Jestem dumna

Witajcie Kochani! Dzięki pisaniu bloga, zaczynam lubić poniedziałki ;-). Cały tydzień szykuję się na napisanie kolejnego posta. Nie jest to już totalny chaos i dezorientacja. Dokładnie wiem, co chcę napisać i jakie tematy poruszyć. Dlatego z utęsknieniem wyglądam poniedziałku, kiedy Kluskon jedzie do pracy, Klara do przedszkola, a Janek zapada w poranną drzemkę :-). Dzisiaj mam dla Was coś naprawdę wyjątkowego!

#recenzje

Długo zastanawiałam się jaką książkę dzisiaj przedstawić. Nie skończyłam jeszcze Wilczego gniazda Jacka Komudy, a jak wiecie, wypowiadam się dopiero po skończonej lekturze. Na razie jest nie źle. Polska szlachecka w pełnej krasie. Lubię czasami poczytać takie powieści z historią w tle, zwłaszcza, że Jacek Komuda ma niesamowity dar opowiadania. Dla mnie, czyli osoby, która kojarzy daty i nazwiska, ale nie kojarzy szczegółów minionych wydarzeń, jego książki to swoista kronika czasów szlacheckich. Jacek Komuda opisuje wszystko z taką dbałością o szczegóły, ze ma się wrażenie, że nie wymyślił fabuły tylko ją przeżył. Uważam, że nie ma lepszej rekomendacji.
Jednak dzisiaj ma dla Was książkę, która zmieniła moje życie. Pojawiła się w odpowiednim momencie (chociaż to było dopiero na studiach) i odpowiedziała na pytania zadawane w skrytości ducha. Rozjaśniła mi trochę światopogląd i pokierowała na właściwe tory. Jesteście ciekawi ;-)?
Przedstawiam Wam... Sto lat samotności Gabriela Garcia Marqueza. Powiem Wam, że bardzo ciężko znaleźć odpowiedni opis tej książki. Sama nie podejmę się tego wyzwania, ponieważ nie jestem godna ;-). Odsyłam Was do Wikipedii, gdzie znalazłam materiał, który w dość przyzwoity sposób opisuje fabułę. Gdyby jednak nie chciało Wam się przedzierać przez te wszystkie informacje, na stronie Lubimyczytac.pl jest taka krótka esencja:
Miała to być pierwsza powieść Gabriela Garcíi Márqueza. Dzięki swym dziadkom znał od dziecka historię Macondo i dzieje rodziny Buendía, prześladowanej fatum kazirodztwa. Świat, w którym rzeczy nadzwyczajne miały wymiar szarej codzienności, zwyczajność zaś przyjmowana była jak zjawisko nadprzyrodzone; świat bez czasu, gdzie wiele rzeczy nie miało jeszcze nazw, był też jego światem. Potrzebował aż dwudziestu lat, by spisać te rodzinne opowieści z całym dobrodziejstwem i przekleństwem odniesień biblijnych, baśniowych, literackich, politycznych; uświadomił nam, że „plemiona skazane na sto lat samotności nie mają już drugiej szansy na ziemi”. (Chociaż moim zdaniem zupełnie nie oddaje fenomenu tego dzieła). 
Sto lat samotności to książka, do której ciągle wracam myślami, ciągle uświadamiam sobie, że Marquez miał rację. Rzeczywistość i czas to taki świński ogon (kto czytał ten wie, kto nie...czyżbym rozbudziła Waszą ciekawość ;-)?). Dzięki tej książce zaczęłam czytać. Przed nią oczywiście też mi się to zdarzało, jednak było to sporadyczne. Jest to powieść, którą traktuję z wyrazami największego szacunku, i która pozwoliła mi odkryć wiele ciekawych aspektów otaczającego mnie świata. Mam zapędy filozoficzne. Kluskon śmieje się, że mam za dużo czasu na myślenie, dlatego myślę o głupotach, ale przyznajcie sami... kiedy trafi się książka, która totalnie wpisuje się w waszą egzystencję, bylibyście w stanie przejść obok niej obojętnie i po prostu zapomnieć?

a teraz coś dla dzieci ;-). Co prawda u nas znowu królują retro bajki, o których pisałam TUTAJ, a Klara ma teraz fazę na Czerwonego Kapturka, to dzisiaj chciałabym Wam przedstawić bardzo którą, ale niesamowicie dźwięczną bajkę. Jedna bajka i do łóżka Didiera Zanona i Sebastiena Pelona wydawnictwa Olesiejuk to bardzo fajna opowieść o małym króliczku, który kładzie się do łóżka i słyszy różne odgłosy. Kiedy Klara poznała tę książkę, burza była głównym tematem w naszym domu. Bardzo mi się podoba to, jak autorzy porównują dźwięki za oknem, do tych znanych króliczkowi. Też zabawiliśmy się w takie skojarzenia, nie miałam pojęcia z czym może kojarzyć się stukanie gałęzi o okno (odpowiedź: z tłuczeniem kotletów ;-)). Gorąco Was zachęcam żebyście zapoznali się z tą książeczką :-)


#parenting

Dziecko ma różne etapy. Czasami jest fantastycznie, innym razem jest gorzej, potem jest najgorzej, a potem okazuje się, że może być gorzej ;-). To oczywiście żart, ale każdy wie, że z dziećmi bywa różnie. Klara ostatnio ma fazę na dramaty. Kiedy Kluskon wbiega do pokoju, chcąc ratować córkę (albo mnie), okazuje się, że dramat jest...zagrany. Gdybym mogła, dałabym Klarze oskara. Wiadomo owacje na stojąco, pełne wzruszenie, Klara ociera wymuszoną łezkę, ukłon, kurtyna. Znacie to? Jestem dumna z siebie jako rodzica, że nie popadłam w stan nerwowy i...to wytrzymuję ;-). Czasami opadają ręce, czasami brak już słów, ale wiem, że wszystko, co robią moje dzieci kształtuje ich osobowość i charakter. Nie chcę aby kiedykolwiek czuły się niewysłuchane lub ignorowane. Chcesz krzyczeć i wrzeszczeć (nawet bez powodu)? Proszę bardzo, w końcu Ci przejdzie ;-). Jako rodzic nie szukam poklasku, każdy wychowuje dziecko jak chce. Ja postawiłam na czytanie, zabawę i spędzanie czasu razem. Każdy, kto mnie śledzi w mediach społecznościowych wie, jak wygląda mój dzień i chociaż to nie było moim celem, często słyszę, że jestem fajną mamą, że moje dzieciaki mają fajne dzieciństwo. Bardzo długo nie planowałam być mamą, ale jak już się do tego zabrałam to pełną parą. To nie jest tak, że wszystko przychodzi samo, pracuje nad tym żeby moje dzieci były szczęśliwe i jestem dumna z odniesionych sukcesów i kolejnych dróg do celu. Wy też tak możecie ;-)

#fitgeekmama

Tutaj niestety wieści nie są za dobre. Zawieszam ten projekt. To nie jest tak, że nie będę dalej próbować. Po prostu nie chcę robić tego na pół gwizdka. Spadek wagi, wzrost, spadek, wzrost i tak w kółko. Kiedy mój ukochany synek zechce przesypiać noce, a ja nie będę padała o godzinie 20 ze zmęczenia, myślę, że uda mi się to ogarnąć. Oczywiście teraz nie zamierzam rzucić się w wir fast foodów i słodyczy, ale zracjonalizować jedzenie i (jak już kupię kropelki usypiające;-)) zacząć ćwiczyć. Na razie to drugie jest niewykonalne. Czas, który mam w ciągu doby dzielę na wiele rzeczy, macierzyństwo i obowiązki domowe są na pierwszym miejscu, potem książki ;-). Jak sami widzicie nie ma tu miejsca na dodatkową aktywność ;-). Projekt fitgeekmama zostaje zawieszony, ale... 



prawie zdrowa.

Witajcie moi Drodzy! Już po długim weekendzie, oznacza to, że w końcu mogę odpocząć ;-). Klara w przedszkolu, Kluskon w pracy, Janek śpi, czas na relaks <3 Muszę przyznać, ze pisanie idzie mi z coraz większą łatwością. Głowę mam pełną pomysłów, tematy też się same znajdują, a o książki to już w ogóle nie muszę się martwić ;-). Ponad rok prowadzę już tego bloga, chociaż tak na poważnie to wzięłam się za to od lutego. Miałam już chwilę zwątpienia, już myślałam żeby przestać, bo przecież blogów jest bardzo dużo, a ja z moimi przemyśleniami raczej się nie przebiję, ale... systematyczna praca pokazuje, że mój blog ciągle się rozwija, a ja tylko czasami zwalniam na chwilę i się nie zatrzymuję, a więc, do dzieła ;-)

#recenzje

Sporo udało mi się przeczytać, więc mam o czym opowiadać :-). Złote Miasto Michała Gołkowskiego... narzekałam, że za długo, narzekałam, że powiela schemat, ale końcówka... no nie mogłam się oderwać, a już ostatnie strony to przeczytałam w czasie zabawy z dziećmi. Muszę przyznać, że ma pomysł. O ile sama podróż do Złotego Miasta jest jak dla mnie trochę za długa, to już to, co dzieje się po dotarciu do celu, rozwija się gładko i szybko. Jestem bardzo ciekawa jak autor zakończy serię (premiera ostatniego tomu Zmierzch Bogów ma premierę 17.11), ponieważ drugi tom urwał się w bardzo dramatycznym momencie. Muszę przyznać, że przywiązałam się do postaci, które stworzył Gołkowski i ciężko mi było po skończeniu drugiego tomu przestawić się na kolejną książkę. Finalnie więc mogę powiedzieć, że gdyby autor trochę skrócił podróż do Złotego Miasta to nie miałabym się do czego przyczepić i bez jakichkolwiek wątpliwości poleciłabym wszystkim fanom fantastyki. Gdybym miała wybierać konkretną grupę docelową to wskazałabym bardziej na osoby, które lubią czytać o twardym i brutalnym świecie, w którym nie można za bardzo przywiązywać się do własnego życia.

