Bóg wiedział, co robi, tworząc sześcian (Heksagon. Alexander)

 Mija kolejny dzień siedzenia w domu. Muszę przyznać, że nie zauważam różnicy. Dla mnie to po prostu taki dłuższy weekend ;-). Dzieciaki na każdym kroku udowadniają mi, że nie są już tymi samymi ludźmi, co rok temu. Stały się bardzo samodzielne i jeszcze bardziej kreatywne. Wiem już jakimi rzeczami mogę ich zainteresować, a czego zupełnie nie ma sensu próbować. Bardzo mi to ułatwia funkcjonowanie i chyba dzięki temu w ogóle nie czuję tego zamknięcia. 

Dzisiaj przychodzę do Was z wpisem inspirującym. Chcę przedstawić Wam grę, która na pewno sprawi, że #zostaniewdomu okaże się całkiem przyjemne i nie takie straszne. 

Jak już pewnie zauważyliście, uwielbiam gry logiczne. Pobudzają analityczne myślenie, rozwijają zdolności taktyczne, ogólnie są świetną rozrywką dla całej rodziny. Gra Heksagon ma w sobie to wszystko, a dodatkowo jej podstawowym elementem są sześciany 💙. Uwielbiam gry oparte na tej figurze geometrycznej. Zasady zazwyczaj są proste, jasne i czytelne. No po prostu nie da się zrobić inaczej, niż intuicyjnie dobrze ;-).  

Tym razem nie jest inaczej. Gra polega na tym aby zdobyć jak najwięcej punktów, odpowiednio układając sześciany. Do dyspozycji mamy podstawowe puzzle, czyli takie, które są jednopunktowe oraz takie, które mogą dodać nam trochę więcej punktów. Każdy gracz podczas swojej tury ma mierzony czas (klepsydrą lub aplikacją). Gra przeznaczona jest dla dzieci (i dorosłych ;-)) od 6 roku życia.


Jak widzicie rozgrywka jest łatwa i przyjemna. Idealna na spędzenie rodzinnego popołudnia. Dodatkowo warto zwrócić uwagę na wykonanie. Sześciany są wykonane z drewna. Są bardzo solidne i czytelne. Na pewno posłużą dłuższy czas.

Za możliwość tworzenia rozgrywki na bazie sześcianów, dziękuję Alexandrowi.


 



Wszedzie był i wszystko widział. (Gigant poleca. Tom CCXXIX. Egmont)

 Bardzo lubię powracać do moich lat młodzieńczych. Zwłaszcza kiedy przypomina mi się to wszystko, co minęło, w tak przyjemny sposób. O Gigancie już pisałam. Kiedy wzięłam do rąk ten komiks, wspomnienia odżyły. Mamba, podkradanie najnowszego wydania i czytanie po kryjomu. Teraz trochę nieświadomie zrobiłam sobie z czytania Giganta mały rytuał.


 Zanim dzieciaki porwą Giganta, aby obejrzeć najnowsze przygody Kaczora Donalda i jego przyjaciół, ja zasiadam sobie z kubkiem czegoś gorącego i czytam. Sprawia mi to niesamowitą przyjemność, ponieważ towarzyszy temu uczucie nostalgii i błogiego relaksu. Myślę, że osoby, które były wychowane w latach 90tych doskonale to zrozumieją ;-). Nie wiem kto bardziej lubi czas spędzony z tym komiksem, ja czy dzieci ;-).

Kiedy już przejrzałam najnowszy numer Giganta i dzieciaki zaczęły go wertować na różne sposoby, porównałam go z poprzednią częścią, o której pisałam >>TUTAJ<< i muszę przyznać, że ten numer podoba mi się bardziej. Oczywiście to kwestia gustu, po prostu tom CCXXXIX (czyli jeśli dobrze liczę 239!) trafił w moje zainteresowania. O ile poprzedni był bardziej obyczajowy (jeśli tak to mogę ująć) tak ten jest bardziej fantastyczny. Mamy tu superbohaterów, muszkieterów, kosmos, całkowity misz-masz. Gratka nie tylko dla fanów Giganta, ale i komiksów w ogóle.





