ważne też jest to JAK to robisz

Internet to źródło. Niewyczerpane, głębokie i nieodkryte. Dlatego uważany jest za jedno z większych wynalazków ludzkości. Co byśmy zrobili jakby nagle go zabrakło? Wiele osób czekałoby pewnie długoletnie leczenie psychiatryczne. Jednak na razie nie ma co gdybać i można korzystać z niego ile tylko się da. Z racji mojego wykształcenia - kulturoznawstwo. Bardzo lubię śledzić nowinki ze świata kultury. Z pomocą przychodzi Anna Fit, która bardzo skrupulatnie, rzeczowo i ciekawie opisuje interesujące mnie rzeczy. Kiedy ostatnio na swoim Fanpagu umieściła artykuł z Nowego Markietingu o pszczole influence. Kiedy go przeczytałam  byłam zauroczona tą kampanią.

Sprawa jest prosta. Pszczoła imieniem B. zwraca uwagę na problemy z jakimi zmagają się te stworzenia. Od zanieczyszczenia środowiska po masowe wyginięcie pszczół. Umieszcza bardzo fajne zdjęcia na instagramie, a wszystkie swoje dochody z kampanii, czy różnych innych współprac w całości przeznacza na... ratowanie pszczół (wiadomo ;-)). Robi to w tak przyjemny i nienachalny sposób, że ma już 111 tysięcy obserwujących na instagramie.

I tutaj moje spostrzeżenia. Internet znowu okazuje się narzędziem, który POMAGA ratować nasz świat. Nie jest to TYLKO szambo pełne filmików z kotami, fake newsów i kaczych dziobów. Okazuje się, że jeśli ma się dobry pomysł to NA PEWNO przyciągnie on do siebie wiele osób.
Po drugie. Działy marketingowe działają na najwyższych obrotach starając się sprzedać nam kolejne POTRZEBNE rzeczy, a tymczasem znowu sprawdza się prostota i jasność przekazu. 

Poniżej przedstawiam Wam parę zdjęć, oczywiście zachęcam do zaobserwowania profilu. Sami przyznajcie, czy Ona nie jest fantastyczna <3?





Tutaj macie lin do INSTAGRAMA pszczoły B.

A tutaj do ARTYKUŁU

Robisz to dobrze!

Kiedy upłyną tydzień... nie mam pojęcia. Trochę byliśmy nad jeziorem, trochę w domu i tak o mamy znowu poniedziałek. Teraz kiedy Klara oficjalnie zaczęła swoje pierwsze wakacje czas na pewno będzie leciał o wiele szybciej ;-)

#fitgeekmama

Mam nadzieję, że pobyt u teściów zaowocuje w więcej czasu dla siebie. Nie ukrywam, że chętnie wykorzystam ich pomoc i po prostu oddalę się w nieznanym kierunku na dłuższą chwilę ;-).  Jako że Holandia to kraj rowerów, chętnie wsadzę swoje swoje 8 liter (cztery to za mało na taką wielkość ;-)) i pozwiedzam sobie trochę. Mamy nawet z mężem takie założenie, że On kiedy my będziemy u dziadków (3 tygodnie) to On będzie spędzał czas na siłowni, oczywiście o ile inne obowiązki na to pozwolą, ale trzeba być dobrej myśli i wykorzystywać sposobności :-)

Czytam, czytam ciągle czytam <3 chyba nie potrafiłabym bez tego żyć. Staram się aby w moim planie dnia ZAWSZE znalazła się chwila na książkę. Dzisiaj chciałabym Wam przedstawić Bitwę o nonsens Agaty Wilk wydawnictwa AlterNatywne.
Historia opowiada o nastoletniej Charlene, która jest szarą myszką, stroniącą od rówieśników, zamkniętą w swoim własnym świecie. Los sprawia, że trafia do zupełnie obcego świata, w którym demony, elfy, czy fauny to nie tylko postacie z książek. Razem z nowymi przyjaciółki nie tylko odkrywa nowy świat, ale również poznaje różne smaki życia od tych słodkich i przyjemnych po gorzkie i trudne do przełknięcia.
Trudno mi się wypowiedzieć jednoznacznie, co do Bitwy o nonsens. Agata Wilk stworzyła bardzo interesujący świat, pełen nie tylko różnorodnych stworzeń, ale również krain. Bardzo podoba mi się pomysł podzielenia świata na różne części, które pomimo autonomii w pełni ze sobą współpracują. Podoba mi się również pomysł na fantastyczne i nietuzinkowe cuda natury. Barwne kaniony, czy mój totalny faworyt - latające jezioro. Różnorodność i mnogość postaci też na pewno jest dużym atutem i nie pozwala się nudzić. Jednak jest parę rzeczy, które mi nie pasują. Po pierwsze to prostolinijność postaci. NIE MA tu odcieni szarości. Ktoś jest albo dobry albo zły. Po drugie zbytnia szczerość i wylewność. Drażniło mnie to kiedy główna bohaterka zdradzała swoje pochodzenie, czy plany zupełnie obcym osobom i...każdy przechodził z takimi informacjami do porządku dziennego. A po trzecie to za duża łatwość w wychodzeniu z opresji oraz brak konsekwencji. Bohaterowie ZAWSZE i BARDZO SZYBKO potrafią znaleźć rozwiązanie lub ktoś przychodzi im z pomocą. Ja bym to trochę utrudniła. Nie mniej jednak dzięki temu książkę czyta się szybko (więc to nie do końca minus ;-)). Muszę przyczepić się jeszcze do fabuły, która rozkręca się powoli i prawdziwą akcję mamy znacznie dalej niż sam początek historii. Autorka tak jakby wie gdzie chce nas poprowadzić, ale nie wie jak to wszystko zacząć. Kiedy przebrnie się przez (przydługi) początek potem już nie można się oderwać, bo ciągle coś się dzieje. NIE MA dobrego momentu żeby zrobić sobie przerwę, bo każdy element tej historii jest interesujący. 
Uważam, że Bitwa o nonsens przypadnie do gustu wielu osobom. Różnorodny świat, w którym trzeba odnaleźć się na własną rękę, wątek miłosny, który (jak to bywa u nastolatków) jest BARDZO trudny i skomplikowany ;-). Niesamowita akcja, która rozkręca się powoli, ale potem nie można jej już zatrzymać. 
Gdybym miała oceniać to byłaby to książka z wysokiej półki.