Pustka jego oczu Mai Kurińskiej wyd. NowoCzesne. Noooo tu to się zaskoczyłam. Po przeczytaniu opisu, stwierdziłam okey. Bardzo lubię czytać historie z antybohaterami. Nie chodzi mi nawet o jakąkolwiek przemianę ze złego w dobrego, ale o to jak autor przedstawi negatywną postać. Dlatego wszelkie takie historie bardzo mnie interesują. Kiedy dostałam Pustkę jego oczu do rąk, stwierdziłam, że coś krótka będzie ta opowieść (pierwsza część ma 188 stron). Pierwsze strony mijały powoli, wiadomo, akcja musi się rozkręcić, trzeba poznać świat i bohaterów, ale Maja Kurińska bardzo szybko przeszła do rzeczy. Głowna bohaterka, księżniczka Ilma przeżywa bardzo dramatyczne chwile. Nie dość, że traci przyjaciół to dodatkowo musi przeżyć spotkanie z tajemniczym mieszkańcem kopalni. Pomimo strachu, odgórnego zakazu opuszczania bezpiecznego bastionu, Ilma wraca do kopalni, chcąc odkryć prawdziwą naturę swojego nowego towarzysza. Byłam bardzo ciekawa, co wymyśliła autorka, czym mnie zaskoczy i czy w ogóle będzie jakiś zwrot akcji i kiedy już, już myślałam "o jeeessssuuu...jaka mądra i dojrzała nastolatka", zdarzyło się coś, czego zupełnie nie oczekiwałam, chociaż bardzo mi się podobało. Mądra i dojrzała nastolatka bardzo się zdziwiła, a ja wciągnęłam się całkowicie. Trochę drażniła mnie niekonsekwencja w zachowaniu Ilmy, która jest z natury płaczliwa, a mimo to jest odważniejsza niż inni, ponieważ w obliczu zagrożenia potrafi sobie doskonale poradzić. Końcówka pierwszego tomu sprawiła, że mam niesamowitą chęć napisać do autorki żeby udostępniła chociaż fragment kolejnej części, bo jestem baaaardzo ciekawa jak to wszystko się potoczy, chociaż oczywiście mam swoje podejrzenia :-). Dlatego polecam Wam Pustkę jego oczu Mai Kurińskiej.

A teraz przed Wami, mój plan na ten tydzień Wilcze gniazdo Jacka Komudy wyd.Fabryka Słów. Kto zna tego autora ten wie, że przy nim nie można się nudzić. Całym sobą reprezentuje to o czym pisze, wygląda jak wyciągnięty z sejmiku szlacheckiego ;-). Kto Go nie zna, niech wie, że jest pisze o czasach, kiedy szabla ucinała wszelkie dyskusje. Nie jestem wielką fanką Jacka Komudy, ale od czasu do czasu lubię przeczytać coś, co wyszło spod jego rąk. Na razie mogę przedstawić Wam jedynie opis wydawcy:
Jest wiek XVII. Gedeon Siemieński, zubożały szlachcic, chcąc zająć dobra po swoim stryju, wyrusza na zieloną Ukrainę – dziki, nieokiełznany kraj na rubieżach Rzeczpospolitej szlacheckiej. Kraj bardzo piękny w swej bezwzględności. Siemieńskiemu nieustannie przytrafiają się liczne przygody i tarapaty – powstanie kozackie, wielka miłość, zajazdy i pojedynki. Jednakże polski szlachcic nawet z największych opresji wychodzi w sposób odważny i pomysłowy, doskonale się przy tym bawiąc.


A teraz coś dla dzieci. Na szczęście Janek jeszcze nie decyduje co mam mu czytać, dzięki czemu sama wybieram to, na co mam ochotę ;-). Dlatego aktualnie czytam mu pierwszą książkę z serii Cała Polska Czyta Dzieciom (wydanie drugie). Bardzo żałuję, że nie załapałam się na pierwsze, ale wtedy jeszcze o dzieciach nie myślałam ;-). Muszę przyznać, że jest to jedna z moich ulubionych książek i wracam do niech bardzo często. Dobór bajek i opowieści jest bardzo interesujący. Prawdę mówiąc o większości z nich nie słyszałam (wiadomo, dopóki nie przeczytałam ;-)). Rytm w tych historiach sprawia, że bardzo zapadają w pamięci, a treść jest ponadczasowa i uniwersalna. Dodatkowo ilustracje! Może nie jest ich dużo, ale są niesamowite <3. Sami zobaczcie ;-).Jeśli jeszcze nie macie, a będziecie mieli okazję gdzieś sobie kupić, to baaaaardzo polecam !



#parenting

Czy też macie taki stan, że jesteście prawie zdrowi? Katar, chrypka, ból głowy, ale gorączki brak. Brak tego punktu krytycznego po którym organizm się regeneruje. Przez to ten "prawie" stan wydłuża się i trwa w nieskończoność. Uważam, że jest to jedna z super mocy matek (specjalnie pomijam ojców, ponieważ wiadomo... mężczyzna nie choruje, mężczyzna walczy o życie ;-)). Wiedząc, że nie możesz się rozchorować, organizm rozkłada to w czasie, tak aby móc dość sprawnie funkcjonować. Są oczywiście choroby ekstremalne, które trzeba wyleżeć i przespać, ale ja mówię tu o tych "prawie". Nie lubię tego stanu, a przez długość jego trwania sama nie jestem pewna, czy to ciągle ta sama choroba, czy po prostu zaczęła się kolejna, ale... zdecydowanie wolę takie rozwiązanie niż leżenie w łóżku, a więc... dzięki mój organizmie za taką opcję ;-) No... z tym leżeniem... to jakbym miała tak poleżeć pod kocykiem... z książką... bez wyrzutów sumienia i obowiązków... to tak to mogę "prawie chorować" ;-)

To już wszystko na dzisiaj. Specjalnie pominęłam fitgeekmamę, ponieważ co tu dużo mówić był weekend, taki dość długi, byliśmy na chrzcinach, a dodatkowo jestem...prawie zdrowa. Pozbieram się i... no cóż. Zacznę od nowa.

mobilizująca złość.

Witam Was, w ten prawie piękny, poniedziałkowy poranek :-). Jak spędziliście długi weekend? Ja na szczęście musiałam odbyć tylko parę krótkich podróży samochodem, ale wszystkim tym, którzy wybrali się w dalekie trasy, szczerze współczuję! To jakieś szaleństwo! Nie dość, że ludzie dostają bzika kiedy sklepy są zamknięte na jeden dzień, to jeszcze to, co dzieje się na cmentarzach, a raczej przy nich... okey, każdy chce odwiedzić grób swoich najbliższych, zapalić świeczkę, taka jest tradycja, ale... czy każdy musi kupić świeczkę? Burmistrz Biłgoraja wystosował apel o ograniczenie zakupy świeczek i wieńców, ponieważ efektem tego są tony śmieci, które bardzo często nie poddają się recyklingowi. (SZCZEGÓŁY TUTAJ). Bardzo podoba mi się postawa tego Pana i mam nadzieję, że chociaż jakikolwiek odsetek ludzi odwiedzających gruby swoich bliskich się do niego zastosuje. Co prawda już po Wszystkich Świętych, ale to dobry apel na każdy rok! Ja w tym roku nie kupiłam ani jednej świeczki, czy wieńca, a mimo to (szok!) groby moich bliskich były "ozdobione". Uważam, że wystarczy umówić się z większą częścią rodziny na jakieś wspólne udekorowanie i nie dokupować nic więcej.

#fitgeekmama

eh i eh. Waga wróciła na miejsce. Nie ma na to wytłumaczenia, tzn. jest brak samokontroli i determinacji. Dodatkowo dochodzi do tego wiele innych czynników, które skutecznie mi to utrudniają, ale nie będę się ze sobą pieścić. Wiem, że jeśli się zmobilizuję to mi się uda, tylko gdzie znaleźć tą mobilizację? 
Ostatnio mój kochany syn przechodzi przez skok ewolucyjny. Niestety to się tylko tak ładnie nazywa, a wiąże się to z:
1. nieprzespanymi nocami.
2. nieprzespanymi dniami.
3. wielką ilością płaczu.
4. jeszcze większą ilością potrzeby przytulania i wsparcia.
5. największą ilością (mojej) cierpliwości.

Janek rośnie, rozwija się, super! Już nie jest bobasem, tylko staje się dzieckiem. Jest ciekawy świata, potrafi się zezłościć, roześmiać, no już jest z nim interakcja. Jednak w nocy z soboty na niedzielę doprowadził mnie do granic wytrzymałości. Frustracja sięgała zenitu. To, co myślałam sobie w głowie nie nadaje się do publikacji, ale... pomyślałam wtedy, że taką złość można wykorzystać. Gdybym w tamtym momencie siedziała na rowerku albo orbitreku, albo po prostu bym biegła, to taka złość dodałaby mi siły. Szkoda, że ten stan nie utrzymuje się w spokojnych stanach emocjonalnych, ale myślę, że warto go w jakiś sposób wykorzystywać, np. podczas ćwiczeń przypomnieć sobie te emocje, dołożyć siły kiedy już myślimy, że nie damy rady. Jest to rozwiązanie, które postaram się wykorzystać w nadchodzącym tygodniu i NA PEWNO podzielę się z Wami wynikami obserwacji :-)

#recenzje

Złote Miasto, o którym wspominałam Wam tydzień temu... no czytam, czytam i dojść do końca nie mogę :-(. Znacie to uczucie, kiedy zostaje Wam zaledwie 100 stron i wszystko jest przeciwko Wam. Dzieci nie chcą spać, zawsze jest coś pilnego do zrobienia, a jak już macie chwilę dla siebie to...zawsze jest coś do zrobienia ;-). Tak właśnie jest w moim przypadku. O ile 3/4 książki mi się dłużyło i widziałam tam tylko powielenie tematu wyprawy wikingów, tak końcówka jest bardzo interesująca. Bardzo podoba mi się to jak autor przedstawił postacie drugoplanowe, jak szczegółowo opisał kulturę wschodu, a sama akcja zaczęła znowu toczyć się w nie znanym mi kierunku. Bardzo chciałabym dokończyć, zwłaszcza, że już nie długo będzie miał swoją premierę ostatni tom przygód Zehreda, ale... no nie mam kiedy! Przecież 100 stron to jest chwila! Frustrujące, nie powiem, że nie ;-)