Dodatkowo czas premiery jest bardzo dobrze przemyślany, ponieważ najnowszy numer dostajemy praktycznie na same święta (30.03.2021). Oczywiście teraz przy lockdownie przeczytanie najnowszego Giganta odbędzie się szybciej, ale w normalnych warunkach to byłby idealny dodatek do świątecznego leniuchowania ;-).

Ja jestem już po lekturze, dlatego bardzo gorąco polecam Wam najnowszy numer, takich przygód nie przeżyjecie nigdzie indziej :-).

Tytuł:              Gigant Poleca. Noc bohaterów

Wydawnictwo:  Egmont

Premiera:         30.03.2021

 

Za tę niezwykłą przygodę, dziękuję Egmontowi.


 

 

Zamiast telewizora. (Plakaty. Poster Store)

http:// Niby poniedziałek, a zapowiada się jakoś tak bardzo optymistycznie. Wydaje mi się, że to za sprawą otoczenia, ale zanim o tym Wam opowiem, chciałabym jeszcze podelektować się tym... widokiem ;-).


 

Poster Store to jedna z najbardziej rozpoznawalnych firm plakatowych na rynku. Nie ma się co dziwić, ich produkty zachwycają nie tylko jakością i wykonaniem, ale pobudzają zmysły! Samo wejście na stronę dostarcza wielu estetycznych doznań. Możecie u nich znaleźć, plakaty natury i botaniki (które najmocniej skradły moje serce), abstrakcję, cytaty, plakaty dla dzieci, czy kultowe fotografie tj. marynarza całującego pielęgniarkę. Jest w czym wybierać i naprawdę trudno się zdecydować na jeden, dominujący motyw.

Długo przeglądałam ich stronę szukając odpowiedniej kompozycji. Mając już pewne doświadczenie w aranżacji szukałam czegoś świeżego i dodającego energii. Na szczęście, dzięki galerii zamieszczonej na stronie Poster Store przekonałam się, że nie muszę wybierać pod linijkę. Plakaty mogą się od siebie różnić wielkością, kolorystyką, czy nawet tematem zdjęcia i tak będą się ze sobą przyjemnie komponować. Tak naprawdę wszystko zależy od tego, co nam się wymyśli w głowie ;-).





 Muszę przyznać, że jestem totalnie zapatrzona w te obrazy. Idealnie komponują się nie tylko z salonem, ale i sypialnią, czy nawet na klatką schodową. Wszędzie, gdzie się je powiesi od razu czuć zmianę. Na lepszą oczywiście, bardziej żywą i optymistyczną!

Mój mąż myślał o telewizorze w sypialni. Miałam co do tego bardzo mieszane uczucia. Teraz już wiem, że na pewno się na to nie zgodzę. Wolę budzić się rano, patrząc na takie obrazy, a nie widzieć pusty i czarny ekran. Może powinna być jakaś kampania społeczna #obrazzamiasttelewizora, która promowałaby wystrój wnętrz pomijający jakąkolwiek elektronikę? Sami zobaczcie jak o wiele przyjemniej patrzy się na takie plakaty niż na kolejne złe wiadomości i smutne twarze.

 Nie byłam przekonana do stylu skandynawskiego. Wydawał mi się zbyt surowy i zimny. Jednak dzięki takim obrazom zaczynam się do niego przekonywać, a nawet... chętnie wybrałabym się w tamte rejony w poszukiwaniu dalszych inspiracji ;-).

Gdybyście chcieli skusić się na któryś przepiękny plakat, mam dla Was zniżkę. Podczas składania zamówienia wystarczy wpisać skarby35 aby otrzymać 35% rabat.

Za odświeżenie wnętrza bez pomocy farby, dziękuję Poster Store.