Jeśli już jesteśmy przy fantastycznych pozycjach to mam kolejną perełkę dla dzieci <3
Pięć Sprytnych Kun Justyny Bednarek wydawnictwa Poradnia K. W książkach tej Pani jestem zakochana i cieszę się, że mam dzieci, bo inaczej pewnie nie poznałabym Jej twórczości. Od razu wyjaśniam, że na co dzień też się cieszę, że mam dzieci, ale są takie szczególne momenty kiedy cieszę się bardziej. Fabuła opowiada o gangu Pięciu Kun, które pomagają w schwytaniu groźnego przestępcy. Jest przestępstwo, odcięte palce, PYSZNE rzeczy, miłość i dużo humoru, czy może być lepiej? MOŻE, bo dodatkowo są również przepisy na te delicje <3. Dodatkowo ilustracje Daniela de Latour <3<3<3. Bardzo chętnie sięgam po tę książkę i z wypiekami śledzę nowości wydawnicze Justyny Bednarek. Jeśli jeszcze nie znacie to KONIECZNIE nadróbcie zaległości :-)  


#Robisz to dobrze!

Ostatnio kiedy Klara oglądała bajki na telefonie (tak jak pisałam wcześniej, pozwalamy jej na to), nagle odłożyła go, spojrzała na mnie i powiedziała "nie ce, pocytać" i przyniosła mi książkę. Poczułam się bardzo dumna ze świadomego wyboru mojej córki. Pomyślałam wtedy, że to, że uparłam się na czytanie dzieciom, że robię to codziennie (są pewne wyjątki, ale bardzo rzadko) to, że inwestuję pieniądze w nowości (ale i starości też), sprawiło, że poczułam się w czymś dobra! Każdy rodzic wie, że życie z dziećmi nie jest mięciutkie i smakowite jak pączek z dżemem, każdy rodzic wie, że zdarzają się inne konsystencje, smaki i zapachy, ale ja już nie wyobrażam sobie życia bez tego wszystkiego. I chociaż czasami jest ciężko, czasami za bardzo się spinam, czasami mam dość i chcę trzasnąć drzwiami i wyjść jak najdalej od tej bandy, to wiem, że mimo wszystko... ROBIĘ TO DOBRZE. Nie jestem najlepszą matką na świecie, ale JESTEM NAJLEPSZĄ MATKĄ JAKĄ POTRAFIĘ BYĆ. Takie chwile kiedy Klara przychodzi do mnie, prosi o  pomoc, chce coś poczytać, chce się pobawić, pokazują, że nie wiedząc totalnie jak to robić stworzyłam NIESAMOWITĄ więź i KSZTAŁTUJĘ małego człowieka. 
Uważam, że każdy z Nas, rodziców ROBI TO DOBRZE. Nie ważne ile negatywów sobie wynajdziecie. Nasze dzieci i tak nas z tego rozliczą, a efekt będzie taki, że SAME będą tak wychowywać własne dzieci ;-) <3

Nie śmieć, Gościu!

 Okres wakacyjny sprzyja zmożonemu ruchowi na placach zabaw, plażach, czy górach. Jako czynny uczestnik rekreacji w takich miejscach MUSZĘ to napisać.

Pobyt poza domem zawsze (zwłaszcza z dziećmi) łączy się z wszelkiego rodzaju napojami, przekąskami, słodyczami i innymi rzeczami, które (po zjedzeniu zawartości opakowania) określa się mianem ŚMIECI. Tyle się mówi o zaśmiecaniu środowiska, nie mówię tu o samym plastiku (bo to oddzielny temat), ale ogólnie. Wczoraj byłam z dzieciakami nad jeziorem. Bardzo ładnie zmodernizowane miejsce z deptakiem, ładną plażą i MASĄ (pustych) koszy na śmieci. Do kosza naprawdę niedaleko, parę kroków, co widzą moje dzieci wchodzą do wody? PUSZKĘ PO PIWIE. No ludzie... Nie jestem strasznie rygorystyczna w tym temacie. Czasami i mi jakiś papierek ucieknie i albo nie chcę albo nie mogę go gonić, ale przynajmniej STARAM SIĘ zbierać wszystko po sobie i tego właśnie uczę swoje dzieci. Zostawiać miejsce takim jakie je zastaliśmy. To samo tyczy się placów zabaw. Tutaj muszę przyznać, że często śmietniki się przepełnione i wysypuje się z nich, ALE... czy wiedząc o tym nie możemy zabrać ze sobą jakiejś reklamówki na własne śmieci? W mojej wsi, dzięki głosowaniu, powstał plac zabaw Nivea. Jeśli jeszcze nie znacie tego projektu to koniecznie spójrzcie, bo może w Waszej okolicy też chcą wybudować coś podobnego. Cały plac wysypany jest piaskiem, tak żeby dzieci biegając, skacząc, po prostu się bawiąc, nie zrobiły sobie krzywdy. Super pomysł, naprawdę, ale...minusem jest to, że młodzież przychodząca tam bez nadzoru dorosłych (czyli pewnie w godzinach wieczornych), zostawia MASĘ puszek, butelek, petów etc. Sama byłam kiedyś młoda, wiem jak to jest, ALE... śmieci po sobie zbierałam, chociaż w jedno miejsce, jak nie było gdzie tego wyrzucić, czy zabrać ze sobą. A tak niestety efekt jest taki, że dziecko biegając po piachu (może) nie zauważyć puszki, czy kapsla i noga rozcięta. Byłam świadkiem takiego wydarzenia. Kochani, szanujmy się nawzajem. Jeśli nawet ktoś ma w d*pie środowisko, szanujmy drugiego człowieka. Wystarczy zabrać ze sobą SWOJE śmieci.

Z pomocą przy pisaniu tego postu przyszedł mi Tatrzański Park Narodowy. Mają świetną grafikę oddającą moje słowa. Konkretnie chodzi o to, że poza swoim domem jesteśmy GOŚĆMI. Co oznacza, że powinniśmy zwrócić uwagę na to, że powinniśmy się zachowywać w określony sposób.