Dzisiaj mam dla Was dwie książki. Pierwsza czeka w kolejce, po Zehredzie. Drugą czytam w między czasie dzieciakom :-)


O pierwszej jeszcze nie mogę za wiele powiedzieć. Jednak zainteresował mnie opis i wydaje mi się, że nie stracę z nią czasu ;-)

Ilmateri – młodej córce władcy zmiennokształtnych – przyszło żyć w bardzo niespokojnych czasach. Odcięta od świata zewnętrznego, przebywa za murem, którym jej ojciec otoczył siebie i swoich ludzi. Poza granicami fortecy nie jest bowiem bezpiecznie. W mroku czają się bestie niemające nic wspólnego z ludźmi i pragnące jedynie rozlewu krwi – Lewiatany. Co gorsza, mimo wnikliwych badań w laboratoriach, trudno powiedzieć na ich temat coś konkretnego, co mogłoby pomóc je zwalczać. Ze względu na swoją pozycję, Ilmateri powinna na siebie uważać i unikać niebezpieczeństw. Sęk w tym, że uwielbia przygody i nie zamierza z nich rezygnować. Gdyby jednak wiedziała, co przyniesie kolejna z nich, nigdy nie przekroczyłaby progu opuszczonej kopalni. Wszędzie krew i trupy... Pokryte kurzem kości dawnych ofiar oraz świeże ciała jej przyjaciół. Echa krzyków i błagań o litość jeszcze nie wybrzmiały. A w mroku kryją się one: para najbardziej przerażających, a zarazem najbardziej intrygujących oczu, jakie widziała. Duże, srebrzyste, wypełnione pustką... Pustką, która zastanawia – wzbudza strach, ale i porusza.
Jest potworem. To nie ulega wątpliwości. Zabił ich, wszystkich. Czy przyjaźń z kimś takim ma sens? A jeśli nie przyjaźń, to co? I dlaczego oszczędził akurat ją?

Bardzo lubię takie trudne i nie oczywiste połączenia. Przyjaźni ze złem, skrajne emocje, nieracjonalne wybory. Jestem bardzo ciekawa :-)


Natomiast druga książka... mam do niej skrajne odczucia. O ile autorka znana i lubiana jest mi z Podróży na jednej nodze, o których pisałam TUTAJ. To Wiersze do Poduchy są dla mnie trochę... dziwne. W tym zbiorze wierszy są bardzo fajne rymowanki, które zaskakują mnie swoją treścią i niebanalnością oraz takie, które powodują, że odłożyłam tę książkę na półkę i...zapomniałam o niej na jakiś czas. Muszę przyznać, że kiedy ponownie odnalazłam tę książkę na półce i zaczęłam ją czytać dzieciakom, wrażenie było podobne. Zdałam się jednak na prostą matematykę i wierszy, które mi się podobają jest dużo więcej niż tych "gorszych". Dlatego postanowiłam polecić Wam tę książkę.




#parenting

Moje kochane dzieciaki postanowiły zadbać o mój odpoczynek od ekranu telefonu. W skrócie wyglądało to tak, że ładowarka od telefonu wylądowała w koszu, a nowej nie chciało mi się kupić, pomyślałam, że samochodowa w zupełności mi wystarczy. Nie wiedziałam jak bardzo energio żerne są różne aplikacje. Po paru dniach nauczyłam się korzystać z telefonu tak, aby baterii wystarczało mi od ładowania do ładowania (czyli ok. 24 godziny). To niewyobrażalne ile czasu spędzamy przed ekranem. Nie ukrywam, że mnie często można spotkać z telefonem w ręce, jednak kiedy przychodzi czas na zabawę z dziećmi, rzucam wszystko, no może czasami nagram jakieś instastory albo zrobię zdjęcie, ale dzieci są najważniejsze. Co tygodniowy raport pokazał mi, że spędziłam przed ekranem 38% mniej czasu, niż w poprzednim tygodniu. To... całkiem sporo. Kiedy pomyślę ile miałam czasu wolnego... najlepsze w tym wszystkim jest to, że nie odczułam tego jakoś strasznie mocno, a siedzenie przed ekranem telefonu mogłam zamienić na bardziej pożyteczne rzeczy :-).

#udało mi się

- obejrzałam kolejny odcinek Watchmenów. Jestem zachwycona i bardzo zainteresowana. Bardzo mroczny klimat i futurystyczny świat to zdecydowanie coś dla mnie <3

- jako, że nowy odcinek Watchmenów pojawia się raz w tygodniu, zaczęłam oglądać Black Mirror na netflixie. Jestem zaintrygowana wizją takiego świata. Połączenie nowych technologii, mediów społecznościowych i różnych rzeczywistości bardzo mi odpowiada. Gdybym wcześniej wiedziała, że to nie horror, tylko tak przyjemnie popieprzony serial, myślę, że już dawno bym go obejrzała :-)

rozmówki rodzicielskie.

Za Nami historyczny moment, ostatnia w historii zmiana czasu z letniego na zimowy. Nie wiem jak dla Was, ale gdyby u mnie w domu nie było zegara nakręcanego ręcznie, wcale bym tej zmiany nie odczuła. W dobie takie cyfryzacji zegarki przestawiają się same, a my po prostu żyjemy dalej. Co prawda niedziela wydawała się jakaś dłuższa niż zazwyczaj, ale to może dlatego, że moje kochane dzieci postanowiły (jak to w niedzielę) wstać wcześniej ;-). Nie zmienia to jednak faktu, że idzie zima, powoli kończy się ta piękna złota jesień i częstotliwość spacerów i zabaw na dworze na pewno się zmniejszy. Dlatego dzisiaj wyjątkowo, mam dla Was coś innego niż książki :-)

#fitgeekmama

Taaaa....nie wiem, czy to przez PMS, jesienną chandrę, czy tak po prostu, ale gdybym była bułką, składniki, jakiś potrzebowano by żeby mnie zrobić były takie: 200 gram mąki, szczypta soli, trochę wody, jajko, masło i... kilogram cukru. Tak, tak, przez ostatnich parę dni sobie nie żałowałam. Żywiłam się jednak tylko słodyczami więc... waga na szczęście stanęła. Wiem, że to nie jest droga do celu, ale czasami lepiej odpuścić żeby wrócić ze zdwojoną siłą :-). Zaopatrzyłam się już w ziarnka słonecznika (podobno sprawdzony sposób na zastąpienie słodyczy) i wracam. Trochę to wszystko chaotyczne, ale nadal wierzę, że dam radę :-)

#recenzje

Nadal czytam Złote Miasto Michała Gołkowskiego. Muszę przyznać, że jestem trochę rozczarowana. Zehred jest postacią nieszablonową i bardzo ciekawą, ale... trochę mi się już to wszystko dłuży. Rozumiem, że autor chciał pokazać, jak długą i daleką drogę mieli do pokonania, ale jak dla mnie było trochę przeciągnięć. Dodatkowo sama historia jest już trochę powielona, ponieważ opowiada o wyprawie z dalekiej Północy do Konstantynopola. Okey, Gołkowski przedstawia nam alternatywną rzeczywistość, w której nie wszystko jest takie samo, ale jednak sam pomysł takie podróży jest już dobrze znany w literaturze. Ten tom historii Zahreda bardzo kojarzy mi się z sagą Radosława Lewandowskiego o wyprawie Wikingów. Dobre źródło do czerpania inspiracji, ale oczekiwałam większego zaskoczenia.

Teraz mam dla Was obiecaną recenzję gry Potwory z Szafy wyd. Granna. Gra polega na tym aby zneleźć odpowiednią zabawkę i wygonić potwora do szafy. Zasady są bardzo proste, wiec myślę, że nawet dwulatek dałby sobie radę, oczywiście trzeba by było trochę zmodyfikować zasady, ale zabawa by była przednia :-). Mnie w tej grze skusiło to, że jest ona szybka i dynamiczna. O ile Klara jest bardzo sposptrzegawcza i w mig zapamiętuje położenie określonych zabawek, czy gier typu memory, tak puzzle, czy inne rzeczy wymagające cierpliwości, nie są Jej mocną stroną. Dlatego Potwory z Szafy to jedna z Jej ulubionych gier. Ilustracje są czytelne, dobre dobrane kolory, a potwory wiadomo, potworne w skali potworności dziecięcej. Dzięki czemu granie w tą grę nie łączy się z koszmarami nocnymi ;-)




Jeśli Wy też macie w domu takie niecierpliwe dziecko to polecam, Klara potrafi się zająć graniem NAWET przez dłuższą chwilę ;-)

#parenting

Czy Wy też porozumiewacie się szyfrem? Kiedy np. rozmawiacie o wyjściu na spacer albo pojechaniu w jakieś miejsce? Ja nie chcąc robić dzieciom nadziej używam angielskich słów ;-). Wczoraj chciałam iść do Foresta, finalnie jednak dzieci znalazły sobie zabawę i nie były zainteresowane ;-). Staram się być z moimi dziećmi szczera. Kiedy coś się nie uda albo czegoś zabrakło w sklepie, zawsze mówię o tym otwarcie i wiem, że budowanie relacji na takiej podstawie przyniesie dobry efekt. Jednak są rzeczy, w które nie chcę wtajemniczać moich pociech, dlatego moje rozmowy rodzicielskie z Markiem często wyglądają dziwnie. Ostatnio chciałam zaproponować mojej drugiej połówce szklankę czarnego (bardzo słodkiego) napoju gazowanego. Więc... zaczęłam śpiewać "Coraz bliżej święta" i zapytałam, czy chce. W lot odgadną co mam na myśli, a Klara podchwyciła piosenkę i śpiewała ją cały dzień ;-). A czy Wy macie jakiś swój tajny język żeby dzieci nie wiedziały o czym mówicie ;-)?