 



Przedszoklaki wiedzą to najlepiej! (Basia. Harperkids)

Ah, niedziela. W końcu można usiąść i oddać się błogiemu lenistwu. Dzieciaki oglądają bajkę, a ja z kubkiem miętki zasiadam przed monitor i bez żadnych wyrzutów sumienia mogę oddać się temu, co lubię najbardziej. Pisaniu. Wychodzi mi to z różnych skutkiem, jestem tego świadoma, ale jak mówi pewna moja znajoma nie popełnia błędów ten, co nic nie robi. Ostatnio stało się to moim mottem napędzającym, dlatego (jak widzicie) staram się pisać często.

Dzięki temu, że dzieciaki są pochłonięte bajkami, ja mogę w spokoju przedstawić Wam coś, co ostatnio bardzo angażowało naszą uwagę i nie można było się oderwać. Basia, bo o niej mowa, bardzo przypadła do gustu Klarze i Jankowi. 


Basia i rower

Jesteśmy właśnie na etapie nauki jeżdżenia na dwóch kółkach. Jak to w bajkach bywa... podjęłam decyzję, że tego zadania podejmie się mój mąż. Ja przecież muszę biegać za Jankiem, który bardzo chce dorównać siostrze, a że mam traktorek na sznurku to cóż, aż tak szybko nie biegam ;-). Od razu wiedziałam, że (szczególnie Klarze) spodoba się ten tom, ponieważ opowiada nie tylko o samej nauce jazdy, ale również o korzyściach i dylematach z nią związanych.

Basia uczy się jeździć na rowerze, tak dobrze jej to idzie, że rodzice postanawiają wybrać się całą rodziną na wycieczkę rowerową. Basia obawia się, że nie da sobie rady, a kiedy już wyruszają okazuje się, że świat oglądany z perspektywy jadącego jednoślada jest bardzo przyjemny. 

Klara od razu podchwyciła temat i nie może się doczekać aż będziemy mogli robić sobie takie wycieczki. Jednak będziemy musieli jeszcze trochę poczekać na Janka, a wtedy... okrążymy świat ;-).



 

Tytuł:              Basia i rower

Autor:             Zofia Stanecka

Ilustracje:        Marianna Oklejak

Wydawnictwo: Harperkids Polska

Premiera:        10.03.2021

 

Basia, Franek i zwierzaki

Ta część bardzo spodobała się Jankowi. Muszę szczerze przyznać, że nie miałam pojęcia, że zabawa w zwierzaki, zabawa w opiekę nad zwierzętami jest tak popularna wśród dzieci. Mamy to szczęście, że możemy pozwolić sobie na zwierzaki. Klara i Janek wiedzą, że trzeba się nimi opiekować, karmić je, głaskać itd. Myślałam, że to naturalne (w sensie, że odwzorowują to, co dzieje się naprawdę), naśladując takie zachowania w zabawie. Okazuje się, że to naturalne tak w ogóle ;-). Po prostu dzieciaki lubią zabawę w opiekę nad zwierzętami. Dla mnie jest to jedna z przyjemniejszych zabaw (robię za kota, spanie i mruczenie to moje najważniejsze zadanie ;-)).




Tytuł:              Basia, Franek i zwierzaki

Autor:             Zofia Stanecka

Ilustracje:        Marianna Oklejak

Wydawnictwo:  Harperkids Polska

Premiera:         10.03.2021

Basia. Wielka Księga o uczuciach.

No i jak dla mnie absolutny hit! Lubię Basię, ponieważ pokazuje różne emocje w bardzo pozytywny sposób. Złościsz się, porozmawiajmy o tym dlaczego i czym jest złość. Czujesz coś, ale nie wiesz jak to nazwać? Spróbujmy razem do tego dojść. W Basia. Wielka Księga o uczuciach mamy kompendium wiedzy o emocjach dzieci. Sama przeglądałam z wielkim zainteresowaniem i dowiedziałam się, jak rozmawiać o każdym uczuciu osobno. Jak dla mnie bomba. 