Fajne koszulki z podobnym przesłaniem mają też na Tatromaniaku. Gdybym częściej odwiedziała góry pewnie bym sobie taką kupiła ;-). Poczekam aż dzieciaki urosną to kupię od razu 4 takie żeby dumnie prezentować się na szlaku ;-)


Na koniec jeszcze kwestia sporna, ale...również bardzo ważna. Chodzi mi o zwierzęta. W wielu miejscach jest zakaz wprowadzania psów. Rozumiem to i akceptuję. Jednak nie akceptuję argumentacji, że nie wolno wchodzić gdzieś zwierzętom domowym, bo są...brudne. Jedyne, czym pies może naśmiecić jest w PEŁNI NATURALNE odpady fizjologiczne (każdy wie o co chodzi). Zwierzęta, tak samo jak ludzie muszę wydalać z siebie strawione i nie do końca strawione pokarmy. NIC innego po sobie nie zostawiają, natomiast ludzie...


Dbajmy o siebie, przecież to NASZE dzieci się bawią na placu zabaw, to MY opalamy się na plaży i kąpiemy w jeziorze i to przez NAS jest coraz gorzej żyć na tej planecie, bo zasypują NAS tony śmieci... 


Byłabym rozczarowana

Długo zastanawiałam się o czym dzisiaj napisać. Jest już grubo za połową miesiąca, dni mijają jak szalone a ja robię "nic". Oczywiście jeśli nie liczyć obowiązków domowych, opieki nad dziećmi i całej masy innych rzeczy, ale wedle prawa jestem na "urlopie macierzyńskim" ;-). Dlatego chyba mam jeszcze tyle do napisania :-)

#fitgeekmama


No tak...projekt dalej trwa, a ja niestety się cofnęłam. Skłamałabym mówiąc, że wróciłam do miejsca, z którego zaczęłam, bo jest gorzej niż było. Nie miałam motywacji, nie chciało mi się i jak to zwykle bywa, jeden "normalny" dzień sprawiał, że cały tygodniowy plan się niweczył. Myślę, że jeśli zobaczyłabym film z ubiegłego tygodnia byłabym rozczarowana.Problemem są trzy rzeczy:
1. słodycze (lubię, nie odmawiam, jem chętnie)
2. ruch (okazuje się, że spacery z dziećmi to za mało, a krokomierz codziennie odlicza ponad 5000 kroków)
3. czas (nie mam kiedy zająć się sobą, problemy się mnożą, chcę iść na rower, nie mam z kim dzieci zostawić, chcę pojeździć na stacjonarnym - zazwyczaj Janek śpi, a ja na każde chrząknięcie przerywam jazdę i patrzę, czy wszystko ok, chcę potańczyć Zumbę, nie mam gdzie ani...kiedy i tak w kółko)
 Szukałam  inspiracji, czegoś co ruszy moje dupsko i znalazłam. Zdjęcia. Mam ich mnóstwo, zbieram je odkąd pamiętam. Jest ich całe mnóstwo, ale ostatnio zobaczyłam zdjęcia ze swojego panieńskiego. Powiem Wam szczerze, że nieźle wyglądałam te... 5 lat temu ;-). Dało mi to kopa. Nie jestem z osób, które dołują się tym jak kiedyś dobrze wyglądały i przez resztę czasu użalają się nad sobą. Pamiętam ile przeszłam aby dojść do tego jak wtedy wyglądałam. Wiem, że SIĘ DA! Trzeba tylko więcej samozaparcia i dyscypliny :-). Dzisiaj, co prawda,  zaczęłam dzień od naleśników, ale to tylko z powodu tego, że zostały z wczoraj, a ja nie cierpię marnowania jedzenia, ale zaraz lecę do sklepu i kupię coś lepszego na dietę :-). Jeśli chodzi o takie dietetyczne i lekkostrawne jedzenie to muszę przyznać, że przyzwyczaiłam się i smakuje mi. Przyznaję, że miałam zły czas, przybieranie na wadzę jest brakiem szacunku dla samego siebie, a każda wymówka staje się idealnym uzasadnieniem porażki. Nie poddaję się, wiem, że mi się uda!

Książki, książki, książki. Ostatnio dużo ich u mnie, dlatego zaniedbuję inne rzeczy, tj. filmy i seriale. Ostatnio obejrzałam tylko Hotel Transylwania 3 (i 10 minut 3 sezonu Stranger Things, ale to się nie liczy ;-). Co do animacji to podobała mi się. Nie było to może nic spektakularnego, ale obejrzałam, miło spędziłam czas, a nawet się pośmiałam. Dodatkowo podobała mi się muzyka (zwłaszcza ta dla Krakena), więc nie straciłam czasu i pewnie jeszcze obejrzę parę razy. 
Wracając do książek. Mam okazję zrecenzować Bitwę o nonsens Agaty Wilk wydawnictwa AlterNatywne. Muszę przyznać, że jak na razie (150 stron za mną) mam mieszane uczucia. Z jednej strony podoba mi się świat, który stworzyła autorka, czyta się bardzo szybko i historia wciąga, z drugiej denerwuje mnie trochę prostolinijność fabuły, przykład: główna bohaterka bez problemu wychodzi z pałacu, ponieważ nie ma żadnej straży. Serio... bardzo to dla mnie dziwne. Jednak wypowiem się dopiero jak przeczytam całość, bo coś mi się wydaje, że jeszcze mogę się zaskoczyć.


Tak wygląda stosik do przeczytania. Sprawnie mi idzie, więc nie długo podzielę się opinią :-)

Długo zastanawiałam się jaką książkę dla dzieci przedstawić Wam dzisiaj. Miałam nawet myśli żeby dzisiaj ten wątek sobie odpuścić. Jednak jak mówi stare słowiańskie przysłowie: 
"Nie byłabym sobą gdybym była inna"
Znalazłam coś, co na pewno Was zainteresuję :-). Przedstawiam "Zamkowe Bajeczki" Doroty Gellner wydawnictwa Bajka. Jak już wiecie z poprzednich wpisów. Kiedy poznałam twórczość tej Pani, stałam się Jej wielką fanką. Dlatego teraz kiedy tylko widzę, coś napisane przez Nią, kupuję w ciemno i NIGDY się jeszcze nie zawiodłam. Tak samo było w przypadku "Zamkowych Bajeczek". Jest to książka zawierająca zbiór wierszy o równej, zbliżonej do siebie tematyce. Występują tu takie postacie jak: księżniczka, kot, smok, mysz, gęś, owieczka, królik. Czyli wszyscy, którzy być powinni ;-). Czyta się ją bardzo dobrze i dzieci bardzo ją lubią. Klara bardzo często wybiera tę książkę do czytania przed snem. Więc jest to (moim zdaniem) najlepsza rekomendacja. Kto zna twórczość Doroty Gellner, wie, że "Zamkowe bajeczki" to pozycja obowiązkowa i baaardzo przyjemna :-)