Druga sprawa to nadchodzące Haloween. W Szkołach i przedszkolach są bale przebierańców. Moim zdaniem jest to bardzo fajna zabawa. Nie łączę ideologii tego święta z przebieraniem się, ponieważ to drugie to zawsze fajna zabawa, bez znaczenia czy spowodowana  jakimś świętem, czy po prostu. Moje dzieciaki mają całe pudło różnych przebrań i przebierają się bardzo często :-). Nie rozumiem rodziców, którzy tak zawzięcie i zaciekle sprzeciwiają się balom kostiumowym z okazji Haloween. Uważam, ze dla takich dzieci nie ma to zupełnie znaczenia dlaczego mogą się przebrać. A poszanowanie tradycji, odwiedzenie grobów... przecież jedno nie wyklucza drugiego. W tym roku Klara po długich rozważaniach między żabką a szkieletem, postanowiła być szkieletem ;-). Na pewno przedstawię Wam rezultat za tydzień :-)/

#Obejrzałam

-nowy serial HBO - Watchmen. Jest dobry, będzie grubo, z niecierpliwością czekam na kolejne odcinki <3

Spiderman Uniwersum. Dość ciekawa histiria, która wprowadza... alternatywne światy ;-)

To już koniec moi Drodzy na dzisiaj. Za tydzień przyjdę z kolejną porcją... wszystkiego co dobre :-)

lustrzane odbicie

Witajcie Kochani! Czy ktoś mi powie jakim cudem mamy już drugą połowę października? Mi się ciągle wydaje, że jest końcówka września, najwyżej początek października, a nie... 21. Nie wiem, czas ucieka mi jak woda przez palce. Niby nic się nie dzieje, ale nie jestem w stanie powiedzieć, co robiłam (konkretnie) w zeszłym tygodniu, bo chociaż na nic nie miałam czasu, to też nic nie jest zrobione ;-)

#fitgeekmama

Muszę przyznać, że w tym temacie jest dość dziwnie. Dzisiaj waga pokazała plus 0.4 kg (finalnie, bo na początku pokazała skok o 3,5 kg). Okey, w sobotę było przyjęcie urodzinowe Janka, był tort i przekąski, ale...pilnowałam się, więc nie powinno tak to wyglądać. Dodatkowo moim innym kryterium zrzucania zbędnych kilogramów są ubrania, a i te w ciągu zeszłego tygodnia, dopasowane stały się luźniejsze, a za ciasne stały się bardziej dopasowane. Chyba czas posłuchać mądrzejszych i przestać się ważyć, a zacząć mierzyć :-)
Jednak podczas tego tygodnia naszła mnie pewna myśl/ Jak to jest, że tyjąc, przekraczając jakąś wagę myślimy sobie: "o jeeesuuu, aż tyle", a kiedy zaczynamy się odchudzać nagle ta waga wydaje się mała i jest "o, już tyle". To tak jakbyśmy byli w jakiś dwóch różnych rzeczywistościach, w których to samo znaczy zupełnie coś innego ;-). Takie... lustrzane odbicie naszej rzeczywistości. Gdzie niby wszystko jest takie samo, ale wiemy, że to nie jest prawdziwe. 
Z racji moich studiów (kulturoznawstwo) często miewam właśnie takie... niecodzienne przemyślenia. Mój mąż uważa, że po prostu mam za dużo czasu i myślę o głupotach, ale ja lubię czasami się tak zapędzić ;-). Wracając do lustrzanego odbicia. Co sprawia, że wiemy, która strona jest rzeczywistością? Dlaczego percepcja i rozum nie pozwalają nam zaakceptować dwóch równoległych światów. Oczywiście tutaj powinny się wypowiedzieć ludzie znający się na fizycznych teoriach, ale ja chciałam tylko rozważyć, że taka zagadka lustrzanego odbicia istnieje.

No, ale koniec tych rozważań filozoficznych. Czas wrócić na ziemię ;-) 

#recenzje

Udało mi się doczytać Węża z Lasu Cedrowego. Niestety, jestem zawiedziona. Aleksander R. Michalak niesamowicie buduje klimat, pomysł na fabułę też genialny. Uwielbiam takie naukowe śledztwa. Zwłaszcza jeśli chodzi o nauki humanistyczne. Odniesienie się do starożytnych manuskryptów, ciekawe połączenie historii i życia współczesnego. Byłam zachwycona. Do momentu kiedy zostało mi jakieś 80 stron do końca książki. Tak jak wspomniałam, autor miał świetny pomysł na tę książkę, zabrakło mi jednak fajnego zakończenia. Kiedy sprawa zostaje wyjaśniona, jest takie eee, spoko, ale nie ma szału. Zdecydowanie zabrakło mi spektakularności w końcówce. Muszę jednak szczerze przyznać, że dużo myślałam nad finalną oceną tej książki i uważam, że taki stan rzeczy może być spowodowany dwoma rzeczami:
1. nie miałam okazji przeczytać Denara dla Szczurołapa (co mam nadzieję nadrobić), dlatego nie rozumiałam odnośników do tej części i pewnie przez to sporo straciłam
2. mój umysł wiecznego dziecka nie jest jeszcze gotowy na thrillery, muszę jeszcze trochę dorosnąć ;-).

Zaczęłam teraz Złote Miasto Michała Gołkowskiego, wyd. Fabryka Słów. Jest to drugi tom trylogii Bramy ze Złota, która opowiada historię Zahreda. Na pewno pamiętacie jak TUTAJ. Opisałam pierwszą część Świątynia na Bagnach. Na razie nie mogę za wiele powiedzieć, na pewno nadal podoba mi się styl w jakim pisze Michał Gołkowski i ciężko mi się oderwać od lektury ;-). Drugi tom zaczął się... spektakularnie i nieszablonowo. Mam nadzieję, że się nie zawiodę. Zwłaszcza, że Fabryka Słów zapowiedziała wydanie ostatniego tomu jeszcze w tym roku :-)


#parenting

Ze mną nie można się nudzić ;-). Nie pozwalam aby jedyną rozrywką moich dzieci był ekran. Dlatego ten tydzień będzie obfitował w eksperymenty. Dzisiaj wioząc dzieciaki (Klara i mój chrześniak) tłumaczyłam skąd bierze się mgła. Myślę (wnioskuję z obserwacji ;-)), że nie byli zainteresowani (chociaż sami zaczęli pytać!) moimi wyjaśnieniami. Nie ma rady. Jak wrócą, rozgrzejemy patelnię i wlejemy tam wody, może to będzie ciekawsze :-). Planuję również wulkany. To tak na dobry początek tygodnia, a potem się zobaczy. Na pewno podzielę się relacją na Instagramie. A jak mi się uda to przy kolejnym wpisie wrzucę parę zdjęć z naszego tygodnia :-).
Na pewno też pojawi się recenzja gier, w które ostatnio gramy. Hitem są Potwory z szafy Granna, ale opowiem o tym za tydzień :-)

#zmiany

Sporo czytam... poradników dotyczących bloga. SEO, etykiety itp. nie są mi obce ;-). Jednak ciągle jeszcze poszukuję odpowiednich rzeczy. Dzisiaj postawiłam na prostotę, bo chociaż widuję piękne zdjęcia różnych produktów, nie tylko książek, to moje pojęcie o kompozycji zdjęcia i estetyce jest proste i konkretne. Dlatego od dzisiaj... minimalizm w zdjęciach (co nie oznacza, że będzie ich mało ;-). Mam nadzieję, że Wam się spodoba :-)

A na koniec piosenka, która nie wychodzi mi ostatnio z głowy :-) Oczywiście jest to soundtrack z jednego z moich ulubionych filmów.


ps. szykuję mały konkurs, zainteresowani? :-)


małe kroczki.

Ahojm załogo ;-) Mamy dzisiaj piękny, jesienny, poniedziałkowy poranek, więc...trzeba brać się do roboty! Niestety nie żyjemy w żadnym bajkowym świecie, gdzie samo się sprząta i zrobi, a my możemy leżeć i pachnieć, więc:

#fitgeekmama

Udało się! Jest sukces, 1,5 kg mniej. Uważam, że jest to dużo zasługa grypy żołądkowej, ale i tak jestem zadowolona. Jest to kolejny mały krok, którzy przybliża mnie do celu, więc nie ma się co poddawać i zniechęcać tylko trzeba cisnąć do przodu. Zauważam już małe zmiany w moim wyglądzie. Spodnie nie są takie opięte, mam ogólnie więcej luzu w ubraniach, a przecież to dopiero początek. Muszę przyznać, ze takie rzeczy cieszą i motywują, bo chociaż dalej wyglądam jak Obelix w spodniach z wysokim stanem, to wiem, że to tylko kolejny etap mojej drogi, która prowadzi do zamierzonego celu. 
Problemem znowu jest ruch i ćwiczenia, ponieważ po ciężkich nocach (nadal ząbkowanie) nie mam siły na cokolwiek, a wieczorem marzę tylko o tym żeby się położyć. Mam nadzieję, że to tylko chwilowe problemy i nie długo zacznę już na poważnie jakieś konkretne treningi, bo nie wyobrażam sobie pojechać na Runmageddon nieprzygotowana, tak jak Wam kiedyś wspominałam, utrata wagi to nie wszystko, trzeba jeszcze mieć trochę kondycji.

