangi). Zawsze staram się najpierw przeczytać to, co będą czytać Klara i Janek. Dlatego szczerze mogę polecić Ernesta i Rebeki. Jest to szczera, ciepła i zabawna historia o dzieciach, które chcą odkrywać świat. Oczywiście zanim zrozumieją wszystkie prawa rządzące naszą rzeczywistością, wydarzy się wiele... nieoczekiwanych sytuacji. Jednak nie są to treści przesadzone lub niezrozumiałe, w przygodach Ernesta i Rebeki zakocha się każde dziecko (i rodzic oczywiście ;-)).

Grafika

No ja jestem zachwycona. Jest to komiks w stylu bajkowym. Patrząc na okładkę od razu ma się ochotę żeby zacząć go czytać. Energiczne, sympatyczne postacie i przyjemna paleta barw to zawsze dobrze rozwiązanie.




Zgarnąć z półki?

Jak już napisałam Wam na samym początku, żałuję że poznałam Ernesta i Rebekę tak późno. Muszę nadrobić poprzednie tomy i wypatrywać kolejnego, bo to naprawdę fajny i wartościowy komiks.

Tytuł:                Na ratunek

Seria:                Ernest i Rebeka

Autor                Guillaume Bianco

Ilustracje:         Antonello Dalena

Tłumacz:           Maria Mosiewicz

Wydawnictwo:  Egmont

Premiera:        28.07.2021




Apteka pod złotym Moździerzem. Dziedzictwo. Lucyna Olejniczak. Prószyński i S-ka - recenzja.

 Sobota. Coś ostatnio ciągle mam pod górkę, jak nie choroba to problemy z komputerem, jak nie komputer to coś innego,aż boję się pomyśleć co jeszcze. Nie ma jednak co się nad sobą użalać i trzeba brać życie takim jakie jest. A jeśli już o tym mowa to dzisiaj chciałabym Wam przedstawić książkę, która przypomniała mi o tym, że istnieją inne gatunki oprócz fantastyki, po które warto sięgać. Niestety często o tym zapominam i tak siedzę w swoich bajkach ;-).


 

Apteka pod Złotym Moździerzem.

Magda ma wszystko o czym marzyła. Kochającego męża, szczęśliwą rodzinę, aptekę, która dobrze prosperuje. Jednak los jest kapryśny i już nie długo szczęście głównej bohaterki stanie pod znakiem zapytania. Czy uda się opanować nadchodzącą burzę? A może to boska kara, której nie da się uniknąć? Jedno jest pewne główna bohaterka zostanie wystawiona na wielką próbę.

Silni bohaterowie.

Uwielbiam czytać książki, które opowiadają o silnych bohaterkach, które nie tracą woli życia i postępują rozważnie mimo wielu trudnych momentów. Wiele razy wspominałam Wam, że jak w jakiejś historii trafi się głupia lub zbyt naiwna postać to tracę chęć do czytania. Na szczęście w Aptece pod Złotym Moździerzem nie ma takich postaci. W tej historii życie toczy się swoimi torami. Nie zawsze jest kolorowo, czasami los okrutnie drwi z bohaterów, ale oni się nie poddają i to właśnie jest takie piękne i wciągające. 

Prequel.

Apteka pod Złotym Moździerzem to historia poprzedzająca sagę pt. Kobiety z ulicy Grodzkiej. Nie miałam okazji czytać tej serii, ale na pewno po niego sięgnę. Lubię czekać na prequele, ponieważ dzięki nim  można lepiej zrozumieć bohaterów a także ujrzeć koncept wydarzeń pod szerszą perspektywą. 

Zgarnąć z półki?

Zdecydowanie! Zaczęłam od drugiego tomu prequela, a jestem tak zafascynowana tą historią, że nie mogę się doczekać aż odwiedzi mnie kurier z pozostałymi częściami ;-). Lucyna Olejniczak potrafi doskonale oddać klimat XIX wiecznej Polski, gdzie poukładane życie obywateli potrafi zmieniać się jak w kalejdoskopie.