#wielkie pakowanie

Nie długo wyjeżdżam z dziećmi do teściów na wakacje. Mieszkają w Holandii, więc podróż samochodem będzie bardzo długa. Jednak przed wyjazdem trzeba się spakować. Nie mówię tu oczywiście o podstawowych rzeczach, tj. ubrania. bardziej chodzi mi o książki i gry, które pewnie zajmą sporo miejsca, bo jedziemy na 3 tygodnie. Dzisiaj jeszcze nie podzielę się z Wami tym, co wezmę ze sobą, ponieważ muszę pomyśleć co to będzie ;-). Jedno jest pewne. Dobrze, że jedziemy mamy samochód typu combi, bo trzeba będzie spakować sporo rzeczy. Oczywiście nie samymi książkami i grami dzieci żyją, więc na pewno nie zabraknie też zabaw na świeżym powietrzu. Dobrze, że Holandia to kraj rowerowy, dzięki temu dzieciaki chętniej i bezpieczniej będą mogły jeździć po różnych szlakach. Oczywiście relacje będę umieszczać na Instagramie, gdzie serdecznie Was zapraszam. Dodatkowo na pewno pojawi się wpis o atrakcjach jakie mamy zaplanowane podczas wakacji u dziadków :-) Ciekawe, czy wszystkie rzeczy zmieszczą się do samochodu ;-).

#Inspiracje

Bardzo lubię tańczyć (nie ważne, czy mi to wychodzi) i śpiewać (tak samo jak wcześniej). Wydaje mi się, że moje dzieci lubią jak to robię, ponieważ często (Klara) prosi żebym śpiewała. Wymyśliłyśmy sobie zabawę, która polega na tym, że Ona pokazuje jakiś przedmiot, a ja o nim śpiewam. O ile sprawa jest prosta jeśli chodzi o zwierzątka, tak z przedmiotami jest trudniej. Niestety nie jestem dobra w wymyślaniu piosenek, dlatego SZUKAM jakiś łatwo wpadających w ucho. Nie muszę być dla dzieci, ważne żeby były np. o: smoczku, butelce, kubku, pudełku itp. Dosłownie o wszystkim, co nas otacza. Jeśli macie jakieś ulubione to chętnie posłucham i nauczę się ich śpiewać ;-)
Zostawiam Was z jedną z moich ulubionych kapel <3


Przepraszam Was, Kochani

Wiem, że wczoraj miał się pojawić post na temat jakiejś ciekawej kampanii społecznej. Wiem, że to już drugi (na szczęście nie z rzędu), który się nie pojawił, ale... mamy wakacje, chociaż pogoda jeszcze nie rozpieszcza staram się zapewnić moim dzieciom jakieś atrakcje. Wczoraj pojechaliśmy z ich dziadkiem (moim tatą) nad pobliskie jezioro i... złapała nas burza z piorunami a mimo to bawiliśmy się świetnie. Postaram się to nadrobić, bo tak jak pisałam jest wiele akcji wartych nagłośnienia. Jednak są wakacje, więc wybaczcie mi to drobne zaniedbanie. To, co, wybaczycie ?



Zbieram też pomysły na różne cykle, nie tylko te książkowe. Chociaż mogłabym nie wychodzić z pokoju i non stop czytać książki to wiem, że świat się na tym nie kończy i czasami trzeba się ruszyć z domu albo chociaż z pokoju. Dzieci stanowczo buntują się przeciwko takiemu (podobno) monotonnemu planowi dnia. Dlatego od razu zapowiadam, że mogą wystąpić opóźnienia postowe spowodowane czasem wolnym przeznaczonym na rekreację, relaks i rodzinę, w skrócie RRR!

nie będę mędrkować

Nie wiem jak to się stało, że mamy już połowę lipca. Pogoda nie rozpieszcza i większość czasu trzeba siedzieć w domu. Jednak jak ktoś mądry powiedział NIE MA złej pogody na spacer. Dlatego dzisiaj śpieszę z paroma fajnymi pomysłami, które podczas minionego tygodnia wykorzystywałam :-)

#fitgeekmama

Nie jest źle, nie jem po 18, piję dużo wody, słodkie przekąski są na razie ograniczone, nie długo całkiem się od nich powstrzymam ;-). Spacery, zabawy na powietrzu pozwalają zmniejszyć trochę tkankę tłuszczową. Więc bez spiny, ale do przodu :-)
Tamten tydzień miałam bardzo zajęty, ponieważ musiałam napisać parę recenzji dla portalu Sztukater.pl, artykuł dla Wspólne Inspiracje oraz dla Koło Kultury, co w połączeniu z macierzyństwem na cały etat spowodowało, że jestem daleko w tyle z serialami i filmami, które chciałam obejrzeć. Na szczęście ten tydzień będzie raczej spokojniejszy i (prawdopodobnie) cieplejszy. Oznacza to, że w końcu będzie się można więcej porobić na dworze i może basen wróci do łask ;-).
Nie oznacza to jednak, że nic dla Was nie przygotowałam :-). Dzisiaj mam dla Was...totalne skarby :-). Zacznę od książek dla dzieci. Kiedy byłam mała bardzo lubiłam przeglądać te książki, ponieważ były zupełnie inne od tych znanych z pólek. Różniły się tym, że ilustracje były...trójwymiarowe, co w latach 90 ubiegłego wieku było zupełnie niespotykane. Historie niby znane, bo "Jaś i Małgosia" oraz "Czerwony kapturek", ale to, co stworzył Vojtech Kubasta niesamowicie zapadło mi w pamięci i jak tylko zobaczyłam, że seria jego książek została wznowiona, musiałam je kupić. Na razie mam tylko dwie, ale już idą do mnie kolejne ;-). W serii jest : " Jaś i Małgosia", "Czerwony Kapturek", "Kot w Butach" i " Królewna Śnieżka". Klara dwoma pierwszymi jest po prostu zachwycona i czytamy je codziennie. Wiem, że teraz takich książek jest sporo, ale te pierwsze są zawsze niezapomniane :-)