#recencje

Skończyłam "Śmiertelne Oczyszczenie". Podobało mi się. Ostatnie 200 stron przeczytam prawie na raz ;-). Gdyby nie dzieci pewnie skończyła bym o wiele wcześniej. Co trzeba powiedzieć o tej książce, na pewno jest to typowa młodzieżówka, ale oczywiście w dobrym znaczeniu. Młodzi ludzi szybko się nudzą, a Agata Polte nie pozwala na to swoim czytelnikom, akcja toczy się bardzo prędko i nie zwalnia choćby na moment. Dlatego książkę czyta się bardzo szybko i ciężko się oderwać. Co mi przeszkadzało? Niektóre relacje między bohaterami, wydaje mi się, że po prostu jestem za stara na takie szczeniackie zachowania i dlatego trochę mnie drażniły, ale nie jest to dominujący element fabuły, więc da się go przeżyć. Jestem bardzo ciekawa jak potoczą się losy Kai i Gangu Żmij, z chęcią poznałabym bliżej losy niektórych bohaterów, mam nadzieję, że autorka nie pozwoli długo czekać na kontynuację serii.

Zaczęłam Węża z Lasu Cedrowego Aleksandra R. Michalaka, wyd. Replika. Zaczęłam to już raczej nie jest dobre słowo, bo jestem w połowie ;-). Muszę przyznać, że niewiele czytam thrillerów, skupiłam się raczej na fantastyce i literaturze dziecięcej. Dlatego z wielką przyjemnością odkrywam ten gatunek. Być może dla fanów dreszczowców nie jest to nic nadzwyczajnego, jednak dla mnie to zupełnie inny świat. Jestem zaskoczona, oczarowana, wciągnięta i zaniepokojona. Na pewno nie jest to mój ulubiony gatunek, ale widzę, ze odnajdę w nim coś dla siebie. Wąż z Lasu Cedrowego opowiada historię o pewnym projekcie, który nie wszystkim przypadł do gustu. Bogaty biznesmen zamarzył sobie stworzenie biblijnego zoo, w którym będą zwierzęta opisane na stronach Biblii. Wszystko było by okey, gdyby nie dziwne śmierci jego współpracowników tworzących ten projekt. Ale co tam się dzieje i kto to wszystko próbuje ogarnąć to już historia na własną rękę ;-) Na pewno podzielę się w Wami końcową opinią :-)


Ostatnio Jankowi czytałam Awanturę w bajkach Agnieszki Olejnik, wydawnictwa Adamada. Ależ mi się to podobało. Uwielbiam takie alternatywne historie, kiedy wszystko dzieje się na opak. Sama często zastanawiałam się jak naprawdę nazywają się postacie z bajek, w końcu Kopciuszek, Śpiąca Królewna, Czerwony Kapturek na pewno miały jakieś inne imiona. Tak, tak wiem, że większość z tych bajek została zainspirowana ludowymi podaniami spisanymi przez braci Grimm lub innych bajkopisarzy, ale ja tu mówię o takiej czystej, prostej dziecięcej ciekawości ;-). Gorąco Was zachęcam do tej książki, ponieważ jest niesamowicie... bajkowa. To co tam się dzieje przekracza skalę...wyobraźni :-)



#parenting

W moim życiu rodzinnym raczej niewiele się dzieje. Przedszkole, spacery, weekendy, zabawa itp, aleee... jutro Janek kończy rok. Nie mam pojęcia kiedy to zleciało, przecież dopiero co się urodził! Nie zmienia to jednak paru rzeczy:
1. Bałam się bycia rodzicem chłopaka, jeszcze w ciąży miałam mieszane uczucia, a tymczasem okazuje się, że jak się kocha to bezwarunkowo, niezależnie od płci ;-)
2. Porównywanie Janka do Klary nie ma sensu, bo to zupełnie inni ludzie. ( Tak na początku zakładałam, że będzie jak z Klarą i miałam ułożony plan ;-))
3. Już wiem dlaczego teściowe potrafią być takie wredne. Przecież mój ukochany Synio zasługuje na to, co najlepsze! ;-)
To oczywiście przemyślenia traktowane z przymrużeniem oka. Bycie rodzicem to zawsze wyzwanie i niewiadoma, ale jak już się w tym odnajdziesz to popłyniesz dalej ;-)

Kochane, mówicie o praniu. O tym to ja nawet nie wspominam, u mnie ciągle leży masa ubrań do prania wysokości góry lodowej ;-). Mój mąż ma tendencję do zostawiania ubrań wszędzie, gdzie się da i kiedy już, już myślę, że mało mi zostało, wystarczy, że przejdę się po domu i podwórku i moje ciche nadzieje znikają. Jednak jak widać każdy ma taki wyznacznik rodzinnego życia i to cieszy najbardziej :-)

Udało mi się:

Dzięki zachęcie Kobiecej Intuicji zaczęłam oglądać serial Euphoria. Ale to jest...dobre. Całkowicie się wciągnęłam, a zaraz za mną wciągnąć się mój mąż. Niestety jest tylko jeden sezon, ale naprawdę wciąga!

Jeśli macie jakieś propozycje serialowo - filmowe, to ja chętnie ;-)

zlew

Witajcie w ten piękny, październikowy, jesienny poranek :-). Jak minął Wam ostatni tydzień, bo mi intensywnie i z sukcesami. Niestety poniedziałek przywitał mnie zatruciem :-/, ale po kolei. Mam dla Was (jak zawsze :-)) parę recenzji i spostrzeżeń, także...zapraszam do lektury.

#fitgeekmama

Nie jest tak ciężko jak myślałam. Zaczynam świadomie ograniczać wielkość posiłków i przestaje mnie ciągnąc do słodkiego. Dodatkowo udało mi się nawet parę razy pojeździć na rowerku, nie mówiąc już o codziennych spacerach. Niestety wszystko zaprzepaścił weekend. Spotkania, gościna, ciastka, herbata, kawa, wiadomo. Finalnie waga pokazała 1 kg do przodu. Nie jest to jednak obiektywne ważenie, ponieważ tak jak Wam wspominałam przechodzę właśnie zatrucie pokarmowe (ze wszystkimi nieprzyjemnymi dolegliwościami), czuję się pełna i ociężała, na pewno wpływa to na moją wagę, więc umówmy się, że waga stanęła i nie ruszyła się ani do przodu, ani do tyłu, a w kolejny poniedziałek będę wiedzieć konkretnie, czy są jakieś efekty mojej pracy ;-). Na razie leczę się gorzką herbatą, chociaż i w tym wypadku nie wiem, czy mój organizm już ją przyjmie, czy zrobi to, co z poranną kawą i wodą... 
Piszecie, że jesień to nie najlepszy czas na takie odchudzanie i ruch. Wiadomo, zła aura, zimno, pada, ale powiem Wam szczerze, że mi najlepiej odchudzać się właśnie w takie chłodne miesiące. Siedząc w domu można dostać kręćka, a tak mam jakąś motywację do wyjścia (nawet do sklepu), czy przewietrzenia organizmu. Wszystkim to wychodzi na zdrowie i trzeba z tego korzystać :-).
Wrócił też temat basenu... co prawda nie prezentuję się dobrze w stroju kąpielowym, ale wychodzę z założenia, że jeśli mam się dobrze prezentować to muszę chodzić na basen i kształtować swoje ciało ;-).

#recenzje

Ostatnio wpadła w moje ręce książka Śmiertelne Oczyszczenie Agaty Polte wydawnictwa Zysk i Ska. Pomyślałam sobie taka o książka, zobaczę co to. Historia opowiada o losach Kai, która zostaje wyrzucona z domu i trafia do gangu. Niby nic nadzwyczajnego, ale autorka zadbała o to żeby nudno nie było. Świat, w którym żyje Kai to miejsce, gdzie ludzie obdarzeni są różnymi mocami. Jedni potrafią władać jakimś żywiołem, inni czytać w myślach. Tacy... trochę X-meni. Tyle, że w tym świecie osób obdarzonych jest więcej niż tych bez mocy. Oznacza to, że świat nie jest już bezpiecznym miejscem, bo ludzie często wykorzystują swoje moce w złych zamiarach. Kai, dzięki temu, że potrafi... a nie, nie, nie powiem Wam ;-). Dzięki swojej rzadkiej umiejętności jest bardzo przydatna w rozwiązywaniu różnych spraw. Sytuacja komplikuje się kiedy zaczynają ginąć ludzie nie tylko z jej gangu, ale z całego kraju, w bardzo bolesny i niewyjaśniony sposób. To tak pokrótce. Jak widzicie jest potencjał w tej historii. Książkę dostałam w piątek, usiadłam do niej jak tylko Janek usnął. Skończyłam w momencie kiedy się obudził, a miał wyjątkowo dobry dzień, więc 100 stron pyknęło nie wiem kiedy. Książka jest napisana bardzo dobrze. Akcja toczy się nieprzerwanie, wszystkie wątki są ze sobą połączone i historia płynnie przechodzi do kolejnych punktów. Jestem zaskoczona, że ta historia tak mnie wciągnęła, bo naprawdę nie byłam do niej przekonana. Już nie mogę się doczekać na kolejną drzemkę Janka żeby wrócić do lektury, także gorąco i Was zachęcam :-)



Trzecie życzenie Tumbo. Jak już pisałam, udało mi się wygrać tę książkę u Mama pod prąd. Byłam jej bardzo ciekawa, ponieważ mówi o bardzo trudnych tematach, o których nie zawsze chce się rozmawiać z dziećmi - śmierci i żałobie. Muszę przyznać, że ta książka gładko przesuwa się po tej tematyce. W bardzo prosty sposób pokazuje, że śmierć bliskiej osoby jest nieprzyjemna, ale nie straszna. Wszystko da się przeżyć, wystarczy tylko odpowiednio przez to przejść. Zachęcam, zwłaszcza rodziców starszaków aby zapoznali się z tą książką. Jest na pewno ważnym punktem budującym światopogląd naszych dzieci.