Wiele dzieci przechodzi okres buntu. Różnie się to objawia, ale ważne jest to żebyśmy my, jako dorośli potrafili to uspokoić, a w skrajnych przypadkach przetrwać. Nie zawsze się udaje, nie będę tutaj słodzić, ani wypierać się tego, że czasami Klara i Janek potrafią mnie wyprowadzić z równowagi. Bywa równie, ale to właśnie dzięki takim książkom jest mi łatwiej docierać do własnych dzieci, ponieważ ja dowiaduję się jak z nimi rozmawiać, a one jakie uczucia odczuwają. Dlatego uważam, że jest totalny niezbędnik w biblioteczce każdego przedszkolaka.




 

Tytuł:              Basia. Wielka księga o uczuciach.

Autor:             Zofia Stanecka

Ilustracje:        Marianna Oklejak

Wydawnictwo: Harperkids Polska

Premiera:        14.04.2021

 

Basia w zoo. Gra planszowa

No i na koniec coś, czemu zamierzam poświęcić całą niedzielę (a znając życie i najbliższe 2 tygodnie ;-)). Gra prosta, łatwa i przyjemna. Połączenie memory z nutką hazardu ;-). 

36 kartoników ze zwierzętami, które układane jest w losowej kolejności obrazkiem do dołu. My wcielamy się w postać Basi lub członka jej najbliższej rodziny. Naszym zadaniem jest zdobycie jak największej ilości zdjęć (kartoników). Jednak nasza tura kończy się gdy odkryjemy dwa takie same zwierzaki lub 3 takie same tła. Możemy też sami stwierdzić, że chcemy zakończyć naszą turę (tu jest właśnie ta nutka hazardu, ryzykujemy i gramy dalej, czy na spokojnie kończymy turę). Zagraliśmy już parę razy i dzieciakom rozgrywka bardzo się spodobała, dlatego zamierzam dzisiaj jeszcze z nimi pograć :-).






 

Tytuł:              Basia w zoo. Gra planszowa

Autor:             Tom Delme/ David Furnal

Wydawnictwo:  Harperkids Polska

Premiera:         31.03.2021

 

Za cudownie spędzony czas z Basią podobną do Klary i Klarą podobną do Basi, dziękuję Harper kids.


 


Dzieci najlepiej uczą się od rówieśników. (Jano i Wito uczą mówić S. Ekspres na stacji. Mamania)

 Sobota. Miałam sprzątać, ale stwierdziłam, że skoro teraz dzieciaki będą w domu to nie ma się co spieszyć, przecież efektów i tak zaraz nie będzie widać ;-). Ograniczyłam się tylko do zgarnięcia rzeczy z podłogi, odkurzenia i wstawienia prania. Na razie powinno wystarczyć ;-).

Kiedy przeglądałam książki dla dzieci od Taniej Książki bardzo się ucieszyłam, że seria o Jano i Wito, którzy uczą mówić jest kontynuowana. Poprzednia część, którą opisywałam >> TUTAJ<< bardzo nam się spodobała, dlatego nie mogłam doczekać się kolejnej. Zwłaszcza, że problemy z poprawnym wymawianiem S są nam dobrze znane i poświęcamy na to trochę więcej czasu.

Tym razem Jano i Wito zabiorą nas w podróż pociągiem. Zanim jednak wsiądziemy z nimi do wagonu wydarzy się sporo nieprzewidzianych rzeczy, tj. zgubienie na stacji kolejowej.

Tak jak Wam wspominałam, bardzo czekałam na tę część. Pierwszą z literą R czytamy z niesłabnącym zainteresowaniem. Dlaczego o tym tak często wspominam, cóż... Ekspres na stacji trochę mnie zawiódł.

Forma została utrzymana. W tekście pojawiają się ilustracje, które dziecko może samodzielnie "przeczytać". Oczywiście wszystkie te graficzne słowa są związane z literą S. Fajne i angażujące. W tej kwestii nic się nie zmienia. Problemem jest fabuła.