Tytuł:              Apteka pod Złotym Moździerzem.
Autor:             Lucyna Olejniczak
Wydawnictwo:Prószyński i S-ka
Premiera:       28.09.2021
 
 
 

 

 

 

Kolejna historia pasjonującej podróży w świecie fantasy. Tom 1. Drakerios. WYdawnictwo Alternatywne - recenzja.

 Piątek. Przepraszam Was za wczorajszą nieobecność, ale po prostu nie dałam rady, choroba mnie pokonała i po prostu poszłam spać. Dzisiaj, dzięki długiej regeneracji (jak usnęłam o 21 tak wstałam o 7 rano), odzyskałam trochę siły i mogę Wam opowiedzieć o bardzo interesującej książce.

Dwie drużyny – banda lisa i banda wilka, dowodzone przez niekoniecznie urocze Elsabath i
Naalę, zupełnym przypadkiem wyruszają w tym samym kierunku, czyli do świętego miejsca
magów. Wciąż mijają się o włos. Całe szczęście, bo krwi rozlałoby się co niemiara, a konfrontacja
uszczupliła niektórych o pewne części ciała.

Był sobie czerwony kapturek.

Znacie tę bajkę, dziewczynka idzie odwiedzić babcię po drodze spotyka wilka? Chyba wszyscy ją znają. Otóż w Drakerios możemy spotkać czerwonego kaptura, tylko że nie jest on ani uroczy, ani nie ma ze sobą koszyczka. Jednak nawiązanie do tej klasycznej bajki jest bardzo... trafne ;-).

Fantasy pełną gębą.

Mamy fantastyczny świat pełen fantastycznych ras, które formują fantastyczne drużyny, które wyruszają na fantastyczne przygody. Za dużo fantastyczności? W Drakerios ona aż się wylewa ;-). Nie zrozumcie mnie źle. Lubię fantasy i wszystko, co z nią związane, ale lubię też trochę nowości, a tutaj niestety są bardzo utarte schematy. Dodatkowo zabrakło mi konkretów. Niby bohaterowie mają jakiś cel, ale po drodze dzieje się tak dużo, że finalnie wszystko się rozmywa.

Bohaterowie.

Nie chciałam, naprawdę próbowałam przymknąć oko, ale denerwują mnie głupie postaci. Ja wiem, że oni nadają odpowiedni, humorystyczny wydźwięk, ale na prawdę... muszą być idiotami? Oczywiście nie wszyscy i nie zawsze, ale  nie da się tego nie zauważyć. To trochę tak jakbyśmy oglądali kreskówkę. Historia nas wciąga, ale bohaterowie odejmują jej głębi...

Humor.

Humor w historiach przygodowych to bardzo grząski grunt. Nie oszukujmy się, ciężko rozbawić każdego, a jak już idziemy w tym kierunku łatwo popaść w tandetę. Na szczęście Drakerios utrzymuje się na tej cienkiej granicy, która (mnie) rozbawiała. Momenty kulminacyjne przeplatają się z absurdalnymi sytuacjami. Całość jest fajnie wyważona i dobrze się przy niej bawiłam.

Kolejna historia, coś tam, coś tam...

Do tego też się czepię, bo jak dla mnie tytuł jest za długi. Jak zaczęłam czytać tę książkę i ktokolwiek pytał mnie o tytuł to tak właśnie mówiłam Kolejna historia, coś tam, coś tam, a dopiero potem robiłam zdjęcie okładki ;-). A no właśnie... okładka. To ona mnie skusiła na tę historię. Jak dla mnie jest baaardzo fajna, ma w sobie jakiś mrok, tajemnicę i komiksowy rys. Czyli wszystko to, na co zwracam uwagę ;-). 

Zgarnąć z półki?

Tak, chociaż myślę, że młodsi czytelnicy będą się przy niej bawić. My, dorośli potrzebujemy więcej konkretów żeby przyjemnie spędzić czas z lekturą, chociaż powiem Wam, że zaskoczyła mnie ta historia... ale to musicie sami sprawdzić, co tam jest takiego nieoczekiwanego ;-).