#zlew

Czy Wy też tak macie, że pomimo posiadania zmywarki w zlewie zawsze są jakieś brudne naczynia? Ostatnio starałam się z tym walczyć, wstawiałam kolejne zmywarki, ale naczyń nie ubywało. A to obiad, a to babeczki, a to mój mąż przyrządzał sobie jakieś danie - a On, jak prawdziwy facet potrzebuje do tego 3 talerzy, 2 misek, deski do krojenia, 4 łyżeczek, 2 łyżek, 2 noży, wiadomo ;-). Nie zmienia to faktu, że gotuje lepiej ode mnie, chociaż strasznie brudzi ;-). Wydaje mi się, że ten pełny zlew jest taką alegorią życia rodzinnego. Kiedy byliśmy tylko we dwójkę wystarczało ugotować coś na 2/3 dni, zmywarkę też wstawić raz na jakiś czas. Myślałam, że być może mamy za małą zmywarkę, ale to chyba nie jest sedno sprawy. Staram się dać moim dzieciom to, co najlepsze. Nie jestem zwolenniczką bardzo zdrowego trybu życia, Klara i Janek wiedzą jak smakują słodycze, ale oczywiście dajemy im je w rozsądnych (mam nadzieję) ilościach. Moje dzieci nie budzą się z myślą o tym, że chcą zjeść coś słodkiego, wiedzą, że najpierw śniadanie, potem w zależności od dnia albo przedszkole albo jakaś zabawa w domu, w między czasie jabłko, czy cukierek, ale bez przymusu. Staram się przestrzegać zasady, że jeśli dziecko "zapomni" o czymś słodkim, ja mu o tym nie przypominam ;-). Wracając do tematu. Pomimo szczerych chęci i zapału do pracy, moje wypieki są... prawie zawsze zakalcami. Nie zmienia to jednak faktu, że smakują dobrze. Jedyne ciasto jakie mi wychodzi (i którego szczerze nie lubię) to sernik. Dlatego w trakcie weekendu zawsze staram się coś upiec. Hitem ostatniego były muffinki. Najzwyklejsze, z czekoladą. Pierwsza partia poszła jeszcze gorąca, druga prawie też, trzecia i czwarta zniknęły w ciągu kilu godzin, a zlew nadal jest zawalony miskami po tych moich wypiekach. Nie zmienia to jednak faktu, że takie pieczenie, czy gotowanie sprawia nam wszystkim dużo radości i... wolę mieć pełny zlew niż sterylną czystość pozbawioną jakichkolwiek uczuć. 

#I jak?

Jak zdąrzyliście zauważyć zaszły pewne zmiany dla blogu. Przede mną jeszcze trochę pracy i chyba będę musiała poprosić o pomoc, kogoś, kto zna się na tym lepiej niż ja, ale wydaje mi się, że efekt (jak na razie) jest zadowalający :-) a Wy co myślicie?

#Udało mi się

Nie wiele udało mi się obejrzeć w ciągu tego tygodnia, ale...

The star is born - szczerze... nie podobał mi się ten film. Okey piosenka fajna, gra aktorów też mogła być, ale: film jest strasznie poszatkowany, odrealniony i po prostu sztuczny. Nie rozumiem dlaczego wzbudził tyle emocji i wiele osób (w tym znaczna część mojej rodziny) jest nim zachwycona.

Kobiety mafii 2 - hahahahahahaha. Vega. Tego to dopiero fantazja poniosła... Totalnie mi się nie podobał, ale ostatnio Vega nie robi dobrych filmów...

To tyle kochani, mam nadzieję, że w przyszłym tygodniu przyniosę Wam lepsze wieści i jeszcze więcej ciekawych rzeczy do obejrzenia lub przeczytania :-)

jestem w prawdzie trochę zmęczona, ale...

Cały tydzień zajęło mi zbieranie pomysłów o czym mogłabym dzisiaj napisać. Staram się w każdym poście poruszyć temat, który mnie nurtuje i zajmuje moje myśli. Z pomocą jak zwykle przychodzi mi życie ;-) Obowiązki, dzieci, książki, filmy, seriale. Jest o czym pisać, a więc:

#fitgeekmama

To chyba najbardziej interesujące. Krew, pot i łzy ;-). Udało się! Jest dobry początek, 1.5 kg mniej. Co robiłam aby osiągnąć taki wynik? Na pewno mniej żarłam, na pewno ograniczyłam słodycze do niezbędnego minimum ;-) co to znaczy? Oprócz wpychanych przez moje kochane dzieci,  chrupków i innych słodkości do ust, nie zjadłam niczego słodkiego. Sięgnęłam raz po batonika, ale.. (w czwartek) okazał się za słodki i go po prostu zostawiłam. Moimi przyjaciółmi okazują się suszone owoce i aplikacja na telefon My fitness pal, która pomaga w liczeniu kalorii. Plany na ten tydzień? oprócz dalszej redukcji tkanki tłuszczowej, RUCH!. Zdecydowanie muszę poćwiczyć nie tylko wytrzymałość i kondycję, ale także wzmocnić ręce, które na pewno przydadzą się przy Runmageddonie. Jestem w prawdzie trochę zmęczona, ponieważ mój kochany syn codziennie udowadnia mi, że wcale nie potrzebuję zakładanego minimum snu i ciągle przesuwa tę granicę, przez co usypiam razem z dzieciakami o 21, ale to jest mój czas i na pewno zagospodaruje coś na ćwiczenia :-)


#zdjęcia

W naszych czasach telefon bez aparatu to nie telefon. Pykamy zdjęcia wszędzie i w ilościach masowych. Jako matka sama biegam z telefonem jak głupia i ciągle robię zdjęcia. Trochę żałuję, że nie mam lepszej jakości aparatu, ale nie ma tragedii. Dlatego dzisiaj chciałabym Wam przedstawić foto książkę od Saal-digital. Jak już wspomniałam robię mnóstwo zdjęć, wychowywałam się w czasach kiedy zdjęcia zanosiło się do fotografa i wywoływało. Teraz jest łatwiej, można zrzucić wszystko na komputer i jest, w milionach folderów, często powtarzających się, ale jest ;-). Nie wyobrażam sobie jednak nie drukować zdjęć. Staram się przynajmniej raz w roku zrobić foto książkę lub wydrukować "parę" sztuk. Jestem zdecydowanym zwolennik tego pierwszego, ponieważ nie mam ręki, ani chęci, ani czasu układać wszystkiego w albumach. Foto książka daje nam możliwość  personalizacji podpisów, czy formatu zdjęć. Można oczywiście bawić się w to samemu, ale to zajmuje zdecydowanie więcej czasu. Jak to u mnie wyglądało? Weszłam na stronę Saal, pobrałam aplikację i zabrałam się do roboty. najdłużej zajęło mi wybieranie zdjęć, potem to już czysta poezja. Wszystko jest jasne, klarowne, proste, wybierasz, przebierasz, dopasowujesz. Nie musisz trzymać się jednego szablonu. Każde zdjęcie jest obrobione oddzielnie, można robić co się chce. Wybrałam format 15 x 21, ponieważ tak jak mówiłam zdjęcia robiłam tylko i wyłącznie telefonem. Oznacza to, że nie zawsze są dobrej jakości, chociaż, jak się później okazało, nawet na dużym formacie wyglądają super! Finalny produkt, jak i cały proces tworzenia (od pobrania aplikacji, przez tworzenie foto książki, a nawet kontakt z Saal) uważam za bardzo udany. Książka wygląda rewelacyjnie. Szyta, twarda oprawa, grube strony, no nie mogłam się naoglądać, chociaż zdjęcia widziałam już setki razy. Jedyne, co jeszcze mogę powiedzieć, to to, że NA PEWNO polecam. Nie tylko jako prezent, ale i dla własnej próżnej przyjemności. Śmiało mogę powiedzieć, że jak zobaczyłam te zdjęcia wydrukowane, stwierdziłam, że dobry ze mnie fotograf ;-) 



Oczywiście umieszczam tylko parę zdjęć (te, które można zobaczyć na moim Instagramie). Reszta to moja słodka tajemnica :-)

#recenzje

Pozwoliłam sobie na mały odpoczynek od książek. Skończyłam oczywiście "Tron Cezara". Jedyne, co mogę dodać to to, że żałuję. Żałuję, że nie wpadłam na tę książkę wcześniej. Steven Saylor doskonale wpasował się nie tylko w starożytność, ale mój gust. Żałuję też tego, że nasze czasy nie pozwalają na takie empiryczne doświadczenia. Poczucie poezji, rozwaga w tworzeniu dzieła, piękne... Jako, że pozwoliłam sobie na przerwę, zajęłam się oglądaniem filmów i seriali. 

Udało mi się:

- dokończyć 3 sezon Opowieści podręcznej. Czytałam wiele recenzji na ten temat. Muszę zgodzić się z twierdzeniem, że dobre, wciągające odcinki mieszają się z jakimiś słabymi wątkami. Słyszałam, że podpisali już umowę na 4 sezon. Pomimo całej spektakularności tego serialu, mam nadzieję, że to będzie ostatni i nie będą już tego ciągnąć. Chociaż końcówka 3 sezonu... jak dla mnie bardzo emocjonująca, a przemiana głównej bohaterki iście...Mickiewiczowska ;-)

- obejrzeć najnowszego Tomb Ridera. No nie... nie jest to Lara z jaką się wychowałam. Dlaczego strasznie powtórzyli schemat a dodatkowo zabrali mityczność na rzecz realizmu. Okey, jest fajny mit. Bardzo fajna scenografia, ale cała ta historia... trochę za bardzo na siłę jak dla mnie. Nic nowego.

- obejrzeć Green Book. Jestem zachwycona. Słyszałam o tym filmie, wiem, że zdobył wiele prestiżowych nagród. Sama chciałam się przekonać. O ile postać doktora w pewnych momentach nie jest dla mnie do końca spójna i logiczna, tak Tony grany przez Viggo Mortensen, brawo!

Kiedy piszę, że coś obejrzałam lub przeczytałam jestem gotowa na dyskusję na ten temat, także kochani śmiało, wyrażajcie swoje zdanie!

Ostatnio udało mi się wygrać u Mamy pod prąd książkę Trzecie życzenie Tumbo. Jest to bardzo wyjątkowa pozycja, ponieważ mówi o bardzo trudnej tematyce - śmierci bliskiej osoby i żałobie. Na dniach przeczytam ją i powiem dokładnie co o niej sądzę i jakie refleksje się nasuwają. Na razie tylko Wam ją przedstawię :-)


#w najbliższym czasie

Na pewno zmienię szablon na blogu! Ten wydaje mi się nieodpowiedni. Na stronie Karografia. Znalazłam coś odpowiedniego. Potrzebuję tylko czasu żeby wdrożyć zmiany :-)

Działam dalej, Runmageddon coraz bliżej ;-) 



 

Nie wiem co robię.