Sama historia jest dobra. Ciekawa, wciągająca, pouczająca oraz poruszająca bardzo ważne tematy, tj. zgubienie się na stacji. Uważam jednak, że jest zbyt skomplikowana. Okey, można powiedzieć, że to książka dla starszych dzieci, które poradzą sobie z tą historią, ale... skoro Jano i Wito uczą mówić S to książka konkretnie do starszaków skierowana nie jest. Przynajmniej tak to rozumiem.



Jednak jest to książka wysoce edukująca. Kiedy czytałam tę część po raz pierwszy, byłam już bardzo zmęczona po całym dniu wrażeń. Moje zwoje pracowały już trochę wolniej niż bym chciała i kiedy czytałam fragment o tym dlaczego woda w morzu jest słona (zdjęcie 3 to z globusem), patrzę na ilustrację słowa i mówię: "Klarciu, nie wiem, co to jest, góry?". Wtedy ona mi odpowiada: "Mamo, skały!". Logiczne, przecież miało być słowo na S. Dlaczego na to nie wpadłam, nie wiem. Grunt, że Klara to zrobiła ;-).

Nie mogę powiedzieć, że jest to zła książka. Wydaje mi się po prostu, że jest trochę nieadekwatnie dobrana do wieku, do którego jest skierowana. Na pewno będziemy sięgać po Ekspres na stacji i na pewno Klara nie raz mnie jeszcze przeskoczy swoją przenikliwością ;-).

Tytuł:              Jano i Wito uczą mówić S. Ekspres na stacji

Autor:             Wiola Wołoszyn

Ilustracje:        Przemek Liput

Wydawnictwo:  Mamania

Premiera:         10.03.2021

 

Za możliwość dowiedzenia się, że góry to skały, dziękuję Taniej Książce.


 




Muzyka dla duszy. (Myszart. Egmont)

 Jak to miło porozkoszować się błoga ciszą. Ten moment kiedy dzieci są w przedszkolu. Chwilo trwaj, chociaż jeszcze przez chwilę...Jeśli chodzi o zamknięcie żłobków i przedszkoli, no cóż. Coś tak przeczuwałam. Mam to szczęście, że mieszkam na wsi. Mamy swoje podwórko i wiele różnych możliwości spędzania wolnego czasu. Wiem jednak, co takie zamknięcie oznacza dla wielu polskich rodzin i niestety nie jest to nic dobrego...


W tak piękny dzień wybrałam dla Was coś wyjątkowego. Historię o małej myszy, która swoim talentem potrafi odmienić świat...

Z Myszartem miałam okazję się już spotkać. Totalnie oczarowały mnie wtedy ilustracje i klimat tego komiksu. Gradimir Smudja skradł moje serce już samą okładką, a potem... było już tylko lepiej.

Myszart opowiada historię małej myszy ( o imieniu Wolfgang, a jakże ;-))i jej rodziny, która mieszka w fortepianie nadwornego kompozytora wilka Antonia Salieriego. Pewnego dnia główny bohater ma okazję zagrać na instrumencie, a jego muzyka dochodzi do uszu cesarskiej małżonki. Władczyni tak spodobała się ta muzyka, ze postanawia wezwać nadwornego kompozytora (ponieważ to z jego mieszkania dobiegają te cudowne dźwięki) i polecić zagranie koncertu na balu. Niestety wilk nie ma pojęcia kto wykonywał tę melodię.  Jednak dzięki swojemu wiernemu słudze szybko odnajdują małego wirtuoza. Antonio Salieri postanawia zmusić Wolfganga aby ten grał za niego podczas wieczornej uroczystości. Na szczęście finalnie całe oszustwo wychodzi na jaw a główny bohater dzięki swojemu niezwykłemu talentowi i nienagannym manierom otrzymuje z rąk cesarza wspaniałą nagrodę - fortepian.



Sama fabuła podobała mi się. Może nie powalała na kolana, ale przyjemnie się czytało. Jednak ilustracje są totalnie niesamowite. Nadają taki klimat tej historii, że nie można się od niej oderwać. Nie bez powodu Myszart został nagrodzony w konkursie Świat Przyjazny Dziecku

Jak na razie ukazały się dwa tomy przygód Wolfganga Myszarta - Myszart i Myszart w Wenecji, ale mam nadzieję, że zachęceni licznymi nagrodami i wyróżnieniami, Thierry Joor i Gradimir Smudja jeszcze połączą siły i stworzą coś równie wspaniałego.