Na barana. Gra rodzinna. Egmont - recenzja.

 Środa. Powiem Wam, że choroba nie odpuszcza, dzisiaj do wieczora ledwo wdziałam na oczy, tak bolała mnie głowa. Nie wiem, co mi jest, ale czepiło się mnie strasznie. Mam tylko nadzieję, że w końcu zacznie puszczać.

Tymczasem mam dla Was dzisiaj recenzję gry, którą uwielbiają moje dzieci. Odkąd pojawiła się w naszym domu, nie ma dnia żebyśmy nie zagrali rundki lub dwóch. Co jest w niej takiego wyjątkowego? Zapraszam do recenzji :-).

Na barana.

Kto śledzi mojego Instagrama ten wie, że od paru dni towarzyszy nam jedna gra. Na barana, bo o niej mowa to świetna gra rodzinna, w którą mogą grać nawet 3 latki! O co w niej chodzi? Zasady są bardzo proste, musimy zdjąć wszystkie przedmioty, które utknęły na drzewie. Jak tego dokonać? Wystarczy wejść komuś na barana ;-).


 Zasady.

Jak przystało na grę rodzinną, są bardzo proste ;-). W tej grze najważniejsza jest współpraca, bo tak naprawdę wygrać można tylko działając razem. Rozgrywka wygląda w następujący sposób:

po rozstawieniu (trójwymiarowej!) planszy, najmłodszy z graczy kręci strzałką na tarczy losującej. Kiedy strzałka się już zatrzyma, pokazuje nasze pole działania. Przykładowo wybrała kamienistą dróżkę. I teraz możemy: Przestawić pionek członka rodziny Grywalewskich na wcześniej wylosowane pole (w tym wypadku kamienistą dróżkę), przesunąć pionek na inne (sąsiadujące pole), spróbować ściągnąć zabawkę z drzewa (ale do tego potrzebujemy innych pionków) lub nic nie robić i poczekać na resztę rodziny do pomocy.




Możemy też trochę utrudnić sobie grę (wariant dla starszych graczy), gdzie oprócz głównej rozgrywki musimy też zaprowadzić zwierzątka do ich domu.


Rozgrywka.

Sama gra jest bardzo dynamiczna, ale tak jak wspomniałam na początku bardzo ważna jest współpraca. Nie ściągniemy zabawek bez pomocy innych (przynajmniej dwóch pionków). Dodatkowo liczy się czas, który odmierza ruch słońca (po każdej turze przesuwa się o jedno pole). 

Tak jak wspominałam Wam na początku, moje dzieciaki bardzo polubiły tę grę. Najbardziej podoba im się możliwość przeprowadzania pionków po planszy. Zresztą samo wykonanie tej gry jest bardzo fajne. Przyjemne grafiki, wyraźne ilustracje i trójwymiarowe drzewo. Jak dla mnie to główna atrakcja, bo bardzo się zdziwiłam otwierając opakowanie. Nie miałam jeszcze okazji grać na takim typie planszy. No i ważne jest też to, że wygrana jest zespołowa, czyli nie ma dramatów związanych z przegrywaniem ;-) (chociaż Klara jako mistrz strategii, zawsze chciała ustawiać swoją postać na samej górze, tak aby to ona mogła sięgać po zabawki ;-)).

Zgarnąć z półki?

Jak najbardziej tak! Na barana to gra idealna na jesienne wieczory. Idealna na wspólne chwile w rodzinnym gronie. Idealna na budowanie więzi i pięknych wspomnień. Po prostu idealna dla wszystkich :-).





Zakochany kundel. Klasyczne baśnie. Egmont - recenzja.

 Wtorek. Powiem Wam, że pisanie bloga jest dla mnie formą relaksu. Cały dzień działam na najwyższych obrotach żeby wieczorem zasiąść przed komputerem i opowiedzieć Wam o kolejnym skarbie na mojej półce. Dlatego dzisiaj chciałabym Wam przedstawić kolejną częsć Klasycznych baśni, o których mogliście przeczytać tutaj: Disney w rofmie komiksu. Tym razem przyszedł czas na Zakochanego kundla.