To chyba aura i jesień nastrajają mnie na taki nostalgiczni-filozoficzny nastrój. Dzisiaj też chciałabym Wam co nie co opowiedzieć o moim czasie, ale na początek rzeczy ważne i ważniejsze ;-)

#recenzje

Niestety nie udało się nie doczytać "Tronu Cezara" Stevena Saylora, ale... jest parę rzeczy, które już mogę powiedzieć. Autor zadbał o wyjątkowy klimat, który doskonale opisuje nastroje panujące w 44 roku przed naszą erą. Postacie i sytuacje również są bardzo autentyczne, co tylko potęguje plastyczność obrazu. Jak wiecie nie jestem zwolenniczką kryminałów, jednak na ten dałam się skusić i wcale nie żałuję. Po raz pierwszy mam w rękach książkę, której autor "nie zmyśla", widać, ze zna się na rzeczy, wszystko wydaje się bardzo autentyczne, przez co książkę po prostu się pochłania. Jestem bardzo mile zaskoczona i już nie mogę się doczekać kiedy znowu przewrócę parę kartek w poszukiwaniu odpowiedzi na kłębiące się pytania :-)


A teraz mam dla Was absolutny hit! Nie znałam tej książki, nie widziałam żadnej promocji, pomyślałam, przejrzę, zobaczę, może kiedyś będzie akurat dla Klary. Okazało się, że książka jest fenomenalna. "Porwanie w Różogrodzie" Renaty Opały to książka dla nieco starszych dzieci niż moja córka. Dlatego moje zainteresowanie nią było bardzo niewielkie. Zaczęłam ją czytać przy usypianiu Janka. Dziwnym zbiegiem okoliczności okazało się, że skończyły mi się strony, tzn. przeczytałam całą. Jest to historia o trzech siostrach, królewnach, która zostają porwane przez magów, pragnących ich poślubić. Oczywiście nie z miłości tylko chęci zysku. Dziewczynkom na szczęście udane się uciec, ale o tym wszystkim możecie dowiedzieć się sami :-). Bardzo podobały mi się przygody trzech całkowicie różnych a mimo wszystko podobnych księżniczek. Autorka zadbała żeby nie przesłodzić fabuły i dziewczynki mają wiele problemów do pokonania. Ja jestem zachwycona, na pewno za jakiś czas wrócę do tej książki z Klarą. Dlatego Wam, szczerze polecam :-)


#fitgeekmama

Kochani, ten projekt nie umarł, powiem wiecej, teraz muszę ścisnąć dupkę, bo... zostało tylko 159 dni do startu. Zakładałam, że pobiegnę w maju, ale ogłoszone termin na początek marca, co daje mi 5 miesięcy na przygotowania. Co muszę zrobić, na początek schudnąć, nie mogę zabierać się do ćwiczeń z tak dużym obciążeniem. Dzięki diecie MŻ (mniej żreć) udało mi się schudnąć 2 kg. Nie jest źle, ale daleka droga przede mną. W kolejnym wpisie opowiem Wam więcej jak się przygotowuję, ponieważ muszę wszystko dobrze ogarnąć. Chociaż mąż trochę we mnie nie wierzy, to jest to dla mnie najlepsza motywacja ;-) (Nu, Pogadi ;-))DAM RADĘ, jest moc :-)


#Udało mi się

- Obejrzałam do końca ST i... no nieeeeeeeeee. Kto oglądał ten pewnie wie o co mi chodzi, kto nie może sam się przekonać lub napisać do mnie to powiem konkretnie dlaczego tak ;-) Szczerze powiem, że jak dla mnie był to sezon już trochę wymuszony, zdecydowanie bardziej podobały mi się postacie drugoplanowe niż te główne. Uważam, jak pewnie większość, że było sporo niejasności i niedociągnięć i gdyby pozostali na 2 sezonie nic by nie stracili, a tak...ciągnął bo jest popyt, ale czy jest sens tracić przy tym na jakości ?
- Kolejny odcinek Kronik Time Squer. Tutaj też muszę powiedzieć, że jak dla mnie idą trochę w złym kierunku, przeciągają dziwne wątki i dodają takie, które mnie jako widza nie interesują zapominając o tym, na czym ten serial bazuje i co przysporzyło mu fanów.

#nie wiem co robię

Kolejna anomalia czasowa. Macie czasami tak, że chociaż dzień jest zorganizowany, wiecie co macie robić, małe tego, robicie to, to kiedy przychodzi wieczór okazuje się, że nic nie zrobiliście a dzień ma się ku końcowi? Ostatnio spotyka mnie to coraz częściej i nie wiem co z tym zrobić, to chyba znowu moja super moc- macierzyństwo, znowu się aktywowała na najwyższych obrotach ;-)

Szykuje się intensywny czas, myślę, że są spore szanse na realizację celów, będę Was informować na bieżąco :-)





Zabieram sobie czas.

Dzisiaj, wyjątkowo wpis jest wtorkowy, a nie poniedziałkowy. Stało się tak, ponieważ wczoraj odbierałam swój prezent urodzinowy - tatuaż. Tak, chwalę się trochę, bo od bardzo dawna marzyłam o tym, a 30stka to idealny moment na realizację takiego marzenia :-). Jestem już stateczną, dojrzałą kobietą, która wie czego chce. Decyzja o tatuażu była przemyślana i przedyskutowana. Być może stanę się teraz wyrzutkiem społeczeństwa żyjącym na totalnym marginesie, bez pracy, na zasiłku (bo przecież tylko to czeka osoby z tatuażem), ale jestem gotowa na takie poświęcenie ;-).

#Naznaczony

Udało mi się skończyć "Naznaczonego" Agnieszki Antosik wydawnictwa AlterNatywne. Przypomnę tylko, że jest to historia Dylana, który wychowywał się w domu dziecka. Od zawsze był typem odludka, który ceni sobie swoją samotność. Zostaje adoptowany w wieku 15 lat, przez ludzi niewiele starszych od niego. W dniu jego 25 urodzin na jego nadgarstku pojawia się napis informujący o jego zdrowiu i numerze ewidencyjnym. Dzieje się tak dzięki szczepionce, którą po wojnie między Bohaterami i Antyistnieniami, podaje się każdemu, aby uniknąć niekorzystnych związków, czy obciążeń genetycznych.. Dylan, jako dorosły człowiek wyprowadza się z domu swoich opiekunów i zaczyna pracę jako DJ w różnych klubach. Jednak ciągle szuka czegoś, co mogło by wypełnić jego wewnętrzną pustkę. Okazuje się, że jest tym ludzkie cierpienie. To oczywiście w dużym skrócie, ponieważ cała historia jest bardziej zawiła. 
Zaczynając czytać "Naznaczonego" byłam bardzo zaciekawiona. Główny bohater przedstawia się jako postać bardzo wyrachowana, zimna i introwertyczna. Nie obchodzą go codzienne obowiązki, ani problemy. Nawet kiedy jego najbliżsi zaczynają cierpieć, przechodzi obok tego obojętnie. Kiedy Dylan staje się samodzielny, jego sytuacja się zmienia. Staje się ekstrawertykiem. Jednak emocje, jakie go przyciągają są całkowicie negatywne, tj. ból, strach, czy złość. Agnieszka Antosik funduje nam bardzo złożoną i zakręconą historią. Charakter głównego bohatera zmienia się  dość często i to diametralnie. Wszystko zależy od tego, czego akurat potrzebuje. Nietuzinkowi bohaterowie i interesująca fabuła gwarantują dobrze spędzony czas z tą książką. Dawno nie czytałam nic takiego, gdzie negatywny bohater może być centralnym punktem fabuły, dlatego jak najbardziej zachęcam do zapoznania się z tą pozycją :-)


#Zabieram sobie czas

Nie długo minie rok odkąd zaczęłam prowadzić bloga. Dlatego naszła mnie pewna myśl. Każdy kto prowadzi bloga i chce zdobywać czytelników musi poświęcić temu sporo czasu. Łatwiej byłoby tego nie robić, ale chcąc zaistnieć w sieci nie ma się wyboru ;-). Po co, po co zabieramy sobie cenny czas, który możemy spożytkować na coś innego, może nawet lepszego? Wydaje mi się, że w dzisiejszych czasach brakuje dyskusji, dajemy lajki, czasami komentarze, jeszcze rzadziej rozmawiamy o tym co zobaczyliśmy i czego doświadczamy. Blog jest nie tylko formą pamiętnika, ale i sposobem na wyrażenie własnego zdania za pomocą...słów, a nie emotikonów. Bardzo lubię prowadzić bloga, dzięki temu, że piszę tutaj, dowiedziałam się o sobie wiele interesujących rzeczy. Okazało się, że mam coś do powiedzenia a dodatkowo chętnie czytam Wasze głosy. Pytacie jak jako mama dwójki dzieci znajduję czas na czytanie. Odpowiedź jest bardzo prosta. Organizacja. Wiem ile czasu mogę poświęcić na inne rzeczy, nie związane z domem i rodziną i dzięki temu znajduję czas na czytanie, czy oglądanie. Pamiętajcie Kochani, że to tylko od nas zależy ile czasu poświęcimy dla siebie, ponieważ nie jest to może priorytetem w organizowaniu dnia, warto znaleźć 5 minut (1 strona książki, no góra dwie ;-)) dla siebie.