Teraz coś dla starszych ;-). Zaczęłam 3 tom Viriona Andrzeja Ziemiańskiego wydawnictwa Fabryka Słów. Niestety już (po 100 stronach) boję się, że będę zawiedziona. Wydaje mi się, że autor strasznie uciął fabułę. Wszelkie niuanse i labirynty fabularne zaczynają się prostować. Wiem, że jest to przed ostatni tom tej historii, ale moim zdaniem Andrzej Ziemiański poszedł na straszną łatwiznę. Bardzo lubię jego twórczość. "Achają" byłam zachwycona. Dlatego tak chętnie zasiadłam do kolejnej serii dziejącej się w tym uniwersum. Jednak o ile śmiało mogę powiedzieć, że pierwszy tom był na prawdę wciągający, tak drugi już mniej, a trzeci... obawiam się, że jest tendencja spadkowa. Chociaż jest parę ciekawych elementów, które czyta się z zainteresowaniem. Jak będzie, na pewno napiszę jak skończę. 



Jak widać na załączonym obrazku. Nad okładką też się nie napracowali, ponieważ ta z trzeciego tomu bardzo przypomina tą z pierwszego.

A teraz coś dla młodych i starych. Tak jak pisałam pogoda nie rozpieszczała nas w ubiegłym tygodniu. Albo padało albo było mokro, ciężko było wyjść i pobawić się na świeżym powietrzu chociaż przez chwilę. Jednak kiedy już było to możliwe to... w ruch poszła kreda. Moje dzieciaki są jeszcze bardzo małe i ciężko je zainteresować na dłużej. Jednak coś tam udało się zorganizować:-). Wymyśliłam grę, która polega na pokonywaniu pól niczym pionek, ale... najpierw trzeba wykonać jakieś zadanie. Na asfalcie (u mnie jeździ malo samochodów, ale to może być i chodnik i szlaczek narysowany patykiem na ziemi) narysowałam prostego wężyka z dość dużymi polami (tak aby zmieściła się noga dziecka), na jednym końcu napisałam start, na drugim meta i zaczęliśmy zabawę :-). Zadania były proste i dopasowane do dzieciaków, np. policz słupki (4), przynieś wiaderko piasku, skacz jak żabka 5 razy, itp. Trudno było mi pod koniec wymyślać zadania, ale dzieciaki bawiły się przednio. Dlatego podsyłam Wam linka do paru interesujących zabaw z użyciem kredy. Tutaj 

#nie będę mędrkować 

Macie rację, że nie mogę oceniać innych rodziców zbyt surowo. Nie taki miałam zamiar. Chodziło mi bardziej o zwrócenie uwagi, że za mało czasu poświęcamy dzieciom, wysługując się telefonami, czy innymi gadżetami. Sama jestem matką i wiem, że sporo rzeczy robię źle. Wszystko dlatego, że jestem też człowiekiem (tak, wiem, że matki to superbohaterki) i mam swoje granice oraz nawyki. Staram się jednak wykorzystać czas kiedy moje dzieci są małe (bo podobno kiedyś urosną) i wtedy one nie będą chciały się ze mną bawić. Czy moje dzieci korzystają z telefonu? Klara tak, może o ile chce obejrzeć sobie bajki przed senem, a potem idziemy do łóżka czytać książki. Janek z racji wieku (9 miesięcy) nie korzysta z takiej formy spędzania czasu. Jednak będąc realistką i znając współczesne realia wiem, że i na niego przyjdzie czas.
#Inspiracje

Dla rozluźnienia atmosfery podsyłam Wam kolejny kawałek, który bardzo wpada w uchu, a przy tym pozytywnie nastraja na resztę tygodnia :-)


Wspieraj, wybieraj!

Ze względu na to, że tamten tydzień spędziłam w szpitalu z moją mniejszą latoroślą, chciałabym podzielić się z Wami pewnymi przemyśleniami dotyczącymi wspierania różnych akcji społecznych.
Szpital to leczenie. Leczenie, które nie zawsze jest przyjemne. Tak jak pisałam w poniedziałkowym poście. Kiedy jest się rodzicem, nieprzyjemności są podwójne. Po pierwsze nasze dziecko cierpi i płacze, a po drugie, My jako rodzice też odczuwamy tę trudną sytuację niedosypiając, niedojędząc etc.Dlatego tak ważne jest aby stworzyć przyjazną atmosferę w tym obcym miejscu. Podczas pobytu w szpitalu korzystałam z fotela ufundowanego przez fundację WOŚP. Oczywiście to nie był jedyny dar tej organizacji, ponieważ łóżeczko, na którym spał Janek też pochodziło od nich. Cały oddział pediatryczny był zaopatrzony w różne rzeczy z charakterystycznym serduszkiem. I tutaj nadchodzi czas na moje przemyślenia.
Wokół Fundacji Jurka Owsiaka jest wiele różnych emocji. Od tych dobrych i szlachetnych, poprzez neutralne aż to tych negatywnych a nawet świńskich. Finansowanie fundacji, sprawy rozliczeniowe, przetargi na sprzęt, to wszystko wywołuje wiele szumu i często agresji. Moim zdaniem Fundacja, którą kieruje Jurek Owsiak robi wiele dobrego. Pomijając kwestie sporne, ponieważ... to NIE JEST ISTOTNE. Dopiero kiedy musimy skorzystać ze sprzętu, który ofiarowała jakaś fundacja, uświadamiamy sobie, że robią na prawdę ważne rzeczy. W miasteczku, z którego pochodzę jest szpital. Posiada on nie tylko oddział pediatryczny, ale i położniczy. Aktualnie Fundacja Polsat remontuje to miejsce. Dzięki czemu świeżo upieczone mamy będą mogły w komfortowych warunkach zajmować się swoimi dziećmi. Ja nie miałam tego szczęścia. Oczywiście sobie poradziłam, ale na pewno byłoby milej w czystym i schludnym pokoju, a nie taki... no jaki był wtedy. Wszyscy znamy realia szpitalne. Jest wiele absurdów dotyczących funkcjonowania tych oddziałów, dlatego bardzo się cieszę na myśl, że powoli, ale nieubłaganie się to zmienia.Oczywiście na lepsza. Znane są oczywiście różne sytuacje, które psują pozytywny wydźwięk tych wszystkich akcji - kłótnia o fotel do spania, czy po prostu defraudacja zebranych pieniędzy. Niestety żyjemy w świecie, który potrafi w bardzo smutny i brutalny sposób pokazać, że jeśli jest dobro to musi być i zło.
Jednak nie zmienia to faktu, że należy pomagać. Bardzo lubię powtarzać, że jeśli można pomagać to trzeba i właśnie tą zasadą się kierują. Jestem zarejestrowanym dawcą szpiku (to naprawdę nie boli!), niestety nie mogę oddawać krwi, ale mój mąż i jego brat mnie w tym zastępują. Staram się pomagać (jeśli nie fizycznie to materialnie) w różnego rodzaju zbiórkach, czy to dla zwierząt, czy dla ludzi. I wiecie co? Chociaż oddaję różne rzeczy...niczego mi nie brakuje. Ja i moja rodzina mamy co jeść, w co się ubrać, ja mam co czytać ;-). Oddaję to co mogę i mam poczucie, że robię coś dobrego. 
WOŚP, Fundacja Polsat, Fundacja TVN, Caritas, PCK, Greenpeace, WWF, nie ważne co, każdy znajdzie coś dla siebie. 
BO JAK MOŻNA POMAGAĆ TO TRZEBA ;-)