Zakochany kundel.

Jak byłam mała bardzo przeżywałam tę historię. Poruszył mnie los tych psów i ich przyjaciół. Chyba po raz pierwszy czułam negatywne uczucia do kotów. Każdy, kto zna tę historię na pewno wie, o czym mówię. Byłam bardzo ciekawa, czy Klara i Janek też tak zareagują na tę opowieść. Jednak komiksowa forma zmienia trochę wydźwięk tej bajki. Nie jest tak smutno i ponuro. 




Zgarnąć z półki?

Tak. jeśli chodzi o komiksy dla dzieci, moim zdaniem to pozycja obowiązkowa. Historie, które znają wszyscy w prostej, złagodzonej formie. Brakuje mi co prawda tej nutki dramatyzmu, ale przecież zawsze po lekturze można obejrzeć tę bajkę ;-).

Tytuł:              Zakochany kundel

Seria:              Klasyczne Baśnie Disneya

Autor:             Francois Corteggiani

Ilustracje:       Mario Cortes

Tłumaczenie:    Mateusz Lis

Wydawnictwo:  Egmont

Premiera:         15.09.2021

 


 


LORE. Alexandra Bracken. Wydawnictwo Jaguar - recenzja.

 Poniedziałek. Miało być tak fajnie, tak przyjemnie, tak cicho i spokojnie i...coś nas rozłożyło. Kicham prycham, głowa pęka. Powiem Wam szczerze, że dawno nie było tak, że co chwilę chorowaliśmy. Jak nie ja to dzieci, jak nie dzieci to mąż, ciągle coś. Mam tylko nadzieję, że choroba pójdzie sobie tak szybko jak się pojawiła. Tymczasem...

Przygotowałam dla Was ksiażkę, która totalnie wbiła mnie w fotel. Macie czasami tak, że czytając coś wydaje się Wam, ze właśnie o tym myśleliście, że właśnie tego oczekiwaliście od fabuły? Nie chodzi mi o to, ze historia jest przewidywalna, tylko o specyficzną więź między czytelnikiem a autorem, w której ten drugi odpowiada na potrzeby tego pierwszego. Na pewno wiecie o co mi chodzi ;-).


LORE.

Każdy chciałby mieć boską moc. A co jeśli Wam powiem, że to możliwe? Wystarczy tylko zabić boga. Jak tego dokonać? Nic prostszego, wystarczy wziąć udział w Agonie. Rozgrywce, w której bogowie schodzą na ziemię i stają się śmiertelni. 

Lore to jedyna ocalała potomkini swojego rodu. Przez wiele lat pielęgnowała w sobie chęć zemsty na mordercach swojej rodziny. Jednak kiedy pod jej drzwiami zjawia się ranna Atena, sytuacja diametralnie się zmienia.

Mitologia.

Nie raz i nie dwa, wspominałam Wam, że bardzo lubię mitologię, ale równie często lubię sięgać po alternatywne historie. W LORE dostałam jedno i drugie. Mamy greckich bogów, którzy za nic mają śmiertelników, a z drugiej strony mamy świat, którzy pozbawia ich wiecznego życia. Kiedy do takiej kombinacji dochodzą spiski i walka o życie... po prostu nie można się oderwać.

Agon = Igrzyska Śmierci.

Agon to rozgrywka, która odbywa się, co 7 lat. W tym czasie bogowie schodzą na ziemię i walczą o przetrwanie. Porównanie do Igrzysk Śmierci nasuwa się samo. Każdy na każdego. Wszystkie chwyty dozwolone. Myślę, że Alexandra Bracken inspirowała się tym tytułem, ale... zdecydowanie ulepszyła tę koncepcję.

Mrok.