Tytuł:              Myszart

Autor:             Thierry Joor

Ilustracje:        Gradimir Smudja

Tłumaczenie:   Marek Puszczewicz

Wydawnictwo: Egmont

Premiera:        11.03.2020

 

Za wspaniałą historię i totalne zauroczenie ilustracjami, dziękuję Egmontowi.


 

Próbuje się bronić (Magi. 30-35. Waneko)

 No i mamy czwartek. Ostatni czwartek marca. Czy Wy też wydaje się, że marzec się dopiero zaczynał? Nie wiem jak to się dzieje, niby dobra ma 24 godziny, które przeżywamy od początku do końca, nie ważne co robimy, w tym czasie po prostu żyjemy i jesteśmy. Mamy początek miesiąca i nagle okazuje się, że zaraz się skończy. Magia!

Jeśli jesteśmy już w temacie magii... to chciałabym Wam dzisiaj opowiedzieć o moich rozterkach dotyczących kolejnych (już prawie ostatnich!) tomów mangi Magi: The Labyrinth of magic.


 

Naprawdę wkręciłam się w tę historię. Odkrywanie tego, jak potoczą się losy głównych bohaterów sprawia mi dużo przyjemności. Zachwycałam się już nie raz, Ci którzy czytali moje poprzednie wpisy dotyczące tej mangi, wiedzą, że jest to naprawdę wciągająca i porywająca historia, dlatego bez zbędnego ględzenia przejdę od razu do konkretów.

Bardzo odczuwalne jest to, że fabuła się kończy. Wiele wątków zostaje zamkniętych. Niestety trzeba zauważyć to, że wszystko kończy się bardzo przewidywalnie. Od początku tej historii autorka daje nam przesłanki, że tak to się wszystko potoczy. Z jednej strony jest to okey, ponieważ wszystkie te zakończenia  są najbardziej logiczne. Brakuje mi trochę jakiegoś małego twista na koniec, ale to nie znaczy, że zakończenie przygód Aladyna i Alibaby jest nudne. Wręcz przeciwnie.

Podoba mi się to, że autorka na koniec zadbała o spektakularne walki. W końcu, bo trzeba było czekać na to od początku tej historii ;-). Główni bohaterowie muszą zmierzyć się z najsilniejszym przeciwnikiem. Pokazać wszystkie swoje niezwykłe umiejętności. Naprawdę jest na co popatrzeć. Szkoda, że...

W pewnym momencie wkrada się jakiś chaos do tej historii. Znam ją od początku, a mimo to w pewnym momencie (chyba tom 32) pogubiłam się w fabule. Nie wiem, czy to ze względu na dynamikę akcji, czy złe przedstawienie danego aspektu fabuły, ale nie do końca wiedziałam, co się właśnie wydarzyło. 

Czytając wiele recenzji dotyczących Magi: The Labyrinth od magic natknęłam sie na to, że właśnie ostatnie tomy są najgorsze. Bardzo zaniżają poziom całości. Nie mogę się do końca z tym zgodzić (ale tak jak pisałam, nie znam jeszcze finały tej historii). Tomy 30-35 trochę się bronią przez mianem najgorszych. Jeśli mam być szczera to gorzej bawiłam się przy poprzednich 5 częściach, niż teraz. Jest to trochę masło maślane. Fabuła trochę się dubluje, ale... ta część historii jest zdecydowanie utrzymana w klimacie pierwszych tomów. 