#Udało mi się

W tym tygodniu obejrzałam:

- kolejne 1,5 odcinka ST
Ralph Demolka w Internecie

Przeczytałam:

- "Naznaczonego" Agnieszki Antosik
- zaczęłam "Tron Cezara" Stevena Saylora
- zaczęłam "Porwanie w Różogrodzie" Renaty Opala

Ten dzień minął wczoraj

Początek września to zawsze intensywny czas. Powrót do szkoły, czy przedszkola, czy korzystanie z ostatnich podrygów lata sprawia, że nie ma się czasu na nic. Tak jest i w moim przypadku, alee..... coś tam dla siebie sobie wygospodarowałam ;-)

#recenzje

Ostatnio zachwycałam się "Naznaczonym" Agnieszki Antosik i... nie mogłam go skończyć... Klara bardzo sprytnie schowała mi książkę przez co nie mogłam jej znaleźć przez parę dni. Głupia nie pomyślałam (przecież to oczywiste!), że jest w torebce. Dlatego teraz czym prędzej wracam do lektury :-) Jednak jak to zwykle bywa, mam co czytać i nie zmartwiłam się tym chwilowym brakiem. Tym razem sięgnęłam po "Oświeconego" Łukasza Mularskiego wydawnictwa Nowoczesnego. Muszę przyznać, że szukałam takiej odmiany. Jestem trochę przesycona literaturą fantasy i taka drobna zmiana dobrze mi zrobiła. Mogę śmiało powiedzieć, że książkę czytałam w każdej wolnej chwili, ponieważ jest dobrze napisana. Autor zadbał aby fabuła była spójna i logiczna a twisty nadawały tempa całości. "Oświecony" to historia Mikołaja, który opowiada nam o swoich losach. Zaczynając od studiów kończąc na...cmentarzu. Muszę przyznać, że kiedy przeczytałam opis i krótkie przedstawienie autora byłam sceptycznie nastawiona. Joga, iluminaci, biznes. Jakoś mi to wszystko nie współgrało. Jednak bardzo mile się zaskoczyłam, ponieważ tak jak już wspominałam "Oświecony" mocno mnie wciągnął. Jedyne, co mi przeszkadzało to drastyczna zmiana charakteru bohatera. Mikołaj z otwartego i przyjacielskiego studenta staje się zimnym i wyrachowanym biznesmenem. Jednak muszę w tym momencie przyznać, że nigdy nie prowadziłam własnego biznesu i tak naprawdę nie wiem jak to jest z tym wszystkim ;-). Smaczkiem, który może powodować rumieniec na twarzy jest szczegółowy opis aktów seksualnym o różnym poziomie wyuzdania. Łukasz Mularski zadbał o to żeby jego postać nudnym i przeciętnym człowiekiem. Miałam nadzieję na trochę inne zakończenie, ale to, które wymyślił autor wcale mnie nie zawiodło. Jestem zaskoczona tym, że książka o takiej tematyce przypadła mi do gustu i z czystym sumieniem mogę ją polecić. 


#parenting

Byliście kiedyś tak zmęczeni, że wydawało wam się, że niektóre rzeczy działy się wczoraj, a tak naprawdę działy się dzisiaj? Jestem właśnie na takim poziomie zmęczenia. Mój Syn postanowił sprawdzić ile wytrzymam i każdej nocy jęczy i próbuje wstać (niby śpiąc), co skutkuje tym, że bujam go przez następne 40 minut (czasami nawet godzinę). Jakby robił tak raz w ciągu całej nocy to bym nie narzekała. Jest dzieckiem ma pewne przywileje ;-), ale sytuacja (w ciągu nocy) powtarza się bardzo często. Nie pomaga kołysanie, zmiana pozycji, zmiana łóżka, przytulanie, muszę to po prostu przeczekać, co nie zmienia faktu, że narzekać też mogę ;-) 
Natomiast Klara... już w sobotę kończy 3 lata. Wiadomo,  nie jest to żadne osiągniecie, czas po prostu płynie i nie da się go ani zawrócić ani zatrzymać, ale... jak pomyślę ile zdarzyło się w ciągu tych 36 miesięcy to każdy dzień spędzony z Nią uważam za sukces. 


#udało mi się

Narzekam na brak czasu, ale coś tam w ciągu tego tygodnia udało mi się jednak zrobić.

Obejrzałam:


Przeczytałam:

- "Oświeconego" Łukasza Mularskiego
- "Pucio umie opowiadać" Marty Galewskiej - Kustra

Mam w planach:
- dalej oglądać Stranger Things
- przeczytać "Naznaczonego" Agnieszki Antosik i "Tron Cezara" Stevena Staylora
- a jak coś się jeszcze nawinie to bardzo chętnie ;-)

Missing fever

Witajcie Kochani!

Ci, którzy śledzą mój fanpage, wiedzą, że zrobiłam sobie tygodniowy urlop od blogowania. Urlop to oczywiście za dużo powiedziane, ponieważ przez te ostatnie parę dni nie wiedziałam w co ręce włożyć. Wiadomo, zostawić faceta na 3 tygodnie samego oznacza powrót do "no przecież jest czysto" domu ;-). Dodatkowo nawiedziła nas angina. Przyznam szczerze, że w życiu nie widziałam mojego męża tak chorego (chyba pierwszy raz od 13 lat brał antybiotyk), a Klara bardzo skutecznie "walczyła" z ugryzieniami meszek i komarów, co finalnie zakończyło się stanem zapalnym i antybiotykiem. Więc jak widać na załączonym obrazku...urlop, że ho ho.

#missing fever

3 tygodnie to bardzo dużo czasu. Patrząc jednak z obecnej perspektywy, minęły bardzo szybko. Jednak miały one swoje nieprzyjemne konsekwencje. Jak już wspominałam, Marek niestety nie mógł być z nami przez cały okres wakacji u dziadków i wrócił do Polski. Kiedy wrócił po 3 tygodniach Klara była tak rozemocjonowana, że ciężko było z Nią wytrzymać. Płakała, popisywała się, wyła, jęczała i oczywiście mama zła, wszystko robiła z tatusiem. Przyznam szczerze, że byłam trochę zaskoczona, ponieważ zawsze, choćby nie wiem co się działo to i tak mama zawsze koiła zszargane nerwy. Skończyło się gorączką. Oczywiście następnego dnia nie było po niej śladu, ale pokazało to jak bardzo Klara tęskniła i odczuwała zmianę otoczenia i brak taty. Wydaje mi się, że Marek tą anginą też odchorował tęsknotę, ale to tylko moje przemyślenia ;-)

#było miło, ale się skończyło

Miałam czas spojrzeć na swojego bloga krytycznym okiem. Dostrzegam niedociągnięcia i na pewno wprowadzę zmiany. Na pewno będę pisać więcej. Nie chodzi mi tu o częstotliwość pojawiania się postów, bo akurat w tym aspekcie uważam, że jak na razie jest okey, ale o długość tekstów. Są za krótkie, urywane w połowie, za mało szczegółowe. Dlatego...fajnie było się pobawić w blogowanie, ale teraz trzeba wziąć się do pracy :-)

#Tatuażysta z Auschwitz

Przeczytałam. Zachwycałam się. Polecałam każdemu, kto pytał. NIESTETY, finalnie jestem na NIE. Historia Lalego, mężczyzny, który dobrowolnie (chcąc ocalić rodzinę) trafia do Auschwitz, by tam poznać miłość swojego życia, jest naprawdę wciągająca. Do pewnego momentu. Początkowy obraz obozu, warunków tam panujących, czy zachowań ludzi jest bardzo interesujący. Nie wiem i nie chcę wiedzieć, do czego ludzie są zdolni nie tylko w obliczu wojny, ale i przetrwania. Jednak obraz Obozów i łączących się z nimi różnych innych aspektów jest zawsze ponury i przygnębiający. Dlatego czytając "Tatuażystę z Auschwitz" zaczęło mnie denerwować to, że główny bohater potrafi wyjść z każdej sytuacji cało. Można odnieść wrażenie, że jeśli jest to prawdziwa historia to coś zostało w niej ukryte, a główny bohater nie do końca chce pokazać swoje prawdziwe oblicze. Jest tak niesamowity kontrast między tym wszystkim, że można śmiało powiedzieć, że Lale jest śnieżnobiałą, nieskazitelną postacią na tle czerni i szarości rzeczywistości obozowej.(SPOILER). Przykładem może być to, że ludzie w Auschwitz tracą życie przez humory żołnierzy SS, a Lale cało z miejsca, z którego nikt nigdy nie wrócił. W pewnym momencie zaczyna się wydawać, że to nie książka tylko film i to na miarę Hollywood. Jakie było moje zaskoczenie kiedy doczytałam się, że początkowo miał to być scenariusz... Niestety jestem zawiedziona tą lekturą, chociaż przyznaję, że czytało mi się ją niesamowicie szybko i wciągnęła mnie bez reszty.

#Naznaczony

Aktualnie jestem w trakcie "Naznaczonego" Agnieszki Antosik wydawnictwa AlterNatywne. Książka opowiada o Dylanie, który jest człowiekiem bardzo zimnym i wyrachowanym. Jedyne, co go cieszy to cierpienie innych, z którego czerpie moc do życia. Wiele wyjaśnia się, kiedy osiąga pełnoletność, a na jego nadgarstku pojawia się numer i napis "pródotis". Przyznam szczerze, że potrzebowałam takiego antybohatera. Trochę za dużo ostatnio czytam o wielkich czynach i ratowaniu świata. Dlatego "Naznaczony" bardzo mi się podoba. Jest krew, śmierć, chłód, a miłość i inne ciepłe uczucia istnieją, ale nie w świecie Dylana. Jestem bardzo ciekawa, jak rozwinie się akcja i czy wszystko potoczy się po mojej myśli ;-)


#Inspiracja

A teraz coś, co nie może wyjść mi z głowy. Kiedy już już myślę, że się pozbyłam tej melodii, ona wraca. Enjoy ;-)!


Polub mój profil

Moje zdjęcie
Skarby na półkach
Kobieta, Żona, Matka. Piszę o tym co myślę, i robię. Najczęściej czytam książki i staram się aby moje dzieci wiedziały, ze są ciekawsze rzeczy niż siedzenie przed ekranem. Kontakt: skarbynapolkach@gmail.com kontakt@skarbynapolkach.pl

Znajdziesz mnie tutaj