Z mitologią grecką już tak jest, że albo kojarzy się nam z różnymi bajkowymi animacjami (Herkules Disneya to jedna z moich ulubionych ekranizacji) albo z mrocznymi opowieściami o tym jak to bogowie bawią się losem śmiertelników (chociażby wojna trojańska, Syzyf, wcześniej wspomniany Herkules). W przypadku LORE autorka w ciekawy sposób odwróciła ten schemat, bo...

Czy słyszeliście kiedyś o bogu, który bał się o swoje życie? Czy mając setki (jak nie tysiące) lat doświadczenia w spiskowaniu i knuciu nie zaplanujecie najmniejszego detalu swojej strategii? Czy czynnik ludzki ma jednak wpływ na bogów? Właśnie na te i na wiele innych, ciekawych pytań znajdziecie odpowiedź w LORE.

Zgarnąć z półki?

Powiem Wam, ze sporo czytam książek związanych z mitologią, czy to komiksów, czy powieści i dawno nic mnie tak nie wciągnęło. W LORE jest wszystko, czego oczekują od dobrej książki. Akcja, napięcie, dobrze wykreowani bohaterowie i świat, w którym zabijacie bogów to forma rozrywki ;-). Zresztą... nawet gdybym nie wiedziała o czym jest ta książka, wzięłabym ją w ciemno. Przecież okładka jest genialna!

Tytuł:              LORE
Autor:             Alexandra Bracken
Tłumaczenie:  Michał Zacharzewski
Wydawnictwo:Jaguar
Premiera:       29.09.2021
 

 

Fotoksiążka. Saal Digital - recenzja.

 Chociaż wakacje minęły już jakiś czas temu to ja bardzo lubię do nich wracać. Nie były jakoś szczególnie spektakularne, nie wyjechaliśmy dalej niż 30 km od domu, ale było naprawdę sympatycznie. Jak już wiele razy Wam wspominałam to właśnie dzięki wolnym dniom, które spędzam razem z dziećmi, uświadamiam sobie jak bardzo się zmieniają. A na dowód tego zawsze mam mnóstwo zdjęć ;-).

Fotoksiążka.

Odkąd mam dzieci robię mnóstwo zdjęć. Za każdym razem kiedy je przeglądam, obiecuje sobie, że je wywołam, ale jak zabieram się do tego to pokonuje mnie ich ilość i szybko tracę zapał. Dlatego postanowiłam ogarnąć ten temat małymi kroczkami. Postawiłam na fotoksiążkę od Saal Digital, ponieważ miałam przyjemność poznać ich produkty.


Aplikacja.

Bardzo lubię polegać na różnych ułatwieniach. Jak coś (lub ktoś ;-)) robi coś za mnie to nie protestuję. Dlatego projektując fotoksiążkę posłużyłam się aplikacją, którą można ściągnąć bezpośrednio ze strony Saal Digital. Jest ona bardzo prosta w obsłudze. W zasadzie wszystko robi się intuicyjnie. Każdy element można zmienić, przekręcić, coś dodać, coś ująć. Trochę mi to zajęło, bo wybór wszystkich dodatków jest naprawdę duży, ale byłam zdeterminowana i w końcu stworzyłam fotoksiążkę Wakacje 2021.



Gotowe szablony.

Fajnym pomysłem są gotowe szablony.  Możemy na przykład wybrać wzory przeznaczone dla dzieci lub grafiki w stylu boho. Ja, jak widzicie zrobiłam mix, bo... tak mi się podobało ;-)

Jakość.

Jak już Wam wspominałam, poznałam już produkty Saal Digital, dlatego wiedziałam, że mogę liczyć na szybkość realizacji zamówienia i jakość. Co prawda ostatnią fotoksiażkę zamawiałam jakiś czas temu, ale miałam nadzieję, że nic się nie zmieniło. Jak już dostałam ją w swoje ręce to zachwytów nie było końca. Nie wiem ile razy już ją przeglądałam. Niby mam te wszystkie zdjęcia na telefonie, ale nie z taką oprawą. Trzymając tę fotoksiążkę w rękach jestem bardzo zmotywowana żeby ogarnąć moje zdjęcia i w końcu je wydrukować, bo na żywo wyglądają jeszcze piękniej ;-).