 

Grunt to dobre wychowanie.

Kolejny tydzień za nami. Nie zauważyłam kiedy to się stało, ale zaczęłam planować to, o czym będę pisać. Już nie są to spontaniczne wpisy nie wiadomo o czym. Mój blog zyskał pewien rytm, co bardzo mnie cieszy, bo (dla mnie) to kolejna oznaka rozwoju.

#fitgeekmama

Jak niektórzy zauważyli, środowy wpis o kampaniach społecznych niestety się nie pojawił. Było to spowodowane pobytem w szpitalu Janka. Jak dla mnie cała sytuacja była bezsensowna i zdecydowanie na wyrost. Janek nie dostawał żadnych antybiotyków, nie gorączkował, ani nie miał żadnych innych poważnych objawów (z wyjątkiem kaszlu). Niestety musieliśmy spędzić tam cztery dni.
Pobyt w szpitalu to zawsze dieta. Nie ważne ile się zje, zawsze jakiś kilogram ucieknie. Tak było w moim przypadku. Stres, niedospanie, zmęczenie, spowodowały, że waga pokazała trochę mniej. Jednak nie jest to dobry sposób, dlatego teraz mogę wrócić do podstawowych zasad zdrowego żywienia. Nie będę już kombinować z dietami. Widzę, że to się mija z celem i mi nie wychodzi. Dzieciaki naprawdę wszystko weryfikują, a ja nie będę (bo mi się nie chcę ;-)) gotować trzech różnych obiadów. Dlatego, ogłaszam, co postanowiłam ;-):
1. woda!
2. mniej żreć
3. ruch
Jedyne nad czym muszę bardziej popracować to słodycze. Moja wola bardzo kuśtyka w tej kwestii, dlatego poszukam jakiś zdrowych słodkich przekąsek :-)

Myślałam, że będąc w szpitalu będę miała więcej czasu na czytanie. Janek pokazał jednak jak bardzo się myliłam. Jest to już prawie dziewięciomiesięczny bobas, co oznacza tylko jedno. W łóżeczku nie posiedzi. Chce się ruszać, wspinać i pełzać. O ile w domu nie ma problemu, tak w szpitalu to była straszna męczarnia. W jednym małym pokoju, gdzie zwiedził już wszystko, strasznie mu się nudziło, dlatego książki musiały cierpliwie poczekać.  Jednak coś tam udało mi się przeczytać. Odświeżyłam sobie Edgara Allana Poe i... nie jest już dla mnie taki fantastyczny... Owszem, bardzo fajnie było sobie przypomnieć jego teksty, ale czar prysł. Myślę, że po każdą książkę trzeba sięgnąć w odpowiednim wieku, a z Edgara albo już wyrosłam albo jeszcze (znowu) nie dorosłam. Jednak nie można umniejszać kunsztu tego autora. Na pewno będę darzyła Jego twórczość wielkim sentymentem i jeszcze gdzieś kiedyś się o nią zahaczę ;-)
Totalnym zaskoczeniem było dla mnie Małe Licho i tajemnica Niebożątka Marty Kisiel wydawnictwa Wilga. Słyszałam sporo o tej autorce, same pozytywne rzeczy, ale jakoś nie byłam przekonana. Na początku pomyślałam, że to kolejna twórczyni kryminałów, dlatego nie szczególnie interesowałam się jej twórczością. Później okazało się, że otrzymała Nagrodę im. Janusza A. Zajdla, która dla mnie jest bardzo ważnym wyznacznikiem jakości Polskiej Fantastyki. Zasiadłam do lektury, ależ mogłam być zdziwiona. Małe Licho i Tajemnica Niebożątka to NIESAMOWITA książka, przeczytałam w ciągu jednego dnia (jakby Janek mi pozwolił to przeczytałabym na raz)! Zazwyczaj dawkuję sobie książki, wiem ile mogę i ile jestem w stanie przeczytać jednego dnia (ze względu na różne inne obowiązki). Tak od tej książki nie mogłam się oderwać. Magiczna historia pełna ciepła i... niesamowitości ;-). Ostatecznie przekonały mnie:
1. Bamboszki (samo to słowo jest puchate i przytulaśne).
2. Kibicowanie pomidorom żeby szybciej rosły (to mogą robić tylko ludzie (mali i duzi) z olbrzymią dawką wyobraźni i empatii).
3. Król Elfów Johanna Wolfganga Goethego.
Jest tylko jedna książka, którą przeczytałam równie szybko i równie mocno byłam nią zachwycona - Koralina Neila Geimana. Więc śmiało mogę powiedzieć, że Małe Licho i Tajemnica Niebożątka trafiła na podium mojej listy czytelniczej. Jeśli miałabym określić w dwóch słowach co mnie urzekło to powiedziałabym, że proza Marty Kisiel to połączenie Geimana i Pretchetta, a ich rekomendować nikomu nie trzeba ;-)
Bardzo się cieszę, że od razu zakupiłam sobie Oczy Urocze Marty Kisiel wydawnictwa Uroboros :-)