Nie wiem, jak zakończy się ta przygoda. Na ostatnie fragmenty tej historii (w języku polskim) trzeba jeszcze chwilę poczekać. Jednak jedno jestem pewna. Patrząc na tę mangę przez pryzmat całokształtu, będą ją bronić rękami i nogami. Wybornie się bawiłam poznając przygody tych bohaterów. Bawiły mnie żarty i gagi sytuacyjne. Dynamika fabuły była bardzo wciągająca i nie pozwalała się nudzić. Nie ważne (na razie ;-)), jak skończy się Magi: The Labyrinth od magic. Uważam, że jest to kawał dobrej mangi.

Tytuł:              Magi: The Labyrinth od Magic
Autor:             Shiobu Ohtaka
Wydawnictwo: Waneko
Tłumaczenie:   Karolina Balcer 
Tomy:              30-35/ 37
 
Za kontynuowanie przygody w świecie labiryntów, dziękuję Waneko



  

Zaplanuj swój ruch. (Programator. Alexander)

 Mówiłam Wam, że ostatnio rozpiera mnie energia. To jeden z efektów organizacji i nadchodzącej wiosny ;-). Sporo tu mnie ostatnio, ale tak jak wspominałam, producenci i wydawcy, przeczuwając, że nadchodzące święta również będą odbywać się w zamknięciu, naprawdę stają na wysokości zadania i serwują nam różne ciekawe rozrywki. Dlatego dzisiaj chciałabym Wam przedstawić grę, które idealnie się nadaje na ten nadchodzący czas.

Pamiętam czasy, kiedy na lekcjach informatyki uczyliśmy się programować za pomocą żółwia. To były czasy! Sam fakt, że do tej pory to pamiętam o czymś świadczy. A tak naprawdę...pamiętam to tylko dlatego, że była to jedyna ciekawa i wciągająca rzecz, jaką wtedy (i do tej pory ;-)) się nauczyłam. Dzisiaj jest inaczej. Dzieciaki mają możliwości programowania od najmłodszych lat. Wiąże się to najczęściej z zajęciami dodatkowymi, ale... możemy też uczyć się tego, grając w różne gry :-).

Programator to gra, która idealnie nadaje się na spędzanie wspólnego czasu. Uczy analitycznego myślenia i planowania, a dodatkowo jest bardzo prosta w rozgrywce. Oczywiście, jak w każdej grze chodzi o to żeby wygrać, ale... aby mogło do tego dojść musimy zebrać największą ilość punktów.

Przebieg gry wygląda następująco:

rozkładamy planszę i tabliczkę ruchu-> ustawiamy na planszy pchełki w dwóch kolorach oraz piramidki -> losujemy żeton kolorów, dzięki któremu wiemy, które postacie są dla nas punktowane ->każdy gracz w swojej rundzie porusza się wszystkimi 5 postaciami, wcześniej ustalając ich ruchy na tabliczce ruchu->kiedy trzy postacie dojdą do mety, gra się kończy i zaczynami podliczać punkty zebrane przez poszczególne kolory->wygrywa ten, kto zdobędzie ich najwięcej.


Powiem Wam szczerze, że jest to jedna z gier, w które sama bardzo lubię grać. Podoba mi się to, że trzeba dokładnie przeanalizować, co będzie dla nas najkorzystniejsze i zrobić to tak żeby rozgrywka zakończyła się po naszej myśli. Nie jest ważne, która z postaci stanie pierwsza na mecie, ważne jest to ile punktów po drodze zdobyła. Dzięki temu nie ma tutaj mocnego akcentu wyścigów, a rozgrywka może być bardziej przemyślana.

Mam nadzieję, że nie zamęczę dzieci ciągłą chęcią grania w Programatora, przecież One też mają mieć z tego zabawę, a nie przymus jak w szkole ;-).

Za możliwość odkrycia moich predyspozycji programatorskich, dziękuję Alexandrowi.





Follow by Email

Moje zdjęcie
Skarby na półkach
Kobieta, Żona, Matka. Piszę o tym co myślę, i robię. Najczęściej czytam książki i staram się aby moje dzieci wiedziały, ze są ciekawsze rzeczy niż siedzenie przed ekranem. Kontakt: skarbynapolkach@gmail.com kontakt@skarbynapolkach.pl