Zgarnąć z półki?

Zdecydowanie tak! Fotoksiążka od Saal Digital to przykład, że jakość i cena mogą iść w parze.




Szamański blues. Aneta Jadowska. SQN - recenzja.

 Niedziela. Ufff. Intensywny to był tydzień, a remont niebezpiecznie się wydłuża. Niebezpiecznie, bo końca nie widać, ciągle coś. Jak to powiedziała moja znajoma, remont jest fajny kiedy się kończy i po ostatnich doświadczeniach, podpisuję się pod tym w 100%.

Dzisiaj mam dla Was książkę, która mnie nie zaczarowała, chociaż magii tam nie mało...

Aneta Jadowska

Poznałam tę autorkę stosunkowo niedawno, chociaż ma ona w swoim dorobku już całkiem niezły księgozbiór. I kiedy poznałam Ród Koźlaczek w Cud, Miód, Malina (o któtrym możecie poczytać tutaj: Wiedźmy na jakie zasługujemy), byłam zachwycona. Brałabym jej każdą książkę w ciemno, wychwalałam ją pod niebiosy za humor, kreację postaci i sam pomysł na fabułę. Dlatego, kiedy dowiedziałam się, że autorka napisała coś nowego, nie mogłam się doczekać aż zasiądę do lektury.

Szamański blues.

Spin -off. Czyli coś, co działo się przed główną historią. Takie uzupełnienie i wytłumaczenie skąd wszystko się wzięło. Tak w skrócie można to wytłumaczyć. Szamański blues jest spin-offem do historii o Dorze Wilk, policjantce, wiedźmie, nieustraszonej pogromczyni wszelkich strachów. Piotr zwany Witkacym jest szamanem. Odsyła zbłądzono dusze do zaświatów i nie było by w tym nic nadzwyczajnego, gdyby... potrafił to robić. Niestety tak się złożyło, że odkąd odkrył swoje nadprzyrodzone moce, jakoś nie miał okazji ich szlifować. Został od razu wrzucony na głęboką wodę. Zero teorii, sama praktyka. A to, że najczęściej musi improwizować to już inna sprawa. Kiedy po jednej z takich trudnych akcji wraca do domu, odwiedza go jego dawna miłość. Konstancja wiele lat wcześniej odeszła bez słowa, łamiąc serce Piotra. Główny bohater nie ma ochoty pomagać kobiecie, jednak kiedy dowiaduje się z czym do niego przyszła, wie że nikt inny nie poradzi sobie z tą sprawą.

I można powiedzieć, że to było by ciekawe, ale...

Być może za bardzo patrzyłam na Szamański blues przez pryzmat Cud, miód, Malina, gdzie klimat był lekki i zabawny. Tymczasem w pierwszym tomie Cyklu Szamańskiego jest naprawdę mrocznie. Sprawy są skomplikowane, a klimat ciężki. 

Drugą rzeczą, która trochę mnie uwierała są bohaterowie. Tak naprawdę bardziej polubiłam Konstancję niż Piotra. Szaman jest dla mnie strasznie nijaki, wręcz wtórny. Czy naprawdę każdy, kto walczy z duchami i zjawami musi być antyspołecznym outsiderem? Z chęcią poczytałabym o jakimś kasanowie, który przy okazji zabija paranormalne istoty ;-).

Ilustracje.

Nie będę ukrywać, że jestem zakochana w grafikach Magdaleny Babińskiej. Zauroczyły mnie zarówno w Cud, miód, Malina, jak i w Szamańskim bluesie. Uwielbiam jej styl i humor. Chętnie sięgam po książki, które ilustruje (Emi i tajny klub Superdziewczyn, serie książek edukacyjnych, czy książki Anety Jadowskiej ;-)). Jak to się mówi, jest na czym oko zaświesić.




Zgarnąć z półki?

Tak. Chociaż mam parę zastrzeżeń. To nie było tak, że czułam się rozczarowana Szamańskim bluesem, po prostu nie zostałam oczarowana.