Aktualnie czytam Chłopaki z Dwudziestego Wieku Naoki Urasawa wydawnictwa Hanami. Jako, ze jest to manga, skończę na pewno bardzo szybko i przejdę do trzeciego tomu Viriona Andrzeja Ziemiańskiego.
Co do Chłopaków z Dwudziestego Wieku mogę powiedzieć, że się wkręciłam. Bardzo dawno nie czytałam żadnej mangi i teraz, przy lekturze dzieła Naoki Urasawy przypomniałam sobie za co lubiłam ten gatunek i żałuję, ze miałam tak dużą przerwę w czytaniu mang. Więcej opowiem w przyszłym tygodniu, bo przecież nie można oceniać książki po połowie ;-)


#grunt to dobre wychowanie


Będąc w szpitalu mogłam obserwować innych ludzi (nie oszukujmy się, były to przeważnie inne matki). Wakacje to okres, w którym raczej się nie choruję, więc dzieciaków na oddziale było niewiele (10-15). Na szczęście stan zdrowia Janka pozwalał na wychodzenie na korytarz i krótkie spacery. Najczęściej chodziliśmy do świetlicy po nowe książki do czytania. Biblioteka oddziału dziecięcego nie jest pokaźnych rozmiarów, ale i tak znajdowaliśmy coś dla siebie. Tutaj niestety ukazała mi się smutna prawda. Byłam jedyną osobą, która korzystała z tych książek. Znam raporty dotyczące czytelnictwa w Polsce. Naprawdę jestem w stanie zrozumieć to, że rodzice są zmęczeni i zwyczajnie im się nie chce. Ja się uparłam na czytanie dzieciom. Czasami jestem zmęczona i mam cichą nadzieję, że nie będę musiała czytać, ale tak się nie zdarza. Potem uświadamiam sobie, że to naprawdę niewiele (czasu i chęci), a sprawia, że mam poczucie dobrze spełnionego obowiązku rodzica. Rozumiem jednak, że nie wszyscy mają takie priorytety. Jednak chciałam tutaj skupić się na sytuacji związanej z pobytem w szpitalu. Dzieciaki często nie mogą wychodzić poza swój pokój (ze względu na przenoszenie różnych chorób), a rodzice nie wiedzą czym zając swoje pociechy. Do gry wchodzą oczywiście telefony. Co wygląda mniej więcej tak, że dziecko ogląda coś na telefonie, a rodzic ogląda telewizję. Uważam, że jeśli już jesteśmy zmuszeni siedzieć w szpitalu to wykorzystajmy ten czas. Ja mam ten komfort (na razie), że jestem w domu i mogę całą swoją energię poświęcić dzieciom, dlatego podczas hospitalizacji realizowałam (mniej więcej) swój typowy plan dnia. Rodzice, którzy pracują nie mają tego czasu aż tyle i to jest zrozumiałe. Dlatego dziwi mnie, że kiedy znajdzie się już chwila na wspólne spędzanie czasu, nie wykorzystują tego. 
Oczekujemy od dzieci, że będą kreatywne i asertywne. Wciskając im telefon do ręki, zmniejszamy te możliwości. Wiem, że dzieciaki potrafią być męczące, denerwujące i inne ące, ale taka ich natura, tak poznają świat, tak rozwijają swoje umiejętności i przekraczają granicę (najczęściej cierpliwości rodziców ;-)). Mi nikt nie czytał w dzieciństwie, chociaż książki mnie otaczały. Wiem, że moi rodzice ciężko pracowali na to aby niczego mi nie brakowało. Ja mam teraz czas, który chcę poświęcić na wychowanie moich dzieci. Grunt żeby dać dzieciom możliwości i odpowiednie narzędzia aby mogły stać się swoimi najlepszymi wersjami :-)

Pobłażliwe spojrzenie

Zaczyna się lipiec, a to oznacza, że wakacje rozkręcają się na dobre. Wyjazdy nad jakieś jeziorko, dużo lodów, dobrej zabawy i słońca :-). Tak to sobie wyobrażam, ale jak będzie zobaczymy.

#figeekmama

Czekam. Czekam kiedy mój mąż ogarnie różne sprawy związane z gospodarstwem i będzie mógł zająć się dziećmi. Chociaż na godzinę dziennie. Niestety aktualnie wygląda to tak, że wyjeżdża przez 7 rano, wraca...no różnie. Nigdy nie wiadomo o której będzie w domu. Co za tym idzie? Dieta i ćwiczenia zeszły na dalszy plan. Oznacza to, że jem kiedy mam taką okazję, nie zastanawiając się nad konsekwencjami ;-) Nie oznacza to, że się poddaję! Po prostu musi minąć ten okres kiedy nie ma na nic czasu. Jak wszystko się ustabilizuje to wracam do racjonalnego jedzenia :-)

Przeczytałam w końcu Pieśń o Warszawie Dominiki Tarczoń. Niestety nie porwała mnie jakoś szczególne. Po prostu kolejna książka o post apokalipsie. Było parę ciekawych pomysłów, ale nie zostały pociągnięte i fabuła po prostu poszła dalej. Nie oznacza to jednak, że książka jest słaba. Uważam, ze to dobra post apokaliptyczna fantastyka. Jeśli autorka zdecyduje się (a mam taką nadzieję) na kontynuację, na pewno przeczytam.
Dzisiaj zaczynam coś z klasyki <3 Jestem bardzo podekscytowana, bo dawno nie miałam czegoś takiego w rękach. Opowieści niezwykłe Edgara Allana Poe wyd. Siedmioróg. Autora raczej nie trzeba nikomu przedstawiać. Bardzo lubię czytać książki z innych epok. Wczuwać się w historie, które przedstawiają rzeczywistość innych (już zamierzchłych) czasów. To właśnie dzięki takiej literaturze odnajduję drogę jaką przechodzimy my jako ludzkość. Problemy i życie nie zmieniło się tak bardzo jak nam się wydaje, ciągle ktoś nieszczęśliwie sie zakochuje, choruje, czy wzbogaca się. Różni nas tylko otoczenie. Wszechogarniająca technika. Nie mogę się doczekać aż odświeżę sobie twórczość Edgara Allana Poe i tym razem wiem, że na pewno NIE BĘDĘ zawiedziona, czy rozczarowana :-). Już nawet wprowadziłam się w klimat ;-). Obejrzałam (znowu) bajkę inspirowaną twórczością tego pisarza - Lenore, the Cute Little Dead Girl. Jest to bardzo specyficzna animacja, ale ja ją bardzo lubię, a jakby ktoś chciał to jest dostępna na YT ;-)