A jeśli chcecie sprawdzić jakie lektury przygotowały wydawnictwa na jesień, polecam zajrzeć do fantastycznych nowości Taniej Książki.

 

Tytuł:   Szamański blues

Autor: Aneta Jadowska

Ilustracje: Magdalena Babińska

Wydawnictwo: SQN

Premiera: 11.08.2021

 


 


Szybcy kontra wściekli. Gigant poleca. Tom CCXXXII. Egmont - recenzja.

 Piątek. O remoncie już nawet nie będę wspominać, bo to, co trzeba zrobić dookoła samego remontu dawno przekroczyło moje wyobrażenia na ten temat. Dlatego dzisiaj, w ramach odprężenia opowiem Wam o komiksie.


 

Szybcy kontra wściekli.

O Gigancie mogliście już poczytać na moim blogu. Lektura tego komiksu jest dla mnie niezwykłą rozrywką pełną radości i wspomnień. Oczywiście nie oznacza to, że historie się powtarzają. Jednak jest parę detali, które nie zmieniło się od lat! Na przykład papier, na którym jest drukowany, bohaterowie, czy... nieograniczona fantazja ;-).

W tym numerze najbardziej podobają mi się historie z przyszłości. Wszelkiego rodzaju portale do innych wymiarów, super szybkie samochody, czy po prostu superbohaterowie (którzy nie zawsze muszą nosić pelerynę ;-)). Powiem Wam szczerze, że Gigant jest naprawdę odprężający i po całej tej bieganinie fajnie jest zasiąść w fotelu z takim komiksem.

Zgarnąć z półki?

No cóż mogę powiedzieć... nikomu nie odmówiłabym tej przyjemności ;-).

Tytuł:              Gigant Poleca.Szybcy kontra wściekli.

Wydawnictwo:  Egmont

Premiera:         24.09.2021



 

Malutki Lisek i Wielki Dzik. Porządki. Berenika Kołomycka. Egmont - recenzja.

 Czwartek, ale dziś nie będzie mangowo. Przygotowałam dla Was recenzję komiksu, który jakiś czas temu totalnie mnie oczarował. Mowa o Malutkim Lisku i Wielkim Dziku i ich nowych, niesamowitych przygodach.


Malutki Lisek i Wielki Dzik. Porządki.

O poprzednich tomach mogliście przeczytać tutaj: filozofowanie dla dzieci. Od razu zakochałam się w tej historii i ilustracjach. Dlatego kiedy zobaczyłam na horyzoncie nową część z tej serii, wiedziałam że będzie cudownie.

Miałam nosa i zupełnie nie zaskoczyło mnie to, że Porządki nie odbiegają poziomem od reszty. Tym razem Dolinkę Liska i Dzika nawiedza powódź. Zwierzątka muszą wszystko posprzątać. Niektórym porwało gniazda, innym zalało norki, straszny bałagan się zrobił. Mieszkańcy Dolinki radzą sobie jak mogą, ale w kryzysowych sytuacjach musi pomóc najsilniejszy z nich - Wielki Dzik. Historyjek jest parę, ale chyba najbardziej podoba mi się ostatnia, o Borsuku, który zgromadził tyle rzeczy, że nie miał miejsca we własnej norce.


 



Zgarnąć z półki?

Nie będę tym razem obiektywna. Nie będę Was przekonywać, czy namawiać. Powiem tylko, ze Malutki Lisek i Wielki Dzik to mój ulubiony komiks dla dzieci.

Tytuł:               Porządki

Seria:                Malutki Lisek i Wielki Dzik

Autor                Berenika Kołomycka

Ilustracje:         Berenika Kołomycka

Wydawnictwo:  Egmont

Premiera:        15.09.2021


Moje zdjęcie
Skarby na półkach
Kobieta, Żona, Matka. Piszę o tym co myślę, i robię. Najczęściej czytam książki i staram się aby moje dzieci wiedziały, ze są ciekawsze rzeczy niż siedzenie przed ekranem. Kontakt: skarbynapolkach@gmail.com kontakt@skarbynapolkach.pl