Dla dzieci chciałabym Wam polecić ULUBIONĄ bajkę... mojego męża ;-). Podróż na jednej nodze Małgorzaty Strzałkowskiej wyd. Bajka. Ślimak Jaś zostaje zaproszony na przyjęcie do swojej cioci. Niestety ma kawał drogi do przebycia przez co musi używać różnych środków transportu. Dzięki podróży ślimaka Jasia poznajemy czym charakteryzują się różne pojazdy, np. rower, auto, czy polewaczka. Bardzo dobrze przemyślana historia, która napisana jest w bardzo przyjemnym stylu. Można śmiało powiedzieć, że ta opowieść o ślimaku Jasiu to nie tylko rymowany wiersz, ale i coś na ksztalt piosenki. Dzięki temu czyta się bardzo przyjemnie i chętnie do niej powraca. 


Teraz coś zupełnie... geekowskiego ;-). Czy gracie w gry? Chodzi mi o gry przeglądarkowe, komputerowe, czy konsolowe. Ja gram ;-). Kiedyś wiadomo, grałam więcej. Moją ulubioną grą było... heroes of might and magic 3. Grałam godzinami, sądzę, że jakbym teraz miała okazję to też bym straciła sporo czasu ;-). Próbowałam też grać w wersję online, ale to nie dla mnie. Widziałam co prawda podobne gry w wersji na telefon, ale nie oszukujmy się to nie to samo. Teraz jedyne na co mogę sobię pozwolić to gry, które nie są za bardzo absorbujące i pozwalają po prostu się zrelaksować. Oznacza to tylko jedno. Granie nie telefonie, bo jakoś nie wyobrażam sobie teraz żeby pykać na komputerze ;-). Grą, którą bardzo lubię i gram od dawna jest Shakes and Fidget. Zdecydowałam się na nią, ponieważ bardzo podoba mi się grafika i jest bardzo bardzo Pretchettowska <3. 



#pobłażliwe spojrzenie

Ostatnio miałam okazję bawić się na paru weselach. Jako doświadczona żona ;-) dokonałam pewnych obserwacji i przemyśleń. Na pewno Ci, którzy ślub mają już za sobą będą wiedzieli o czym mówię. Chodzi mi o to jak z perspektywy czasu patrzy się na młode pary i małżeństwo. Ślub to jeden z najszczęśliwszych dni w życiu. Ja cieszyłam się bardzo mocno. Równie mocno się stresowałam. Czym? Teraz już nie wiem, bo wszystko się już udało, ale pamiętam za to jak patrzyły na mnie doświadczone żony. Chodzi właśnie o to pobłażanie. To trochę tak jak dziecko opowiada o swoich planach na przyszłość. Chcesz żeby spełniło swoje marzenia, ale wiesz, że życie wiele weryfikuje. Nie wiem kiedy to się stało, ze dołączyłam do grona doświadczonych żon, ale kiedy panna młoda opowiadała o swoich celach i planach patrzyłam na nią...z pobłażaniem. Wiem jak te 5 lat małżeństwa mnie zmieniło. Nie jestem już tą dziewczyną/kobietą, która brała ślub i była pełna ekscytacji. Dzisiaj (może jeszcze nie stateczna), ale na pewno bardziej stonowana wiem, że to czego chciałam i o czym myślałam, dotyczyło mnie i męża, ale tylko  w mojej perspektywie, bo chociaż znałam plany i zamiary Kluskona, uwzględniałam wszystko z MOJEGO punktu widzenia. Teraz to samo widzę w wszystkich pannach młodych i chociaż życzę im jak najlepiej, wiem, ze z czasem i one przejdą na pobłażliwą stronę ;-)

#kot

W naszej rodzinie pojawił się kot. Jako, ze mieszkam w domu mogę sobie pozwolić na zwierzęta. Może nie w dowolnej ilości, ale kot nie jest żadnym problemem ;-). Uważam, ze dzieci powinny wychowywać się ze zwierzętami. Ja zostałam tak wychowana i czerpałam z tego same korzyści. Dzięki zwierzętom dzieci uczą się nie tylko empatii wobec wszelkich istot żywych, ale i odpowiedzialności. Oczywiście nie wolno zapominać o tym, że jest to zwierzę, która działa przez różne instynkty. Dlatego trzeba pamiętać o różnych bardziej i mniej przyjemnych obowiązkach. Oczywiście karma i woda to podstawa, ale nie wolno zapominać też o ochronie przeciw kleszczami, czy kastracji/sterylizacji.  Diuna jest jeszcze za mała na jakiekolwiek zabiegi, ale nie zmienia to faktu, że coś takiego ją czeka. Wiem jak dużo kotów biega bezpańsko po ulicach. Wiem jak ciężko znaleźć odpowiedniego właściciela dla małych kotów, dlatego na pewno (w odpowiednim czasie) zdecydują się na taki zabieg. Żyjemy w czasach, kiedy posiadanie zwierząt to przywilej (warunki mieszkaniowe, alergie, wszystko to wyklucza posiadanie pupila). Dlatego biorąc pełną odpowiedzialność za to, co się oswoiło musimy dbać o te małe istoty.

#inspiracje

Na koniec pozostając w mrocznych, zabawnych klimatach piosenka, która strasznie wpada w ucho i bardzo długo się ją nuci ;-)



Moje zdjęcie
Skarby na półkach
Kobieta, Żona, Matka. Piszę o tym co myślę, i robię. Najczęściej czytam książki i staram się aby moje dzieci wiedziały, ze są ciekawsze rzeczy niż siedzenie przed ekranem. Kontakt: skarbynapolkach@gmail.com kontakt@skarbynapolkach.pl

Znajdziesz mnie tutaj